Znajomym księżom mówię: protestujący odrzucają nie tylko wyrok TK, ale też Wasz wyższościowy ton, hipokryzję i zbratanie z politykami. A mającym alergię na Kościół przypominam o tolerancji, której tak bronią, a której teraz sami nie mają dla myślących inaczej niż oni.

A co tam. Napiszę. Póki nie jest za późno, póki nie usunęli mnie z grona facebookowych znajomych z jednej strony duchowni, których znam wielu, albo obrońcy życia, których też sporo znam i mam za przyjaciół; a z drugiej strony ci (też jest ich wielu), którzy na wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z Kościołem i katolickością, odpowiadają dziś jednym słowem: „wypier…”.

Będę uogólniał, z góry ostrzegam. Wiem, że są wyjątki – i wśród księży, i wśród protestujących antyklerykałów. Ale niech się te wyjątki nie oburzają, tylko pomyślą, dlaczego dzisiaj wszystkim, bez wyjątku, przypina się jedną łatkę: tym pierwszym najeźdźców z innej galaktyki, nierozumiejących ludzi i niemających z nimi już nic wspólnego, tym drugim – aborcjonistów, lewaków, hedonistów czy wręcz satanistów.

Tak się składa, że od dziesięciu lat stoję na granicy między tymi dwiema bańkami. Można powiedzieć: na miedzy. Przypadkiem stało się (bo wierzę w przypadki), że pięć lat temu trafiłem do „Tygodnika Powszechnego” i tylko dzięki niemu na tej granicy zostałem, nie idąc dalej. Od tych, od których się oddaliłem, słyszałem wtedy o zdradzie, katolewicy, „żydowniku powszechnym” (taki żart), no i że trzymam z wrogami Kościoła. Od tych drugich dziś słyszę, że jestem listkiem figowym, koniem trojańskim, katolskim pijarem, wersją light Jędraszewskiego i Rydzyka, i że jak wszystko, co katolickie, mam „wypier…”. Ok. Ale zanim to zrobię, jeszcze coś napiszę.

Tym z pierwszej bańki powiem tak: oburzacie się dziś i dziwicie. Ale chyba sami szybko zrozumieliście, że nie chodzi „tylko” o aborcję. Młodzi, którzy protestują na ulicach, odrzucają nie tylko wyrok TK, nie tylko kompromis z 1993 r. Odrzucają Was. Wasze pouczanie bez najmniejszej próby czy nawet chęci zrozumienia człowieka. Wasze samozachwyt i samouwielbienie. Waszą hipokryzję. Wasze wspólne gibanie się z politykami na urodzinach Radia Maryja, bratanie się z politykami wszystkich opcji, które były u władzy (bo głównie o tę władzę i o korzyści z tego płynące się rozchodzi). Wasze nudne i oderwane od życia lekcje religii w szkołach (ileż to razy sami przyznawaliście, że w sumie to chodzi o etat i ubezpieczenie!). Wasze szczególne i wyglądające na niezdrowe zainteresowanie życiem seksualnym innych. I wasz wyższościowy, protekcjonalny stosunek do ludzi, a szczególnie do kobiet.

Pomyślcie trochę o tym. Nie chcieliście słuchać, gdy mówiono, że to się prędzej czy później obróci przeciwko Wam. Albo nawet przyznawaliście rację, rozkładając bezradnie ręce. Oby teraz nie było za późno. A aborcja i wyrok TK stały się tylko dobrym, mocnym pretekstem, żeby tę zbieraną przez lata złość wykrzyczeć Wam w twarz.

Wojna, nawet w słusznej sprawie, nie może trwać wiecznie. Jeśli ją wygracie, teraz albo za dwa lata, albo za sześć, to ci, którzy myślą inaczej, nie znikną

A Wam, osobom z drugiej bańki, przypomnę tylko o tolerancji, której tak bronicie, a której teraz sami nie macie dla tych, którzy myślą inaczej. O retoryce wojny, o którą zawsze oskarżaliście PiS i prawicę, a którą teraz sami głosicie. O oburzaniu się (bardzo słusznym), gdy ktoś atakował w Polsce ludzi inaczej wierzących lub niewierzących, malował po synagogach i meczetach, a teraz łatwym usprawiedliwianiu malowania po ścianach kościoła i przerywania nabożeństw. O radykalizmie, który zawsze wydawał się Wam podejrzany, fanatyczny, zaślepiony – ale u innych, bo ten u swoich łatwo wytłumaczycie (bo „miarka się przebrała”, bo „spokojnie już było”). Z wieloma Waszymi hasłami się zgadzam, z niektórymi nie (np. nie z tym, że „aborcja jest ok”), ale obawiam się, że już poczuliście siłę i słodki zapach zemsty.

Pomyślcie i o tym. Wojna, nawet w słusznej sprawie, nie może trwać wiecznie, bo ludzie zwyczajnie się nią zmęczą. Jeśli ją wygracie, teraz albo za dwa lata, albo za sześć, to ci, którzy myślą inaczej, nie znikną, nie zmienią zdania, nie przekonacie ich – a przynajmniej nie w taki sposób.

Wrócę na koniec do miedzy, na której jest choćby „Tygodnik Powszechny”, gdzie pracuję, a na który dziś z obu stron lecą obelgi. Dzięki temu, że udało nam się jako redakcji kilka lat temu stanąć pośrodku (bo wcześniej było różnie), mogliśmy rozmawiać z jednymi i z drugimi. Czasem przez płot, ale zawsze. Mogliśmy zapraszać do siebie ludzi z obu stron (może z wyjątkiem polityków, którym nie oddajemy łamów, co najwyżej krytycznie ich przepytując). Można było podejść do płota, nawet się pokłócić, ale – jakby na to nie patrzeć – i tak się zbliżyć. Jeśli po obu stronach miedzy powstaną mury, a nie płoty, to trzeba będzie o tym zapomnieć.

Tekst ukazał się pierwotnie na Facebooku. Tytuł od redakcji

Przeczytaj także: O Rzecz bardziej Pospolitą