Ekstremizm, wolność, tolerancja, pokój – Francji wyślizgnęły się z rąk kluczowe pojęcia, słowa-wytrychy, które jak dotąd wyjaśniały różnice miedzy laicką res publiką a religijnym fundamentalizmem.

To mogła być po prostu kolejna brutalna zbrodnia spośród tysięcy odnotowywanych każdego roku w Europie. Śledztwo nie należało do najbardziej zawiłych, a sprawcę schwytano niemal na gorącym uczynku. Dlaczego jednak od połowy października napięcie we Francji nie słabnie? Jak to możliwe, że lokalne morderstwo pod Paryżem doprowadza do rozruchów na ulicach Dhaki czy Ankary oraz skłania do zabrania głosu Komisję Europejską?

Główni bohaterowie

Na początku było ich dwóch – Samuel Paty, 47-letni nauczyciel historii i geografii w gimnazjum w Conflans-Sainte-Honorine (miejscowość w podparyskim departamencie Yvelines) oraz Abdoullah Anzorov, 18-letni Czeczen urodzony w Moskwie. Ten drugi w wieku sześciu lat przyjechał z rodziną do Francji i uzyskał status uchodźcy. Dla sąsiadów – spokojny, cichy chłopak; dla policji – nastolatek z bezproblemowej rodziny, z czystą kartoteką. Anzorov nie był ani uczniem Paty’ego, ani nawet absolwentem szkoły w Conflans-Sainte-Honorine. Mieszkał niemal 80 km od Yvelines. Jak wiemy z oświadczeń prokuratora, nauczyciela nie kojarzył nawet z widzenia.

16 października Anzorov czeka przed gmachem gimnazjum. Przekupuje dwóch uczniów, aby w zamian za ok. 350 euro wskazali mu Paty’ego. Podobno chciał zmusić nauczyciela do przeprosin za pokazanie na lekcji karykatur Mahometa.

Kiedy mężczyzna kończy pracę i opuszcza teren szkoły, 18-latek podąża za nim. Samuel Paty zostaje zamordowany pchnięciami noża. Anzorov ucina zwłokom głowę i publikuje na Twitterze ich zdjęcie opatrzone wiadomością: „(…) Do macrona, przywódcy niewiernych, dokonałem egzekucji na jednym z twoich piekielnych psów, który ośmielił się poniżyć Muhammada, uspokój resztę zanim surowo was ukarzemy” (tłum. z zachowaniem oryginalnej pisowni, za: BFMTV.com).

Policja przyjeżdża niemal natychmiast. Zabija Anzorova w trakcie obławy. Odpowiedź na klasyczne pytanie „jak do tego wszystkiego doszło?” zdaje się tyleż oczywista, co zawiła.

Co działo się wcześniej?

Samuel Paty 5 i 6 października omawiał ze swoimi klasami problem wolności słowa na przykładzie, między innymi, dwóch karykatur opublikowanych przez „Charlie Hebdo”. Jak wiemy z zeznań, uprzedził swoich uczniów, że grafiki są szokujące, więc jeśli chcą, mogą zamknąć oczy lub wyjść z klasy. Paty od trzech lat prowadził lekcje z wychowania obywatelskiego. Tym razem jednak zajęcia nie przeszły bez echa.

Głównym prowodyrem zagorzałej dyskusji w mediach społecznościowych stał się Brahim Chnina, ojciec jednej z uczennic Paty’ego. 8 października zamieścił na Facebooku publiczne wideo, w którym nazywa nauczyciela bandytą. „Pozwolił sobie powiedzieć do uczniów: «Niech muzułmanie podniosą rękę» – komentuje Brahim – Kiedy podnieśli, powiedział: «Macie wyjść» (…), bo chciał pokazać zdjęcia, które ich zszokują”.

Było to jedno z trzech nagrań udostępnionych przez mężczyznę. Chnina nie tylko ujawnił nazwisko nauczyciela i adres jego szkoły, ale też zachęcał wszystkich oburzonych do prywatnego kontaktu.

Zbrodnia w niewielkim Conflans-Sainte-Honorine ożywiła wielkie, światopoglądowe spory

Brahima w nagonce na Paty’ego wsparli inni rodzice. Grozili zorganizowaniem protestów pod szkołą i żądali dyscyplinarnego zwolnienia nauczyciela. Ostatecznie, ojciec pozwał Paty’ego o propagowanie treści pornograficznych.

12 października nauczyciel złożył zeznanie i ujawnił interesujący szczegół – córka Brahima, która również wypowiadała się na facebookowych nagraniach, nie uczestniczyła w zajęciach z wychowania obywatelskiego, ani 5, ani 6 października. Nienawiść narastała więc wokół przekłamanej narracji.

Rozmowy dyrektorki szkoły z Chniną nie złagodziły sporu. Przez półtorej tygodnia od nieszczęśliwej lekcji Paty musiał mierzyć się z fałszywymi oskarżeniami i pogróżkami. Być może zapiekłość Brahima byłaby tylko kolejną, gorzką kroplą, która z czasem rozpłynęłaby się w morzu internetowego hejtu, ale sprawa wymknęła się spod kontroli.

Ojca wsparł Abdelhakim Sefroui, radykalny działacz islamski, klasyfikowany przez policję jako potencjalnie zagrażający bezpieczeństwu państwa (tzw. fiché S). Sefroui powołał w 2004 r. stowarzyszenie Collectif Cheikh Yassine, którego nazwa pochodzi od nazwiska założyciela Hamasu; jest też członkiem nieformalnej rady imamów francuskich. W mediach społecznościowych skutecznie podsycał złość wymierzoną w Paty’ego. Zamieścił m.in. nagranie z Brahimem i jego córką pod wymownym tytułem „Zniewaga islamu i proroka w gimnazjum publicznym: prawdziwy separatyzm”.

Bezpośrednie łącznie francuskiego umiłowania liberté ze śmiercią Samuela Paty’ego byłoby niebezpiecznym nadużyciem

Po przesłuchaniach, 21 października, prokurator ds. zwalczania terroryzmu ustala bezpośredni związek przyczynowy między słownym atakiem Chniny i Sefrouiego a aktem Anzorova. Decydujący wpływ na wyrok miało też odkrycie korespondencji Brahima z samym z Anzorovem między 9 a 13 października.

W śledztwie wypełniają się kolejne luki – badane są przeszłość Anzorova i proces jego radykalizacji, ustala się charakter znajomości między mordercą a Brahimem, jego córką i jednym z gimnazjalistów. Do tej pory siedmiu osobom postawiono zarzuty o współudział w zamachu terrorystycznym: dwóm uczniom, trzem kolegom Anzorova, którzy wsparli go logistycznie, Chninie i Sefrouiemu.

Ale sprawa zdążyła nabrać ponadlokalnego rozmachu. Zbrodnia w niewielkim Conflans-Sainte-Honorine ożywiła wielkie, światopoglądowe spory. Spięcia na międzynarodowym polu intelektualnym i politycznym obnażają prawdziwą wagę październikowych wydarzeń.

Aktorzy drugoplanowi

Emanuel Macron, tak jak w 2015 r. François Hollande, stanął w obronie wolności słowa, a co za tym idzie szeregu wartości demokratycznego Zachodu. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Parę dni po hołdzie narodowym złożonym Samuelowi Paty’emu przez prezydenta Francji, przywódca Turcji Recep Erdoğan zabiera głos w mediach społecznościowych i ostro go krytykuje: „Jaki ma problem niejaki Macron z islamem i muzułmanami? Macron powinien się leczyć”. Na przemówieniach w Ankarze Erdoğan też nie przebiera w słowach, oskarżając niektórych przywódców europejskich o nazizm: „Lincz, podobny do tego dokonanego na europejskich Żydach przed II wojną światową, jest właśnie dokonywany na muzułmanach”.

W tle słownych przepychanek obserwujemy konkretne reakcje wzburzonych obywateli i instytucji: 18 października przez Francję przeszły manifestacje pod hasłem „Je suis Samuel”; 21 października uroczyście odznaczono Paty’ego Orderem Legii Honorowej; 2 listopada złożono nauczycielowi hołd we wszystkich francuskich szkołach. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych rozwiązało stowarzyszenie Collectif Cheikh Yassine, Rada Obrony zdecydowała o podjęciu bezwzględnych kroków wobec innych struktur, stowarzyszeń i jednostek blisko współpracujących ze środowiskami zradykalizowanych muzułmanów.

W tym czasie, przeciw wolności słowa à la française występują, oprócz Turcji, rządy Algierii, Pakistanu, Arabii Saudyjskiej, Bangladeszu i Czeczenii. Dhaka i Ankara stają się arenami kilkudziesięciotysięcznych protestów. Erdoğan nie przestaje nawoływać obywateli krajów islamskich do bojkotu francuskich produktów spożywczych, chociaż Komisja Europejska ostrzega, że takie pogwałcenie umów handlowych zawartych miedzy Brukselą a Ankarą jeszcze bardziej oddala Turcję od UE.

Spory o wartości i słowa rozgrywane na międzynarodowej scenie politycznej dotkliwie uświadamiają nam, że uniwersalność pojęć jest złudna

Muzułmańska Rada Starszych z Abu Dhabi oświadcza, że wytoczy proces redakcji „Charlie Hebdo” oraz pozwie każdego, kto znieważy islam i jego święte symbole.

Tymczasem 27 października satyryczny tygodnik publikuje kolejną niewybredną karykaturę, tym razem tureckiego prezydenta. We francuskich mediach ożywa nieco już zakurzona dyskusja wokół świeckości państwa. Szczególną inicjatywą jest apel 48 francuskich intelektualistów, po części związanych ze środowiskiem „Charlie Hebdo”, w którym domagają się stworzenia nowych instytucji strzegących „prawdziwej, kompletnej laickości”.

Od końca października atmosfera gęstnieje, szczególnie na linii Francja–Turcja. Całemu politycznemu starciu intrygującego rysu dodaje jednak język sporu.

Prawo do słów

Ekstremizm, wolność, tolerancja, pokój – Francji wyślizgnęły się z rąk kluczowe pojęcia, słowa-wytrychy, które jak dotąd wyjaśniały różnice miedzy laicką res publiką a religijnym fundamentalizmem. Minister spraw zagranicznych Arabii Saudyjskiej, potępiając karykatury Mahometa, zwraca uwagę, że „wolność słowa i kultury powinny być drogowskazami dla szacunku, tolerancji i pokoju, odrzucając praktyki i czyny, które rodzą nienawiść, przemoc, ekstremizm i są sprzeczne z ideą koegzystencji”. Erdoğan przestrzega przed „prowadzoną [przez Macrona] kampanią nienawiści” wymierzoną w muzułmanów, algierska Wysoka Rada Islamska nawołuje do „stawienia czoła dyskursowi ekstremistycznemu” i do „działania przeciw rasizmowi”. To tylko kilka przykładów dyskretnej, choć konsekwentnej, walki o pojęcia.

Bezpośrednie łącznie francuskiego umiłowania liberté ze śmiercią Samuela Paty’ego byłoby niebezpiecznym nadużyciem. Pewną lekcją pokory są natomiast wszystkie konflikty narosłe ostatnio wokół idei wolności słowa. Nie oznacza to bynajmniej, że należy rezygnować z satyrycznych mediów (które ostatecznie pełnią w życiu społecznym ważną rolę strefy buforowej); z prób reformowania systemu edukacji (aby lepiej odpowiadał potrzebom zróżnicowanego światopoglądowo państwa), ani z dyskusji nad praktyczną realizacją laickości. Spory o wartości i słowa rozgrywane na międzynarodowej scenie politycznej raczej dotkliwie uświadamiają nam, że uniwersalność pojęć jest złudna i być może nigdy nie dostroimy swoich wrażliwości.

Korzystałam z: „Le Monde”, „Le Parisien”, „L’Humanité”, France Info, BFM TV