Wstyd mi bardzo. To także moja wina, że Kościół bardziej kojarzy Ci się z polityką niż z Ewangelią.

Własnych dzieci nie mam. Jednak najczęściej ludzie mówią do mnie: „ojcze”. To zobowiązujące.

Zwyczajowo tak właśnie w Polsce tytułuje się zakonników. Słychać tu jednak także pewną kościelną prawdę, przeżywaną i opisywaną przez św. Pawła: rolę rodzenia do wiary, wtajemniczania w życie wspólnoty. Skoro więc jestem „ojcem”, a Kościół – uwaga! – „Matką” (wciąż w to wierzę, powtarzając za doświadczeniem dwudziestu jeden wieków chrześcijaństwa), to proszę mieć za usprawiedliwione użycie pewnej metafory z życia rodzinnego.

Kiedy z dziećmi dzieje się coś złego, dziwnego czy niezrozumiałego, to – pomagając poszkodowanym, pokrzywdzonym lub zagubionym dzieciom – zawsze patrzymy na rodziców, badając ich odpowiedzialność za krzywdę lub problemy podopiecznych. Warto w ten sposób spojrzeć na obecną sytuację wzburzenia, także na gniew młodych ludzi wymierzony w Kościół.

Spirala paradoksu

Ten gniew kojarzy mi się z syndromem zbuntowanego nastolatka silnie kontrolowanego przez apodyktycznych rodziców. Pewnie oni na swój sposób go kochali, bo przecież te wszystkie reguły i zakazy domowe, cała ciężka praca były po to, aby wyrósł na porządnego i dobrego człowieka. Zamykając go w bezpiecznym i wyizolowanym świecie, nie zorientowali się jednak, że pod pozorami grzecznego i zdyscyplinowanego młodego człowieka rozwija się cichy bunt.

Gniew wymierzony w Kościół kojarzy mi się z syndromem zbuntowanego nastolatka silnie kontrolowanego przez apodyktycznych rodziców

Taki cichy bunt może przybrać formy o wiele bardziej toksyczne, niż gdyby mógł wyrazić się na zewnątrz, jeśliby na to pozwolono. Nakręca się spirala paradoksu… Biedni rodzice, zadowoleni z wzorowego ucznia, są coraz bardziej umęczeni wychowaniem, a dziecko rośnie w poczuciu niezrozumienia i z pogłębiającym się poczuciem niedowartościowania. I nagle trach!

Teraz, po kolejnej awanturze, wyzwiskach i ucieczkach z domu, zdezorientowani rodzice próbują zadawać dziecku pytania. Na gorzkie wyznanie: „Nie chcę was znać”, reagują z bezradnością: „Ale my Cię kochamy!”. Tyle że jest już za późno. Rodzice i dzieci rozminęli się w swoich pragnieniach i oczekiwaniach.

Odpowiedzialność za zaniedbania w wychowaniu ponoszą jednak nie dzieci, ale zawsze rodzice. Szkoda, że zapomnieli, iż najważniejszą siłą rozwojową dla dziecka jest „być przy”, „być z”, „być dla”. Pozwolić na wolność, a przez to na błędy, pytania i wątpliwości. Tylko wtedy z małego dziecka naśladującego rodziców może narodzić się dojrzały człowiek, który nie będzie jedynie wyznawcą tradycji rodzinnych, ale sam będzie miał szansę przekonać się do wartości wyznawanych przez rodziców i przyjąć je jako swoje własne.

Zgubiłem Ciebie

Dlatego – jako ten, którego zwą „ojcem” – chcę powiedzieć: PRZEPRASZAM. Wstyd mi bardzo. Bo to także moja wina, że Kościół bardziej kojarzy Ci się z polityką niż z Ewangelią.

Przepraszam, że zamiast mówić: „Kocham Cię”, cały czas my, rodzice, powtarzaliśmy: „Nie rób”, „Nie wolno!”, „Zostaw”.

Każdy kryzys Kościoła to także czas nowych świętych

Proszę, wybacz mi, że kiedy myślisz o Kościele, to w głowie masz najpierw moralizatorstwo, chciwość i hipokryzję, a nie wrażliwą przestrzeń, gdzie możesz się uczyć wspólnoty: odnajdywać siostry i braci.

Nawet kiedy dostrzegasz realne dobro i charytatywne zaangażowanie Kościoła, to i tak skupiam Twoją uwagę na samym sobie, nie potrafię wskazać Ci Jezusa.

Programy duszpasterskie, obecność na lekcjach religii, księgi parafialne, komfort i bezpieczeństwo materialne przestały być – dla nas, „ojców” – narzędziami, a stały się celem. Gdzieś po drodze zgubiłem Ciebie i zapomniałem przyprowadzić Cię do Jezusa.

A przecież to Ty – dziewczyna, chłopak, kobieta, mężczyzna – masz być drogą Kościoła, a nie ja!

Przepraszam. Proszę, wybacz mi…

Czas nowych świętych

Wiem, co pisał Ratzinger w latach 50. Znam analizy Blachnickiego z lat 70. i 80. Mimo to jestem zaskoczony, że teraz – i w taki sposób – spełnia się ich prorocki głos. Myślałem, że to się będzie dziać powoli, stopniowo i po cichu… A tutaj nagle i z takim hukiem od masowego „chrześcijaństwa” wracamy (?) do małych społeczności.

Prócz wstydu i żalu odnajduję jednak także nadzieję. Bo zawsze wtedy, kiedy Kościół sprzeniewierzał się swojej misji i zapominał o swej tożsamości, Pan sam przejmował inicjatywę. Każdy kryzys Kościoła to czas nowych świętych, którzy swoim radykalnym świadectwem, pociągając za sobą innych, wracali do Jezusa i życia Ewangelią.

Rozejrzyj się dokoła! Gdzieś tu muszą być nowi święci… A może to właśnie Ty?

Przeczytaj także: Świat zobaczył fałsz Kościoła. Nasz fałsz