Może nasza nadzieja to wyjść w nieznane? Wyjść z naszych pobożnych przyzwyczajeń, z katolickich oczywistości kulturowych – i zacząć od nowa.

Najtrudniejsze dla mnie hasło trwających w ostatnich dniach protestów to „W Kościele nie ma już Boga”. Ono stawia nas, katolików, wobec pytania: po co zatem Kościół, skoro wielu nie jest w stanie odnaleźć w nim Boga? Ci, który noszą takie hasła, zapewne rzeczywiście znajdują w Kościele wszystko, tylko nie Boga.

Leszek Kołakowski pisał i zarazem przestrzegał w eseju „Jezus ośmieszony”: „To dziwne, to bardzo dziwne, że w chrześcijaństwie wszyscy chcą znaleźć właśnie Boga. Jeżeli Go nie znajdują, odchodzą, żeby szukać gdzie indziej. Gdy Kościół uznaje inne sprawy za cele autonomiczne, z konieczności będzie przyciągać tych, którzy zechcą go wykorzystać do spraw świeckich, a odpychać tych, dla których liczą się przede wszystkim Bóg i Jezus; będzie więc dokonywał w swoim łonie selekcji negatywnej, antychrześcijańskiej”.

Chrześcijaństwo jest nie za nami, w czasie przeszłym, lecz przed nami, jako zadanie

Odchodzą ci, którzy Boga nie znajdują – i nie jest ważne, czy zrobili wszystko, aby Go znaleźć. Pytanie brzmi: czy Kościół jako wspólnota wierzących zrobił wszystko, by oni Go w Kościele i dzięki Kościołowi znaleźli? Cóż z tego, że my – szczęśliwcy – Go odnaleźliśmy, skoro inni nie potrafią? Jeśli ktoś przychodzi (nieistotne: z dobrą czy złą wolą) pod kościół, by wykrzyczeć, że tam nie ma już Boga – to nie możemy jedynie wzruszyć ramionami, jak zrobili to właśnie nasi biskupi, którzy po spotkaniu Rady Stałej KEP potrafili tylko suchym językiem wyrazić wdzięczność i niepokój.

Zgodnie jednak z wczorajszą zapowiedzią z tekstu „Trzeba zerwać konkubinat państwowo-kościelny” uważam, że – niezależnie od stanowiska biskupów w aktualnym sporze – dla mnie i tak dużo ważniejsze są pytania: „Jak teraz wierzyć? Jak być katolikiem? Jak być Kościołem?”.

Znak, narzędzie i krzywe zwierciadło

Jednym z podstawowych samookreśleń Kościoła, przyjętych na II Soborze Watykańskim, jest pojęcie sakramentu – przypomina ks. Grzegorz Strzelczyk w książce „Po co Kościół”. W pierwszym punkcie soborowej konstytucji dogmatycznej o Kościele czytamy: „Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”.

Ważne są tu słowa „znak” i „narzędzie”. Sakramentalność Kościoła składa się z tych dwóch elementów – pisze Strzelczyk. Po pierwsze, Kościół jest „znakiem”, czyli widzialną, identyfikowalną rzeczywistością, która ma odsyłać do zbawienia, wyrażać je, przypominać o nim. Po drugie, jest też „narzędziem” – w Kościele zbawienie faktycznie się dokonuje. Jako Kościół mamy więc być czytelnym znakiem i skutecznym narzędziem zbawienia. A duchową rzeczywistością, na którą znak ma czytelnie wskazywać i którą narzędzie ma skutecznie realizować – jest jednoczenie.

Możemy jednak być jako Kościół znakiem po prostu nieczytelnym i narzędziem nieskutecznym. Albo stać się krzywym zwierciadłem – zamiast znakiem jedności, być znakiem podziałów. Skoro pojawiają się transparenty o treści „W Kościele nie ma już Boga”, to znaczy, że z taką właśnie nieczytelnością mamy do czynienia obecnie w Polsce.

Zbiorowa noc ciemna

Jak już wielokrotnie twierdziłem, choć jestem świadom wielu błędów kościelnych instytucji – błędów, które i piętnuję, i chcę naprawiać – to jednak sam z Kościoła się donikąd nie wybieram. To w Kościele Boga spotkałem, spotykam i chcę nadal spotykać. Chciałbym też móc czytelnie pokazywać Go tu innym.

Poczucie zagubienia i opuszczenia, jakiego obecnie doświadcza wielu polskich katolików, jest jednak szczególne. Rodzi hipotezę, że być może zbiorowo przeżywamy w Polsce teraz ciemną noc Kościoła. „Noc ciemna” to doświadczenie duchowe opisywane przez mistyków. Człowiek wierzący odczuwa wtedy wszechogarniającą ciemność, pustkę, a nawet opuszczenie przez Boga. Stan ten może jednak prowadzić do duchowego oczyszczenia, do uwolnienia od własnych iluzji religijnych. Ostatecznie zaś – do odkrycia, że w tym doświadczeniu Bóg był cały czas bliżej, niż się nam wydaje.

Na dobre przeżywanie nocy ciemnej nie ma jednak prostej recepty. Zwłaszcza jeśli to zbiorowa noc ciemna Kościoła w Polsce. Nie łudźmy się, nie znajdziemy tu cudownych rozwiązań.

Koniec epoki to nie koniec świata

Coś się kończy. Umiera na naszych oczach pewna forma funkcjonowania Kościoła w naszym kraju. Katolicyzm był dla niej kulturową oczywistością, niekwestionowanym punktem odniesienia i bezdyskusyjnym źródłem wartości w życiu społecznym. Prawo, kultura i obyczaje były katolicyzmem przesiąknięte. Tylko że tą kulturową oczywistością był właśnie katolicyzm jako ideowy (a z czasem: ideologiczny) fundament społeczny, a nie wiara katolicka. To nie relacja z Bogiem była na pierwszym planie, lecz kulturowa socjalizacja katolicka.

Kilkadziesiąt lat temu właśnie o to spierał się ks. Franciszek Blachnicki z kard. Stefanem Wyszyńskim (a dziś obaj są kandydatami na ołtarze). Prymas uznawał wtedy, że mamy do czynienia z ochrzczonym wierzącym narodem – wiarę trzeba zatem umacniać i pogłębiać oraz walczyć z wadami narodowymi. Blachnicki natomiast, jako gwałtownik Królestwa Bożego, wychodził z założenia, że mamy w Polsce do czynienia w większości z ludźmi ochrzczonymi, ale niewierzącymi. Trudno o bardziej odmienny punkt wyjścia – według kardynała wiara już jest, tyle że słaba; według założyciela Ruchu Światło-Życie wiary de facto nie ma, są tylko ludzie formalnie ochrzczeni. Historia najpierw, jak się wydawało, przyznała rację prymasowi (Kościół wyszedł umocniony z PRL), obecnie jednak przyznaje rację Blachnickiemu (kończy się bowiem epoka katolicyzmu kulturowego). 

Jeśli ktoś przychodzi pod kościół, by wykrzyczeć, że tam nie ma już Boga – to nie możemy jedynie wzruszyć ramionami, jak zrobili to właśnie nasi biskupi 

Nadzieja w tym, że koniec epoki to nie koniec świata. Taką myśl niezwykle trafnie rzucił ostatnio mój kolega redakcyjny Bartosz Bartosik podczas dyskusji o papieskiej encyklice „Fratelli tutti”. Na koniec pewnej (momentami bardzo pięknej) epoki polskiego katolicyzmu można więc spojrzeć jako na początek mozolnego procesu odradzania się żywej wiary.

Ale to wymaga zmiany w naszym myśleniu. Kiedy w czasie postępującej sekularyzacji w Québecu zaczęły dominować hasła typu: „Kościół w stanie upadku”, „Kościół w fazie terminalnej”, „Kościół w agonii”, w końcu uświadomiono sobie, że nie dawały one żadnej nadziei. Dlatego z czasem zaczęły się pojawiać inne wyrażenia, jak: „Kościół w transformacji”, „Kościół w stanie metamorfozy”. Dzisiaj i my musimy się uczyć takiej perspektywy.

Chrześcijaństwo jest przed nami

Nieprzypadkowo właśnie wczoraj rekordy poczytności na Więź.pl bił tekst ks. Andrzeja Draguły „Polscy wierzący poganie. Ratzinger czytany po 60 latach”. Pierwotnie był on opublikowany dwa i pół roku temu w kwartalniku „Więź”, w bloku tematycznym pod znamiennym tytułem „Samosekularyzacja po polsku”. Idąc za dawnymi intuicjami obecnego emerytowanego biskupa Rzymu, nasz redakcyjny teolog pisał: „w Polsce – podobne jak za czasów młodego Josepha Ratzingera w Niemczech – «instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa», Kościół w dużej mierze wciąż jeszcze funkcjonuje «po staremu». Tyle że «realny świat oddalił się w znacznym stopniu» i poszedł swoją drogą”.

Nie będę tu powtarzał więcej tez Ratzingera i Draguły. Tę niezwykle ważną analizę udostępniliśmy w całości online. Wydarzenia ostatnich dni są potwierdzeniem tych diagnoz i prognoz. Pewne już jest, że będziemy w Polsce Kościół odbudowywać na zgliszczach dawnej sławy i świetności. I że trzeba będzie to czynić od podstaw. Od samych fundamentów.

Katolicyzm był w Polsce kulturową oczywistością – właśnie katolicyzm jako ideowy (a z czasem: ideologiczny) fundament społeczny, a nie wiara katolicka

Nie należy w tym procesie oglądać się na tych – i na kościelnej górze, i na dole – którzy długo jeszcze będą żyć w przekonaniu, że da się uratować zdrową tkankę narodu, odprawiając więcej nabożeństw i usilniej modląc się do św. Michała Archanioła, żeby pogrążył siły nieczyste, które się przeciwko nam sprzysięgły; a gdyby i to nie pomagało, to chłopcy narodowcy będą bronić kościołów własną piersią. Ktoś chce próbować ocalać dawną świetność? Wolno mu.

Wiara podpowiada mi jednak, że tutaj potrzeba innego spojrzenia. Akcent trzeba położyć nie na ocalanie przeszłości, lecz na budowanie przyszłości. Jest sporo dobra do ocalenia, ale chrześcijaństwo jest wciąż przed nami. Nie za nami, w czasie przeszłym – lecz przed nami, jako zadanie. Choć obecnie trzeba przejść przez ponurą dolinę cienia. 

Opcja Abrahama

W przeżywaniu nocy ciemnej niezbędne jest odpowiednie rozeznawanie duchowe. Rozeznanie nie daje jednak do ręki prostych algorytmów postępowania. Mistycy przekonują, że wchodząc w noc ciemną, chrześcijanin powinien przede wszystkim pogodzić się z sytuacją duchowej pustki, następnie głęboko zaufać Bogu i cierpliwie znosić czas swego opustoszenia – z nadzieją, że noc ciemna dokona w nas oczyszczenia i odsłoni oblicze Boga, obecne bliżej, niż się nam wydaje.

Oznacza to, że zadaniem dla nas jako społeczności polskich katolików jest naśladowanie Abrahama – trzeba wyruszyć w nieznaną drogę. Abraham obrał właściwy kierunek wędrówki właśnie dlatego, że poszedł w kierunku nieznanym.

Może to jest obecnie nadzieja dla polskich katolików? Może mamy wyjść z naszej stabilności, z dobrze nam znanego Ur chaldejskiego, z naszych pobożnych przyzwyczajeń, z katolickich oczywistości kulturowych – i wkroczyć w nieznane, w niepewność?

Pięć drogowskazów

Nie da się na tę drogę napisać szczegółowego scenariusza marszruty. Nie można włączyć żadnego zewnętrznego GPS-a, który by nas poprowadził. Trzeba wyruszyć, trzymając się paru elementarnych drogowskazów, które w historii Kościoła zawsze się przydawały, gdy kolejne pokolenia musiały odbudowywać wspólnotę wiary z ruin, do których doprowadzili ją poprzednicy – oraz własnego sumienia.

1. Na złe doświadczenie Kościoła egzystencjalnie odpowiedzieć można jedynie dobrym doświadczeniem, a nie teorią. I to przede wszystkim doświadczeniem Boga, który do wspólnoty Kościoła zaprasza. Bo w Kościele chodzi o Boga, a nie o cywilizację, ideologię, wartości czy imaginarium. Tam, gdzie nie można już rozmawiać, tam wciąż można świadczyć.

2. Trzeba się modlić, a nie tylko dyskutować o problemach. Modlitwa to jedyna czynność, jaka wyróżnia nas, wierzących. Wszystko inne, nawet miłość nieprzyjaciół, może się wydarzać bez motywacji religijnej. Jesteśmy najpierw wspólnotą modlitwy, a dopiero potem debaty, polemiki i poszukiwań intelektualnych.

Odchodzą z Kościoła ci, którzy Boga w nim nie znajdują – i nie jest ważne, czy zrobili wszystko, aby Go znaleźć. Czy Kościół jako wspólnota wierzących zrobił wszystko, by oni Go w Kościele i dzięki Kościołowi znaleźli?

3. Trzeba też szukać wkoło siebie okazji do konkretnej służby drugiemu człowiekowi. Miłość Boga musi być spleciona z miłością bliźniego. To ma być konkret angażujący czas i ręce, a nie tylko kolejny przelew na cele dobroczynne. Czynna miłość bliźniego uzdrawia relacje.

4. Najlepiej połączyć jedno z drugim: modlitwę z byciem dla innych. Wtedy już jest prawdziwy zalążek Kościoła, który ma przecież dwa skarby: Eucharystię i ubogich.

5. Warto szukać wspólnoty, choćby jakiejś małej niszy, która pozwala znaleźć swoje miejsce w szerszym Kościele. Modlimy się przecież „Ojcze nasz”, a nie tylko „mój”. Wiara jest sprawą najbardziej osobistą, ale nie prywatną. Wiara to zaproszenie do wspólnoty, w której doświadcza się Boga i Kościoła.

Nadzieja jako ciemność

Ta droga będzie bardzo trudna. Ogołocenie musi boleć. A przecież wielu jest i nadal będzie przekonanych, że w żadną drogę wyruszać nie trzeba. Że ma być tak jak jest, bo jest tak jak ma być. Że raczej obrony cywilizacji nam potrzeba niż wędrownej niepewności Abrahama. Że „Bóg sam wystarczy” to gwarancja zbyt słaba, więc potrzeba innych szańców.

Ale to Pan rzekł do Abrama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę” (Rdz 12,1). A on „wbrew nadziei uwierzył nadziei” (Rz 4,18).

O nadziei Abrahama papież Franciszek mówił, że nie była ona „pewnością, która zabezpiecza przed wątpliwościami i rozterkami. […] niejednokrotnie nadzieja jawi się jako ciemność, jednak jest to nadzieja, aby nie ustawać w drodze. Wiara jest również zmaganiem się z Bogiem, ukazywaniem Mu naszego rozgoryczenia, bez «pobożnego» koloryzowania. […] nadzieja jest także odwagą, by widzieć rzeczywistość taką, jaka  jest, i zaakceptować jej sprzeczności”.

Więc wyjść trzeba. I szukać Boga pośród naszej nocy ciemnej – wbrew nadziei, wierząc nadziei.  

Zob. również tekst Moniki Białkowskiej „Świat zobaczył fałsz Kościoła. Nasz fałsz”