W Kościele w Polsce wciąż myślimy jak faryzeusze. Jezus najpierw mówił o przemianie serc, a my chcemy przemienić społeczeństwo siłą sankcji i strachu.

Co myślę o fali protestów, które mimo pandemii przetaczają się przez Polskę po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji? Piszę trochę z dystansu, bo przez ostatnie osiem dni byłem kompletnie odłączony od jakichkolwiek informacji, na rekolekcyjnej pustyni.

Miesza się we mnie dziś lęk i spokój. Ból i nadzieja. Dlaczego? Dwa dni po orzeczeniu Trybunału napisałem, że nie był to dobry moment, aby tykać sprawę aborcji, chociaż rozumiem dobre intencje wielu osób, sam jestem przeciwny wszelkim formom aborcji. I nie zmienię swojego zdania.

Nie każdy czas jest dobry

Nie chodzi tylko o pandemię, choć to naprawdę niebagatelny powód. Nie, nie zgadzam się z argumentami niektórych, że nigdy nie ma dobrego czasu na takie zmiany. Otóż, patrząc na sytuację biblijnie, to właśnie jeden z „dogmatów” Bożego sposobu działania. „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał swego Syna” – czytamy. Biblia mówi o kairosie, szczególnym czasie w odróżnieniu od czasu fizycznego mierzonego zegarem. Syn przyszedł w konkretnym czasie.

Gdyby prawdą było, że każdy czas jest dobry na wprowadzanie prawa, zwłaszcza tak trudnego, to Jezus narodziłby się znacznie wcześniej. Ale narodził się stosunkowo późno, a i tak niewielu przyjęło Jego orędzie. Chociaż gdyby przyszedł w czasach Izajasza, mógłby nie dożyć nawet miesiąca swej publicznej działalności. Jezus objawił Boga takim, jaki jest. Ale nie zostało to przyjęte przez elity i pobożnych ludzi. A niby „nadszedł czas”.

Istnieje coś takiego jak prawo stopniowości. Pisze o tym św. Jan Paweł II w „Evangelium vitae” i „Familiaris consortio”. Nie chodzi tylko o to, by prawo wprowadzić i żebyśmy się cieszyli, że je mamy. Można je wprowadzić za wcześnie, zbyt gwałtownie. Ludzie też muszą dojrzeć do przyjęcia prawa.

Papież nie wymyślił tego przy zielonym stoliku. Cała Biblia mówi o stopniowym objawianiu Boga, o stopniowym objawianiu, na czym polega miłość i życie moralne. Gdyby racje mieli ci, co twierdzą, że nigdy nie ma dobrego czasu na takie ustawy, to Bóg powinien wpisać do Dekalogu także miłość nieprzyjaciół. A nie wpisał. Dlaczego? Bo nie był to jeszcze właściwy czas. Jezus ogłosił miłość do nieprzyjaciół, która właściwie możliwa jest tylko wtedy, gdy żyje się w bliskiej relacji z Bogiem i przyjmuje Jego miłość. Teraz możemy żyć tą miłością, ponieważ otrzymujemy pomoc.

Prohibicja, fanatyzm, a może rozeznanie?

Tak, zabójstwo człowieka narodzonego i nienarodzonego w sensie moralnym niczym się nie różnią. To drugie jest jeszcze bardziej haniebne, bo atakuje się kompletnie bezsilną osobą. Ale obie formy przestępstwa nie są tak samo postrzegane w społeczeństwie, czy się to nam podoba czy nie. Gdyby w ocenie moralnej było tak samo postrzegane, nie byłoby takich protestów. Przypuszczam, że w kwestii zabójstwa jako takiego nikt z obywateli Polski nie powiedziałby, że należy poluzować prawo karne. Jest tu konsensus, jakieś moralne podstawowe wyczucie. W przypadku prawa dzieci do życia w każdym stadium i stanie zdrowie jest – jak widać – inaczej. Nie ma takiej zgody. Czy można ją wymusić? Można, powołując się na V przykazanie. I koniec. Ale czym się to skończy? To brak roztropności.

A czy nie byłoby dobrze wprowadzić prohibicję i zakaz sprzedaży alkoholu, bo to zmniejszyłoby liczbę wypadków, rozwodów, poranionych rodzin i dzieci? Pewnie, że byłoby dobrze, ale tylko na papierze. Dlaczego władza tego nie robi? Czy tylko ze względu na ryzyko ukrócenia wpływów do budżetu? Władza wie, że nie ma społecznego przyzwolenia na tego typu ustawy, chyba że będziemy żyli w jakimś idealnym albo totalitarnym świecie.

Zabójstwo człowieka narodzonego i nienarodzonego w sensie moralnym niczym się nie różnią. Ale oba czyny nie są tak samo postrzegane w społeczeństwie, czy się to nam podoba czy nie

Uważam, że paradoksalnie dzisiaj młodzi ludzie jeszcze mniej są gotowi do tego, aby przyjąć zakaz wszelkich form aborcji, niż 20 lat temu. Sam upływ lat nie wprowadza moralnego postępu. To naiwność. Bez lat edukacji i to pokazywanej pozytywnie, a nie tylko negatywnie, nie będzie zmiany świadomości.

Wprowadzanie praw wymaga rozeznania, znalezienie optymalnego czasu i momentu. Inaczej mamy fanatyzm.

Nie da się sprowadzić Królestwa

Przyczyny protestów są, jak to zwykle bywa, bardzo złożone. Nie zgadzam się z retoryką wielu kościelnych środowisk, że z jednej strony jesteśmy „my – dobrzy” i „oni – źli”. Tłumaczenie wszystkiego w kategoriach wojennych, w kategoriach walki dobra ze złem, gdzie zło jest w jednym obozie, a dobro w drugim, to straszna diabelska pułapka. Zacietrzewienie i lawina emocji nie pozwalają tego dostrzec. Jasne, super postawić się po „jasnej” stronie sporu i zaliczyć do krystalicznych obrońców wiary i moralności. Ale to, niestety, iluzja.

To, co się dzieje, jest także wielką porażką Kościoła. I będzie dla niego niezwykle bolesnym oczyszczeniem. Już jest. Jeśli ktoś uważa, że w tych protestach (pomijam ekstremizmy) chodzi wyłącznie o wyrok TK, to chyba spadł z księżyca.

Kościół instytucjonalny płaci za flirt z obecnie rządzącymi. Ale sprawa jest głębsza. Nawet nie chodzi o tę czy inną władzę. Chodzi o iluzoryczne oczekiwanie, że Królestwo Boże na ziemi da się zaprowadzić z pomocą władzy politycznej. Nie da się.

Jak się zostawi człowieka samego z lękiem, to różne rzeczy przychodzą mu do głowy. Wyzwala się często to, co najgorsze

Nic nie zastąpi pokornej ewangelizacji, bycia z odrzuconymi, ubogich środków, wychodzenia z wygodnego światka. A czy nie lepiej zdać się na legalizm zamiast zmiany serc? Czy nie lepiej widzieć owoce od razu? To nie wymaga pracy i wysiłku. Mamy prawo i je egzekwujemy. Ale to jest astronomiczna iluzja, a nie żaden moralny postęp. A co zrobiliśmy, aby w ogóle edukować, mówić w kościołach nie tylko za pomocą obrazów z rozszarpanymi płodami o szkodliwości aborcji, o tym, że dzieci mogą się urodzić ciężko chore. Bo tu nie chodzi tylko o dzieci, ale również o ich rodziców. Oni potrzebują również pomocy.

W Kościele w Polsce myślimy wciąż starotestamentalnie. Jesteśmy jak uczeni w Prawie i faryzeusze. Jezus najpierw mówi o przemianie serc, a my chcemy przemiany społeczeństwa siłą sankcji i strachu.

Polska katolicka na sztandarach, ale nie w sercu

Czego nie zauważa spora część hierarchi kościelnej (albo nie chce zauważyć)? Że społeczeństwo szybko się sekularyzuje. Jestem przekonany, że wśród tych protestujących są tysiące ludzi ochrzczonych, którzy przeszli wdrożenie do życia sakramentalnego i katechizację. I co z tego? Co wynieśli z całej tej formacji? To jest dla mnie najgłębszy powód bólu.

Polska nie jest już katolickim krajem w sercach, owszem – na sztandarach, w oficjalnych listach i na ustach tak. Sztuczne budowanie katolickości na ciągłym nawiązywaniu do przeszłości, kolejnych rocznicach, beatyfikacjach i kanonizacjach, obchodach i walkach ideowych, nie zatrzyma fali sekularyzacji. Ten szok jest tak wielki, że niektórzy hierarchowie czują, jakby zbliżał się koniec świata. To nie koniec świata. To zderzenie z rzeczywistością. Ulica pokazuje to, co od dawna jest w sercach. Trzeba się w końcu z nią zmierzyć, a nie podtrzymywać iluzoryczne wyobrażenia o katolickiej Polsce.

Chrzcimy, udzielamy pierwszej Komunii, bierzmujemy, a potem okazuje się, że to jedynie rytuały nie mające żadnego wpływu na życie. To tylko wina tych, którzy je przyjmują?

Najbardziej smutne pozostaje to, że wśród protestujących jest tylu młodych. To powinien być najważniejszy powód, który spędzi sen z oczu wielu spośród nas, duchownych. Nie, to nie Kościół ma dzisiaj ogromny wpływ na młodych, nie Jan Paweł II, tylko media, internet i rówieśnicy. Sekularyzacji w całości nie zatrzymamy, ale możemy ją ograniczyć. Młodzi są krytyczni, z natury kontestują, buntują się. Są idealistyczni. To ich prawo. Wszyscy tacy byliśmy. Mogą sami tkwić w problemach, ale nie znoszą hipokryzji. I przeciw temu również protestują na ulicach, pod kościołami i kuriami.

Kościół powinien sobie wziąć do serca to, co się dzieje. Nie grzmieć jedynie o atakujących wrogach, ale wyjść temu trudnemu wyzwaniu naprzeciw. Jednym z powodów sekularyzacji jest słabo ugruntowana wiara, mało odporna na wpływy zewnętrzne, pozbawiona faktycznej relacji z Bogiem, życia sakramentalnego i modlitwy. Część odpowiedzialności za ten stan ponosi także Kościół nauczający. Wszystko się kręci, chrzci się, udziela pierwszej Komunii świętej, bierzmuje, a potem okazuje się, że to tylko rytuały nie mające żadnego wpływu na życie. Czy to tylko wina tych, którzy je przyjmują?

Poszerzanie dobra, a nie straszenie grzechem

Pisałem już tutaj o tym wielokrotnie, że droga do zatrzymania rozległości sekularyzacji wiedzie przez pogłębienie wiary, przez biblijną ewangelizację, naukę modlitwy, dobrą katechezę, budowanie wspólnot. I uświadomienie sobie, że dzisiaj jeden obraz, symbol, zdanie może za sprawą internetu bardzo dużo zbudować i dużo zniszczyć. To chyba nie dotarło jeszcze do wielu duchownych.

Aby przyjąć każde dziecko, a potem pomóc mu i jego rodzicom, naprawdę trzeba mieć silną wiarę. A i tak przypuszczam, że protest często wynika z lęku przed tym, czy i jak sobie człowiek poradzi z takim wyzwaniem jak ciężko chore dziecko. Żaden rodzic nie spodziewa się najgorszego. I dla żadnego rodzica, także tego najbardziej wierzącego, przyjęcie takiego dziecka nie będzie łatwe. Zawsze zrodzi się lęk, smutek, bezradność. To ludzkie i normalne.

Gdy powołuję się na prawo stopniowości, to obejmuje ono także to szersze spojrzenie, szerszy horyzont. W takich sytuacjach wszyscy potrzebują wsparcia. A czy obecne prawo i system pomocy społecznej to gwarantuje? Czy my w Kościele mamy otwarte drzwi dla rodziców, ale i samotnych kobiet, których nagle taka sytuacja dotknęła, chociażby po to, by posłuchać, wesprzeć, towarzyszyć?

Niektórzy nasi hierarchowie czują, jakby zbliżał się koniec świata. To nie koniec świata. To zderzenie z rzeczywistością

Prawo zawsze stanowi pewne minimum. Chce ograniczyć zło. Ale to nie wystarczy w przypadku aborcji eugenicznej. Musi być jeszcze w prawie wpisane „poszerzenie” pomocy i dobra. Tego jak na razie nie ma. A jak się zostawi człowieka z lękiem, to różne rzeczy przychodzą mu do głowy. Wyzwala się często to, co najgorsze.

I ostatnia rzecz. Całe to wydarzenie dotknęło jakiejś niezwykle czułej struny w społeczeństwie, a może czara się przelała. Do tego stopnia, że ludziom nie przeszkadza nawet pandemia. Czegoś innego boją się bardziej. I naprawdę niewiele to zmieni, a tylko pogorszy sytuację, obwieszczanie ustami rzecznika KEP, że udział w protestach to grzech. A co, jeśli przynajmniej niektórzy z tych ludzi robią to w zgodzie ze swoim sumieniem? Rozumiem, że słowa o grzechu są wyrazem bezsilności, przywoływaniem do porządku. Ale to działa jeszcze tylko na przekonanych, na resztę już nie. Wprost przeciwnie.

Tekst pochodzi z Facebooka. Tytuł i śródtytuły od redakcji Więź.pl

Przeczytaj też:
Świat zobaczył fałsz Kościoła. Nasz fałsz

Ojciec przeprasza. List na Wszystkich Świętych