Staliśmy się narzędziem w cudzych rękach i dziś za to płacimy. Jeśli nasz Kościół znów nie będzie wolny, trafi na stos.

Źle, że to mleko, które musiało się prędzej czy później rozlać, rozlało się właśnie przy tej okazji. Źle, że rozlało się wobec sporu o wyrok Trybunału Konstytucyjnego, więc de facto wobec sporu o aborcję. To stwarza – również wśród wielu wierzących, zagubionych dziś i patrzących z przerażeniem na swoich braci niemal odłączonych – wrażenie, że jedni są za zabijaniem, a drudzy przeciwko wolności. 

Owszem, wojna o wyrok trwa. Idą marsze, skandowane są hasła, powstają kolejne łatwe piosenki i trudne artykuły. Ale ta wojna jest wojną polityczno-społeczną i ma swoje źródło w polityce. Ktoś chciał może skłócić naród, może coś przed nim ukryć. Posłużył się przy tym instytucją, która nie ma społecznego zaufania i nie prowadząc wcześniej społecznego dialogu. Zderzył się z wielkim poruszeniem obywatelskim. Ktoś inny na tym poruszeniu szybko zaczął budować swój kapitał. Ludzie na ulicy krzyczą o wartościach, ale politycy liczą już szable na następne wybory. Tam nikomu nie idzie o Kościół.  

Pocałunek śmierci

Kościół został w ten spór wciągnięty z zaskoczenia. Zupełnie nie spodziewał się (w swej naiwności?), że to przeciw niemu może obrócić się społeczny gniew.

Wszystko przecież było jak zwykle. Nie pierwszy raz przecież zbieraliśmy podpisy, udzielaliśmy poparcia, dziękowaliśmy za ustawy czy wyroki. To dużo więcej niż głoszenie z ambony i szkolnej katedry, że każde życie jest święte – ale nikt nigdy wcześniej nie przejmował się uwagami niespokojnych, którzy przestrzegali, że wchodzimy za daleko na obcy grunt. 

Ludzie widzą Kościół, który stał się posłusznym narzędziem władzy. To dlatego w politycznym sporze, odrzucając władzę, odrzucają również jej narzędzie

A tam, na obcym gruncie, zostaliśmy zdradzeni. Ci, którzy wcześniej podpierali się naszym autorytetem, cytowali papieża, fotografowali się z biskupami i w swoich politycznych przemówieniach mówili: „my, Kościół” – teraz złożyli na naszym policzku pocałunek śmierci. Nadal nas potrzebowali, ale tylko po to, żeby wskazać winnego i nie dźwigać samemu odpowiedzialności za bunt. Czym innym, jak nie przemyślanym odwróceniem logiki tego sporu – z politycznego na religijny – było przemówienie prezesa Kaczyńskiego?

Wrzenie pod pokrywką

To nie jest spór religijny. W Kościele nic się w tej kwestii nie zmienia. Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne. Przy okazji jednak mleko się rozlało i wewnątrz Kościoła wybuchł spór drugi, zupełnie bezpodstawnie z tym pierwszym utożsamiany. Najbardziej wzniośle można go nazwać sporem o miejsce Kościoła w świecie, a najzwyczajniej: zapytać, czy nasz romans z władzą nie poszedł za daleko. 

Ten spór musiał wybuchnąć, od dawna już wrzało pod pokrywką. Od dawna pojawiały się coraz bardziej śmiałe pytania i wątpliwości, ale nie było ani iskry, ani namacalnego dowodu, że niespokojni nie są wariatami. Że owi niespokojni mogą być nawet prorokami. Dobrze, że spór wreszcie wybuchł. Był potrzebny.

Źle, że wybuchł właśnie przy tej okazji, bo choć doskonale uwidoczniony, łatwo przykryć go kwestią życia, a tych, którzy mówią, że w Kościele źle się dzieje, nazwać mordercami nienarodzonych. Źle, że wybuchł właśnie teraz, bo łatwo może sprawić wrażenie, że idzie nam tylko o to, by bronić kościelnych budynków czy pozwolić mazać po nich farbą. Nie o to idzie. 

Wolność w kojcu

O co więc tak naprawdę upominają się „zwykli” księża, piszący swój list? O co upominają się w swoim liście świeccy? Przecież nie piszą przeciwko życiu. Oni wołają o wolność Kościoła. 

Powiedzą nam szybko, że mamy przecież wolność. Władza pozwala nam chodzić w procesjach, czasem ustala dla nas jakieś prawo, daje pieniądze na zabytki i dla katechetów, ba, księża mogą iść do telewizji i mogą się w niej nawet pokłócić. A w zamian? A w zamian czasem tylko jakiś polityk pokaże się w świętym miejscu, sfotografuje z biskupem, podeprze kościelnym autorytetem. Nie przesadzajmy, to nie jest wysoka cena. Naprawdę nie jest wysoka? 

Przestaliśmy jako Kościół zauważać, że staliśmy się narzędziem w cudzych rękach. Dziś właśnie za to płacimy

To nie jest prawdziwa wolność. To jest wolność w kojcu, który zbudowali dla nas inni. Prawdziwa wolność to wolność wewnętrzna – która nie musi wchodzić w zależności, nie szuka dla siebie poparcia, nie musi na nikim się opierać. Zna swoją siłę i mówi swoje, choćby tłum krzyczał. Nikomu nie pozwoli się wykorzystać i nikomu nie będzie nic winna. Nikomu: choćby miał minę najświętszą i chętnie na polityczny garnitur zakładał komżę. 

Być może prawdziwa wolność jest utopią. Trudno, niech będę utopistką. Ale czy sama Ewangelia nie jest wielkim marzeniem, że człowiek może być lepszy, niż być potrafi?

Być może prawdziwa wolność jest utopią – nie zmienia to jednak faktu, że w tej zewnętrznej niewoli poszliśmy za daleko. Urządziliśmy się w niej wygodnie i przestaliśmy zauważać, że staliśmy się narzędziem w cudzych rękach. Dziś właśnie za to płacimy. Ludzie nie widzą Kościoła wolnego. Widzą Kościół, który stał się posłusznym narzędziem władzy. To dlatego w politycznym sporze, odrzucając władzę, odrzucają również jej narzędzie, które stało się dla nich narzędziem ucisku. I odchodzą. I będą odchodzić. 

Triumf i świadectwo

Czy to skutki działania szatana, jak przekonuje nas głos z toruńskiego radia? Czy setki tysięcy ludzi wychodzą na ulicę dlatego, że chcą zabijać? Czy to raczej skutek działania władzy, która nie prowadzi dialogu i skutek działania Kościoła – któremu się wydawało, że bezpieczny w rękach władzy dialogu prowadzić już nie musi?

Rozmawiam z ludźmi, którzy idą w protestach. Mówią: nigdy bym nie zabiła. Ale nie zgadzam się na przemoc. Czyjąkolwiek. Wymierzoną w kogokolwiek. W moją siostrę, przyjaciółkę i córkę też, dokładnie tak samo, ani mniej, ani więcej jak w nienarodzone dzieci. 

Walka toczy się o ocalenie wiarygodności, które przychodzi przez wewnętrzną wolność. Kościół Chrystusa musi być wolny

Nie daje mi spokoju jeden obraz: męczeński triumf obrońców życia. Wielu z nich zazdroszczę chyba pewności siebie i braku pytań. Łatwo jest powiedzieć: cóż, ludzie odwrócili się od Jezusa, mieli prawo. Widać Jego wymagania były dla nich za trudne. O tym przecież jest w Ewangelii. Trudniej jest spojrzeć sobie w oczy i zapytać, czy aby na pewno daliśmy z siebie wszystko.

Tak, my wszyscy – my, którzy mieliśmy być świadkami, którzy mieliśmy Jezusem zachwycać, którzy mieliśmy zarażać Ewangelią, którzy mieliśmy głosić ją tak, żeby inni również dostrzegali jej piękno. My wreszcie, którzy żyć mieliśmy tak, żeby inni pytali, „skąd oni to mają” i żeby chcieli tego samego pokoju i takiej samej miłości. Daliśmy? Kochaliśmy nieprzyjaciół bez granic – czy tylko głosiliśmy kolejne prawa i obowiązki uczniów, i warunki, pod którymi wolno za Nim iść?

Obowiązki i wartości

Przecież ci, którzy setkami tysięcy idą dziś w protestach i którzy dziesiątkami tysięcy wpisują w internetowe wyszukiwarki hasło „apostazja”, jeszcze niedawno siedzieli w szkolnych ławkach, dwa razy po czterdzieści pięć minut tygodniowo na katechezie. Przecież przychodzili do kościoła w każdą niedzielę, i na nabożeństwa majowe, i na różaniec, bo zbierali podpisy księdza w zeszytach do bierzmowania. Przecież słuchali kazań, znali księdza w swojej parafii i w swoim mieście, wiedzieli, jak żyje. Przecież widzieli swoje matki i babcie idące do kościoła i z kościoła wracające.

Co im daliśmy? Przymus i prawo czy świadectwo? Czego ich uczyliśmy: miłości i spotkania, czy posłuszeństwa i wypełnienia obowiązków? Prawo i obowiązki są dobre i trzymają w człowieku porządek – pod warunkiem, że oparte są na wartościach, które człowiek przyjął wcześniej jako własne. Jeśli tego nie ma, budujemy tylko elegancką fasadę, za którą nie ma już nic. 

Świat zobaczył fałsz

Taki Kościół zbudowaliśmy, przekonani, że jesteśmy silni i bezpieczni; że mając oparcie w ziemskiej władzy, mamy również władzę ludzkich serc.

Taki Kościół zbudowaliśmy. Mnożyliśmy wymagania i dokumenty, straszyliśmy kolejnymi zagrożeniami, waląc pięścią w ambonę. Domagaliśmy się posłuszeństwa bez pytań. Odprawialiśmy nabożeństwa i organizowaliśmy pobożne w formie akcje, nie bacząc, że za nimi stały nieewangeliczne pobudki. W imię własnego bezpieczeństwa odrzucaliśmy ewangeliczne polecenia przyjmowania potrzebujących.

Taki Kościół zbudowaliśmy pychą, pogardą i hipokryzją, przekonani, że naszego głosu chcą i powinni słuchać wszyscy. Na zewnątrz wszystko nadal wyglądało pięknie i działało, więc usypiało naszą czujność – do dziś.

Ale świat (również ten chrześcijański!) zobaczył w tym fałsz. Kościołowi pięknej fasady świat powiedział: „sprawdzam”. Sprawdził naszą uczciwość i odwagę wobec zła we własnych szeregach. Przegrywamy. Sprawdził naszą wolność wobec władzy. Przegrywamy. Sprawdził naszą wiarygodność i doszedł do wniosku, że go oszukujemy. 

Jako katolicy kochaliśmy nieprzyjaciół bez granic – czy tylko głosiliśmy kolejne prawa i obowiązki uczniów, i warunki, pod którymi wolno iść za Jezusem?

Mleko się rozlało. Szkoda, że rozlało się teraz i że istota tego dramatu ginie w innym, ważnym temacie. Ale będę się upierać, że to właśnie jest istota. Od tego zależy trwanie Kościoła w świecie. Jeśli nie będziemy wiarygodni, jeśli świat doświadczy Kościoła, który go okłamał – już nigdy w nic mu nie uwierzy. Nawet w to, że Jezus zmartwychwstał. Po co wtedy taki Kościół?

To jest nasza dzisiejsza porażka. To jest największy nasz dramat. I o to właśnie dziś toczy się w Kościele najważniejsza walka, o której krzyczy tak wielu. O ocalenie wiarygodności, które przychodzi przez wewnętrzną wolność. Kościół Chrystusa musi być wolny – inaczej staje się narzędziem w rękach szarlatanów i jako narzędzie wraz z szarlatanem trafia na stos. I nie ma się co pocieszać, że to śmierć w imię Chrystusa. To będzie śmierć wyłącznie w imię szarlatana. 

Nie z tego świata

Zbudowaliśmy piękną fasadę, wierząc, że o to chodziło Jezusowi. Wydawało nam się, że On chciał w ten właśnie sposób przemieniać świat. I On chciał ten świat przemieniać: ale zaczynając od serca. Jeśli ludzkie serca nie są Jego, największe nawet czyny robione w imię Jezusa będą bez znaczenia.

Czy ta fasada runie? Pewnie nie. Będzie trwała zapewne jeszcze przez lat kilka czy kilkanaście, może powoli tylko się krusząc. Ważne, żeby tuż przy niej (bo przecież razem jesteśmy Jezusowi) zaczęło kiełkować nowe życie. Żeby ci, którzy dziś mówią „basta” – nadużyciom, pysze, hipokryzji, wygodnictwu, konformizmowi, intelektualnej miałkości – zaczęli naprawdę żyć tak, jak żyłby Jezus. Zaczynając od początku, od Ewangelii, a nie od wojen krzyżowych. Pamiętając, że ostatecznie jako chrześcijanie nie jesteśmy z tego świata. 

Ważne, żeby to oni dali świadectwo – że Kościół nie jest wojownikiem tego świata, ale jest miłością nie z tego świata. 

Zob. również tekst Zbigniewa Nosowskiego „Jak iść przez noc ciemną Kościoła”