Zastanawiam się chwilami: czy my potrafimy jeszcze mieć szacunek dla samych siebie?

Fragment książki ks. Józefa Tischnera „Nadzieja mimo wszystko”, wybór tekstów: Wojciech Bonowicz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020. Tytuł rozdziału „Z kim trzymasz?”. Obecny tytuł od redakcji Więź.pl

Zastanawiam się chwilami: czy my potrafimy jeszcze mieć szacunek dla samych siebie? Pytanie to rodzi się na marginesie sporów i kłótni, których świadkami jesteśmy[1]. Chodzi nie tylko o spory między zwolennikami poszczególnych kandydatów na prezydenta, ale również o spory o aborcję, o religię w szkołach, o plan reformy gospodarczej i wiele innych podobnych. Temat sporu jest drugorzędny, znamienny jest sposób jego prowadzenia.

W sporach dominuje atak na dobre imię przeciwnika. Nie rozważa się argumentów, nie próbuje zrozumieć poglądów, nie zakłada dobrej woli przeciwnika, lecz podważa jego godność, jego dobre imię, jego autorytet. W ten sposób dają o sobie znać stare nawyki myślowe. Jakie?

Kiedyś przed wielu laty, jeszcze jako uczeń liceum, byłem świadkiem rozmowy milicjanta z moim kolegą, także uczniem. Rozmowa miała charakter raczej towarzyski, w upalny dzień nad rzeką, w okolicach objętych działaniami oddziału „Ognia”. Nie mogła więc być całkiem obojętna. W pewnym momencie milicjant zapytał: „Z kim ty trzymasz?”. Właśnie. To bardzo piękne pytanie. Nieważne, co ty mówisz lub czego nie mówisz, ważne, z kim ty w ostateczności „trzymasz”. Kluczem myślenia jest właściwa klasyfikacja. Na czym opiera się klasyfikacja? Opiera się na poczuciu wspólnego interesu, na pokrewieństwie, podziwie, miłości. Przeciwnikiem jest w ostatecznym rozrachunku ten, kto „nie trzyma” z tym, z kim „trzymać” trzeba.

Sprawa jest bardzo ważna na wsi. Zwłaszcza podczas zabaw. Zdarza się wtedy, że światło gaśnie i zaczyna się bójka. Wtedy, właśnie wtedy, trzeba koniecznie wiedzieć, z kim kto „trzyma”. Nie ma czasu na wymianę poglądów, na pytanie o zasady, na rozmowę – jest czas na wymierzanie sprawiedliwości. Gorzej, gdy zasady karczemnego myślenia staną się zasadami polityki.

Następstwem dokonywanego podziału świata jest, oczywiście, powszechna podejrzliwość. Mądrzejszy jest ten, kto jest bardziej podejrzliwy. Jeśli jest wyrok, oskarżony musi się znaleźć. A skąd się bierze wyrok? Dlaczego trzeba wyrokować? Trzeba wyrokować, bo jest źle. Wyroki sypią się z bólów i lęków, którym podlegamy. Bieg myśli jest w skrócie taki: mamy dziś bezrobocie, mamy trudności ze sprzedażą ziemniaków i buraków, mamy głodowe renty. Cierpimy i ktoś musi być temu winien. Kto? Winny jest ten, kto „nie trzyma” z nami. Podejrzenie trzeba zamienić w oskarżenie, a oskarżenie w skargę. Pisanie skarg jest przyzwoitą formą pisania donosów.

Kresem takich rozumowań jest cios w dobre imię. Właściwie ciosy te nie omijają nikogo. Kiedyś mieliśmy sytuację, że komunistyczna propaganda obrzucała błotem nasze moralne autorytety. Dziś nie ma już propagandy, a jednak błoto pada. Czytelniku, pomyśl bezstronnie.

Następstwem dokonywanego podziału świata jest powszechna podejrzliwość. Mądrzejszy jest ten, kto jest bardziej podejrzliwy

Oto znakomity Kisiel [Stefan Kisielewski] interpretuje jakąś wypowiedź Jerzego Turowicza i mówi, że wezwania Turowicza do jedności są w zasadzie tego samego typu, jakimi były wezwania z okresu „frontu jedności narodu”: Bieruta, Gomułki, Gierka. Oto znakomity pisarz pan Andrzej Szczypiorski sugeruje nam, że Lech Wałęsa może okazać się (a może już się okazał) takim samym „prymitywem” jak świętej pamięci towarzysz „Wiesław”. Czytelniku, pomyśl spokojnie. Nie wiem, kim jesteś i na kogo masz zamiar głosować, ale stań z boku i pomyśl. Boy mówił: „paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy”. Jeśli tak się rozumuje na „szczytach”, to co dopiero mówić o gminach?

Społeczeństwa postkomunistyczne są chore. Choroba ta nie jest, wbrew pozorom, chorobą żołądków, lecz głów. Ile trzeba jeszcze będzie wypić goryczy, by wyjść z objęć tej choroby?

ks. Józef Tischner, „Nadzieja mimo wszystko”, wybór tekstów: Wojciech Bonowicz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020

Przed wielu laty znalazłem się na studiach na jednym z uniwersytetów w Belgii. Jedno mnie tam szczególnie uderzyło: nie mówiło się źle o profesorach, a nawet przeciwnie. Dobrze o profesorach mówili studenci i dobrze mówili inni profesorowie. Słyszało się: „To jest znakomity specjalista od tego i owego, a tamten od tamtego”. Z pewnością ludzie ci mieli też swoje wady, swoje ograniczenia. Ale czy one były najważniejsze?

Nie wierzę, by tacy ludzie jak Lech Wałęsa, jak Tadeusz Mazowiecki, jak Jerzy Turowicz i wielu innych byli dziś inni niż przed kilku laty, kiedy każde ich pojawienie się w okienku telewizyjnym wywoływało w nas dreszcz. Wałęsa to ten sam człowiek, który kiedyś dyskutował z Alfredem Miodowiczem. Mazowiecki to ten sam Mazowiecki, który w pierwszym swoim exposé sejmowym postawił na palce cały naród. To, że dziś stali się konkurentami w wolnych i demokratycznych wyborach, nie umniejsza ich autorytetu.

A że nam trudno wybierać między uczciwymi… No tak, gdybyśmy mieli wybierać między białym a czarnym, wybór byłby wyborem z góry dokonanym. Czy byłaby to demokracja?

To wielka sztuka spierać się, nie godząc w dobre imię człowieka. Tego się trzeba uczyć.


[1] Felieton opublikowany przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w 1990 roku.