Każdy ma „swoją” prawdę, „swoje” gazety i portale, „swoje” memy i GIF-y. Także „swoje” wybory. Zapaść semantyczna wraz z niepewnością jutra zamieniają współczesny świat w chaos.

W zamieszaniu wokół powyborczych wystąpień urzędującego 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, które wzbudziły ostre oceny komentatorów za Atlantykiem – także po stronie obserwatorów i osób bliskich „Grand Old Party”, choćby byłego senatora Republikanów Ricka Santorum – nie chodzi tak naprawdę o kwestię możliwych nieprawidłowości w trakcie liczenia głosów. Te występują i będą występować zapewne w każdej demokracji, niezależnie od tego, że żyjemy w epoce ogromnego postępu technicznego i informatyzacji.

„Donald «nic nie mogę» T…”

Spójrzmy na własne, europejskie, podwórko. W 2016 r. odbyły się wybory prezydenckie w Austrii. Ich drugą turę unieważnił jednakże nie odchodzący prezydent federalny Heinz Fischer podekscytowanymi tweetami ani też nie odwrócili ich płomiennymi orędziami do „oszukanych” wyborców dwaj główni kandydaci – Norbert Hofer i Alexander Van Der Bellen. Zrobił to dopiero austriacki Trybunał Konstytucyjny (Verfassungsgerichtshof, VfGH), niezależna i najwyższa instytucja ochrony porządku ustrojowego kraju, działająca w zasadzie na podstawie nie zmienionych od prawie 70 lat przepisów.

Kontynentalny system austriacki różni się rzecz jasna od amerykańskiego i nie zawsze adekwatne jest ich porównywanie, ale w obydwu systemach demokracji – kontynentalnym i amerykańskim – olbrzymią rolę odgrywają niezależne sądy i instytucje cieszące się powszechnym uznaniem wspólnoty obywatelskiej.

Wezwania pt. „przerwijmy liczenie” i opowieści o „skorumpowanych wyborach” prowadzą jednoznacznie do sklasyfikowania ojczyzny nowożytnej demokracji wśród państw obszaru poradzieckiego lub nawet tzw. państw upadłych

Gdyby Donald Trump ograniczył się w powyborcze wieczory do ogólnego stwierdzenia, że ludzie z jego sztabu i zwolennicy obserwują pewnego rodzaju nieprawidłowości w czasie głosowania, ale że ufa instytucjom demokratycznym w swojej ojczyźnie i ewentualnie będzie czekać na ich decyzję finalną, nie byłoby, jak podejrzewam, żadnego problemu. Jednakże wezwania pt. „przerwijmy liczenie” i opowieści o „skorumpowanych wyborach” prowadzą jednoznacznie do sklasyfikowania ojczyzny nowożytnej demokracji wśród państw obszaru poradzieckiego lub nawet tzw. państw upadłych.

Tylko tam możliwy jest (lub był) wyborczy szwindel. Nie wspominając o tym, że jest on możliwy zazwyczaj ze strony urzędującej administracji, a nie opozycji. Być może 45. POTUS nie dostrzega tej małej subtelności, że głoszone przez niego opinie wystawiają świadectwo zupełnej słabości przede wszystkim jego własnej administracji. Skoro pod jej rządami możliwe stało się gigantyczne oszustwo wyborcze, to być może ktoś zza Atlantyku importuje popularne za rządów poprzedniej większości parlamentarnej w Polsce hasło „Donald «nic nie mogę» T…”.

Konflikt tożsamości

Strategia (zakładając oczywiście, że to strategia, a nie chaotyczna reakcja emocjonalna) powyborcza Trumpa wpisuje się we wciąż używaną przez kończącego pierwszą kadencję prezydenta narrację o spisku elit i wszechmocnym deep state. Sądzę jednak, że warto spojrzeć na nią także w szerszym, bardziej filozoficznym, kluczu.

Ponowoczesna postpolityka populistyczna, której Trump jest jednym z głównych przedstawicieli, opiera się na typowym dla ponowoczesności schemacie zakwestionowania obiektywnej prawdy. Byty, co do których istnienia panuje konsensus poznawczy – w tym przypadku instytucje demokratyczne, z ich regułami brzegowymi, akceptowanymi przez wszystkich uczestników społeczeństwa niezależnie od preferencji politycznych – w takim paradygmacie obiektywnie nie istnieją.

Relatywizm poznawczy uniemożliwia na dłuższą metę prowadzenie demokratycznej polityki opartej na trosce o dobro wspólne

Każdy ma „swoją” prawdę, „swoje” gazety i portale, „swoje” memy i GIF-y. Co jednak bardziej niepokojące – także „swoje” wybory, „swoje” procedury liczenia głosów, „swoje” instytucje. Szerzy się więc relatywizm moralny i swoisty „kalizm” – gdyż zazwyczaj nieprawidłowości i nadużycia widzi się tylko po stronie rywali politycznych, ale broń Boże nie we własnym obozie. Przecież „nam” chodzi o Amerykę/Polskę, prawdę, dobro i piękno, a „tamci” to z definicji podejrzani dranie i zdrajcy.

Ponowoczesny postpolityczny relatywizm poznawczy uniemożliwia na dłuższą metę prowadzenie demokratycznej polityki opartej na trosce o dobro wspólne, a wywiedzionej z klasycznej myśli Arystotelesa. Poważnie utrudnia rozpoznanie tej samej, niezmiennej i niepodważalnej godności każdego człowieka, niezależnie od jego przynależności politycznej i światopoglądu. Skoro każdy ma „swoje” wybory, skoro każdy widzi tylko „nadużycia” drugiej strony, wspólnota polityczna państwa, oparta na powszechnie akceptowanych instytucjach traci jakikolwiek sens. Zostaje tylko mniej lub bardziej zamrożony konflikt tożsamości, najczęściej zresztą, tożsamości przerysowanej i piarowo wyostrzonej. W tej wojnie wygra albo opowieść „nasza”, albo „ich”.

Powszechna zapaść semantyczna wraz z niepewnością jutra w obliczu globalnych problemów zamieniają współczesny świat w chaos. Nie sposób już mówić o żadnych trwałych wartościach, w tym – co powinna wziąć pod uwagę zwłaszcza prawica – o wartościach nadprzyrodzonych i fundamentalnych.

Tekst opublikowany pierwotnie na Facebooku