Wiara katolicka w Quebecu zbudowana była na konformizmie, a nie na osobistym wyborze. Ktoś był katolikiem, ponieważ wszyscy inni byli katolikami. Taka religia nie mogła przetrwać zmian kulturowych, jakie przyniosły lata sześćdziesiąte.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2006.

Zawarta w tytule konstatacja najlepiej chyba podsumowuje to, co się stało w kanadyjskiej prowincji Quebec w ostatnich 50 latach. Kolejne świątynie są sprzedawane i zamieniane na luksusowe mieszkania czy sale koncertowe. Zamykane są seminaria i domy zakonne. Z roku na rok podnosi się średni wiek kapłanów i sióstr zakonnych. Chrzci się coraz mniej dzieci. Wskaźniki praktyk religijnych spadają do poziomu jednocyfrowego.

Niejeden z komentatorów aktualnej sytuacji Kościoła (nie tylko katolickiego) w Quebecu stwierdza wprost: Kościół umiera. Statystyczne wskaźniki zdają się to potwierdzać. Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi oczywiście: dlaczego tak się stało? Czy można było uniknąć tego masowego drenażu Quebeckiego katolicyzmu? Czy rzeczywiście tutejszy Kościół skazany jest na agonię? Czy to jest już jego faza terminalna?

A może wcale nie skończył się tutaj ani Kościół, ani katolicyzm, ani – tym bardziej – wiara? Może to tylko koniec pewnej, historycznej – a więc zmiennej i niekoniecznej – formy i struktury zachodniego katolicyzmu? By dobrze zrozumieć, co się stało w Quebecu, i odpowiedzieć na te i inne pytania, trzeba powrócić do początku, do epoki sprzed sekularyzacji, do „złotego wieku” kanadyjskiego katolicyzmu.

Dziedzictwo: parafia, szkoła, szpital

Historia katolicyzmu kanadyjskiego od samego początku związana jest ze wspólnotą francuskojęzyczną. Kolonizacja francuska, inicjowana jeszcze w XVI w. przez Jacques’a Cartiera, a później, w początkach XVII w., podjęta przez Samuela de Champlaina, zaowocowała powstaniem francuskojęzycznej kolonii, szybko nazwanej Nową Francją. W wyniku inwazji angielskiej w roku 1759, a potem Traktatu Paryskiego z roku 1763, stała się ona Dolną Kanadą pod panowaniem brytyjskim. W wyniku tej zasadniczej zmiany geopolitycznej blisko 60 tys. mieszkańców obu wybrzeży Rzeki św. Wawrzyńca zostało oderwanych od ojczyzny-matki i skazanych na życie pod zupełnie obcym reżimem.

Od tego czasu Kościół, wiara katolicka i język francuski stały się symbolami i narzędziami oporu wobec Korony brytyjskiej, protestantyzmu i języka angielskiego. Kościół katolicki z czasem został swoistą matrycą społeczną i kulturową dla mieszkańców francuskojęzycznego Quebecu. Był nie tyle ideologią, co czynnikiem determinującym tożsamość francusko-kanadyjską[1].

Interesujące jest w tej perspektywie świadectwo jednego z dziewiętnastowiecznych przywódców politycznych, Louis-Josepha Papineau, liberała, agnostyka i antyklerykała, który pisał do swojego syna, wychowanego zresztą u jezuitów, co dawało gwarancję dobrego wykształcenia: „Katolicyzm jest częścią naszej tożsamości narodowej, co trzeba wyznawać przy każdej okazji[2].

Złoty wiek katolicyzmu kanadyjskiego rozpoczyna się w połowie XIX wieku. Jednym ze wskaźników żywotności Kościoła jest liczba powołań. Dość powiedzieć, że gdy w roku 1830 na jednego księdza przypadało 1834 wiernych, to 20 lat później już tylko 1080, a pod koniec XIX w. 658 wiernych, by w roku 1960 osiągnąć poziom 509 wiernych na jednego kapłana[3]. Podobny dynamizm charakteryzował także wspólnoty zakonne żeńskie i męskie, które licznie przybywały do Quebecu, korzystając z tutejszej wolności politycznej i administracyjnej, na co często nie mogły liczyć w swych rodzimych krajach.

Gdy w roku 1830 na jednego księdza przypadało 1834 wiernych, to 20 lat później już tylko 1080, a pod koniec XIX w. 658 wiernych, by w roku 1960 osiągnąć poziom 509 wiernych na jednego kapłana

Oprócz struktury parafialnej, Kościół zaczął z czasem budować dwie inne równoległe struktury: edukacyjną i charytatywną, tworząc sieć szkół katolickich oraz sieć szpitali i domów różnorakiej opieki społecznej. Trzeba powiedzieć, iż mało który region świata na początku XX wieku mógł się pochwalić równie rozwiniętym, obejmującym także rozległe tereny wiejskie szkolnictwem podstawowym, z którego korzystali zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Podobnie było z rozwiniętą strukturą charytatywną, która opierała się na zgromadzeniach żeńskich. Stopniowo też Kościół stał się instytucją kulturotwórczą, a plebanie, w których powstawały biblioteki i sale czytelnicze, stawały się ośrodkami nie tylko w dziedzinie edukacji, ale również kultury codziennej i użytkowej, a nawet kultury „wyższej”. W ten sposób Kościół ogarnął swoim zasięgiem całość życia człowieka. Towarzyszył mu przy narodzinach i przy śmierci. Zapewniał mu edukację i ochronę zdrowia. Kształtował jego kulturę i ocalił język.

Niezwykłym świadectwem związku między językiem, świadomością odrębności jako wspólnoty francuskojęzycznej a katolicyzmem jest przemówienie, jakie polityk Henri Bourassa wygłosił podczas XXI Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, który w roku 1910 odbył się w Montrealu. Podczas mszy inauguracyjnej legat papieski kard. Bourne, arcybiskup Westminsteru, fragment homilii poświęcił roli, jaką w rozwoju amerykańskiego katolicyzmu odegrał język angielski. W odpowiedzi Henri Bourassa powiedział m.in.: „Nie chcę powiedzieć, że Kościół katolicki w Kanadzie musi być francuski. Nie, ale powiedzcie razem ze mną, że dla trzech milionów katolików, spadkobierców pierwszych apostołów chrześcijaństwa w Ameryce, najlepsza ochrona wiary to ochrona języka, w którym przez trzysta lat adorowano Chrystusa”[4].

Mieszkaniec Quebecu nie rodzi się już katolikiem

Zasadnicze zmiany rozpoczęły się w latach sześćdziesiątych XX wieku. Pierwszym czynnikiem zmian była tzw. révolution tranquille (cicha rewolucja), w której wyniku doszło do sekularyzacji sfery edukacyjnej, ochrony zdrowia, opieki socjalnej, a także kultury i związków zawodowych. U źródeł révolution tranquille stała konieczność dokonania zmian w społeczeństwie Quebecu, zwłaszcza zwiększenie znaczenia społeczności francuskojęzycznej, której rola była marginalna. Rodzi się wówczas wyemancypowana z kościelnej „matrycy” tożsamość Quebécois, społeczności, która chciała wreszcie zostać – jak się wówczas mówiło – „panem u siebie”.

W przestrzeni społeczno-politycznej Kościół de facto przestał być potrzebny, gdyż nie musiał już spełniać wielu funkcji zastępczych, przestając być nośnikiem tożsamości narodowej. Przyszedł więc czas na oddanie państwu szkół, uniwersytetów i szpitali. Zmiany te dokonały się dość szybko i zasadniczo we współpracy z Kościołem. Z perspektywy czasu trzeba też przyznać, iż przekazanie tych sfer w gestię państwa było dla Kościoła wybawieniem, gdyż sam Kościół nie był w stanie podołać rosnącym wyzwaniom, nie tylko z braku środków materialnych, lecz także braku fachowego personelu, co było widoczne zwłaszcza w szpitalach.

Drugim powodem zmian było aggiornamento II Soboru Watykańskiego wraz z jego zmianami liturgicznymi i nowym stosunkiem do społeczności świeckiej. Zmiany soborowe dokonywały się często zbyt szybko, były improwizowane, a wierni nie byli wystarczająco do nich przygotowani. Kościół, który wydawał się niezmienny, nagle uległ zasadniczej zmianie, pozbawiając jednocześnie swoich wiernych poczucia pewności i stabilizacji.

Kościół katolicki z czasem został swoistą matrycą społeczną i kulturową dla mieszkańców francuskojęzycznego Quebecu

Trzeci czynnik, który odegrał bardzo ważną rolę, to zmiany kulturowe, które nałożyły się na dokonujące się już przemiany społeczne, polityczne i wewnątrzkościelne. W ciągu kilku lat Quebec, dzięki upowszechnieniu telewizji, wszedł w nowoczesność, a kultura popularna stała się konkurencyjna wobec kultury parafialnej i zaczęła zajmować jej miejsce w zbiorowej wyobraźni.

W opinii wielu badaczy, z trzech wymienionych czynników największy wpływ na postępującą sekularyzację społeczeństwa Quebecu miały zmiany kulturowe. Zderzył się z nimi masowy i zasadniczo wiejski katolicyzm kanadyjski, w którym praktyki religijne niekoniecznie przekładały się na przekonania.

W tym właśnie kontekście, autorzy raportu „Risquer l’avenir” (o którym za chwilę) stawiają tezę, iż od dawna już wiara katolicka w Quebecu zbudowana była na konformizmie, a nie na osobistym wyborze. Ktoś był katolikiem, ponieważ wszyscy inni byli katolikami, ponieważ wymagała tego kultura, ponieważ było to elementem tożsamości społecznej.

Mieszkaniec Quebecu „rodził się katolikiem”, a chrzest był rozumiany nie tyle jako sakramentalne wkroczenie we wspólnotę Kościoła, ile potwierdzenie posiadanego już niejako od urodzenia społecznego statusu katolika. Zdaniem autorów „Risquer l’avenir”, religia zbudowana na konformizmie nie mogła jednak przetrwać tak zasadniczych zmian kulturowych, jakie przyniosły lata sześćdziesiąte. Dokument stawia tezę, iż mieszkańcy Quebecu przestawali być katolikami tak samo jak się nimi stawali, tzn. w wyniku konformizmu, a nie przez osobistą decyzję. Sekularyzacja i odejście od Kościoła stały się po prostu nowym zwyczajem, nową modą.

Na skutki nie trzeba było długo czekać. Liczby mówią same za siebie. Wystarczy przyjrzeć się współczynnikowi dominicantes, czyli liczbie uczęszczających na mszę niedzielną. W roku 1961 wynosił on jeszcze 61 proc., w 1981 spadł już do 40 proc., w roku 1984 (rok wizyty Jana Pawła II) osiągnął poziom 31 proc., a w roku 1992 spadł do 15,5 proc. Szacuje się, że w latach dziewięćdziesiątych współczynnik ten wahał się w parafiach wiejskich jeszcze w okolicach 20 procent, a w parafiach miejskich – 10 proc. Dzisiaj mówi się już o 6-10 proc. praktykujących katolików, a w niektórych parafiach śródmiejskich nawet o 3-5 proc.

Bardzo ciekawe jest porównanie praktyk religijnych i przynależności do jakiejkolwiek religii. I tak – według danych z roku 2004 – w całej Kanadzie 19 proc. społeczeństwa stanowią osoby, które nie identyfikują się z żadną religią. W Quebecu grupa ta stanowi tylko 9 proc., a w Kolumbii Brytyjskiej aż 36 proc.

Z drugiej jednak strony, w całej Kanadzie jedna czwarta osób identyfikujących się z jakąś religią w ogóle jej nie praktykuje, w Quebecu grupa ta stanowi aż 35 proc., a w najbardziej laickiej Kolumbii Brytyjskiej jedynie 21 proc. Jednocześnie trzeba zauważyć, iż w latach 1985-2004 współczynnik niepraktykujących w całej Kanadzie wzrósł z 19 do 25 proc., w Quebecu z 19 do 35 proc. (!), a w Kolumbii Brytyjskiej spadł z 28 do 21 proc.[5].

W Quebecu spadek praktyk religijnych jest więc najbardziej spektakularny. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, poziom praktyk religijnych w innych regionach Kanady i w innych wyznaniach chrześcijańskich nigdy nie był tak wysoki jak w Quebecu. Po wtóre, żaden Kościół w żadnym innym rejonie Kanady nie miał takiego samego statusu społecznego jak Kościół katolicki w Quebecu[6].

W ciągu kilku lat Quebec, dzięki upowszechnieniu telewizji, wszedł w nowoczesność, a kultura popularna stała się konkurencyjna wobec kultury parafialnej i zaczęła zajmować jej miejsce w zbiorowej wyobraźni

Porównanie z Kolumbią Brytyjską pozwala na jeszcze jeden wniosek. Wysoki współczynnik identyfikacji z religią i jednoczesny wysoki współczynnik porzucenia praktyk w Quebecu pokazuje, iż społeczeństwo nie utraciło kulturowego związku z religią i Kościołem, porzucając jednocześnie praktyki. Inaczej jest w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie procentowo jest mniej identyfikujących się z religią, ale ci którzy wierzą, częściej praktykują.

Drugi wymierny czynnik to liczba powołań do kapłaństwa i życia zakonnego. W roku 1966 w całej prowincji Quebec było 13.609 kapłanów i zakonników oraz 34.571 zakonnic. W roku 1999 było już tylko ok. 3.300 kapłanów diecezjalnych, obecnie jest ich jedynie 2.790. W roku 1999 jedynie 13 proc. kapłanów miało mniej niż 50 lat. Obecnie przewiduje się, iż w najbliższych 2-3 latach około 80 proc. aktywnych jeszcze kapłanów odejdzie na emeryturę.

Kto ich zastąpi? U początku lat sześćdziesiątych seminarium w Montrealu miało 280 kleryków, w mieście Quebec było ich ok. 250, a w pozostałych sześciu – od 35 do 50. Obecnie na 25 diecezji istniejących w całej prowincji istnieją tylko trzy seminaria, w których uczy się mniej niż 100 kleryków. Podobna sytuacja jest zresztą w całej Kanadzie. Jeśli wziąć pod uwagę, iż w całym Kościele kanadyjskim jest ok. 140 biskupów diecezjalnych, pomocniczych i emerytów, to z prostej arytmetyki wynika, iż w roku 2002 w Kanadzie więcej było biskupów niż wszystkich seminarzystów…[7].

Zaryzykować przyszłość

W 1989 roku biskupi prowincji Quebec podjęli decyzję o przeprowadzeniu szerokich badań nad aktualną sytuacją Kościoła i jego przyszłością. Wyniki badań powierzonych Instytutowi Pastoralnemu w Montrealu zostały opublikowane pod znamiennym tytułem „Risquer l’avenir” (Zaryzykować przyszłość)[8]. Pierwszą część dokumentu stanowi bilans zmian, jakie dokonały się w we wspólnotach parafialnych na płaszczyźnie praktyk religijnych. Druga część zawiera krytyczną analizę aktualnej sytuacji w perspektywie socjologicznej oraz eklezjologicznej, rozpatrując ją przede wszystkim w kontekście różnych modeli Kościoła. Ostateczna konkluzja wskazuje, iż model parafii, który został wypracowany na II Soborze Watykańskim, nie odpowiada już niestety aktualnym wyzwaniom. Trzecia, najbardziej kontrowersyjna część dokumentu zawiera konkretne propozycje pastoralne.

Dokument proponuje porzucenie niektórych metod pastoralnych, które są dziedzictwem historycznym chrześcijaństwa, a zupełnie nie odpowiadają współczesnym uwarunkowaniom. Do takich metod należy – według autorów dokumentu – religijna edukacja dzieci. Jak przypomina Gregory Baum, za ideą edukacji religijnej dzieci kryje się przekonanie, że dziecko, które zostaje wychowane na praktykującego katolika i poddane katechizacji, pozostanie zawsze aktywnym członkiem Kościoła[9]. Raport wskazuje jednak, iż myślenie takie jest absolutnie życzeniowe, gdyż na jego potwierdzenie nie istnieje żaden empiryczny dowód. Nakład sił i środków na edukację dzieci jest niewspółmiernie wysoki wobec osiąganych skutków pastoralnych. Kościół powinien więc skupić się na edukacji dorosłych poprzez kontakt ze słowem Bożym, intelektualne pogłębianie wiary, tak by była ona budowana na osobistej decyzji i przekonaniu.

Druga dość radykalna propozycja dotyczyła sakramentalnej praktyki Kościoła. Sugerowano bowiem, by zweryfikować udzielanie sakramentów tzw. katolikom kulturowym, którzy nie mają żywego związku z Kościołem, co miało prowadzić do duszpasterstwa bardziej selektywnego.

Trzecia propozycja wskazywała na konieczność konstrukcji nowej struktury wspólnoty Kościoła. Wielkie parafie, jako niezdolne do budowania więzi, miały zostać zastąpione bądź przynajmniej uzupełnione alternatywnymi strukturami, zwłaszcza poprzez tworzenie wspólnot podstawowych. Raport wezwał do dalszego wyzbywania się budynków świątyń jako drogich w utrzymaniu, niepraktycznych i de facto niepotrzebnych w obecnej sytuacji.

W roku 2002 w Kanadzie więcej było biskupów niż wszystkich seminarzystów

W roku 1992 odbył się Montrealu kongres, który zgromadził ok. 600 delegatów ze wszystkich diecezji Quebecu. Jego celem była refleksja nad propozycjami raportu „Zaryzykować przyszłość”. Raport został poddany totalnej krytyce. Zarzucono mu przesadny pesymizm i oparcie się na socjologicznej teorii sekularyzacji, mimo że jej słuszność nigdy nie została wykazana. Krytykowano też zbyt elitarne, wąskie rozumienie Kościoła, które ogranicza wspólnotę eklezjalną jedynie do osób o jednoznacznej i silnej identyfikacji, odrzucając możliwość istnienia zróżnicowanych typów przynależności. Tym samym w perspektywie pastoralnej Kościół zamknąłby się na katolików kulturowych, skupiając się jedynie na pogłębieniu wiary małej reszty wiernych. Jeden z komentatorów nazwał nawet tę opcję „obsesją jednoznacznej tożsamości chrześcijańskiej”[10].

Kongres wypracował własne kierunki przyszłej działalności Kościoła. Pierwszym priorytetem (tu kongres poszedł w tym samym kierunku, co raport) ma być skupienie się na edukacji religijnej dorosłych, drugim – uwrażliwienie na relację solidarności ze środowiskiem społecznym, trzecim – pierwszeństwo dla działań pastoralnych w małych grupach.

Czy tak sformułowane postulaty pastoralne dały początek nowej erze w życiu Kościoła w Quebecu? Niestety, nie. Według Normanda Provenchera nowe postulaty chciano bowiem osadzić w dawnej wizji Kościoła, co nie mogło dać oczekiwanych rezultatów. Jego zdaniem, choć wizja raportu była bardzo radykalna, dawała nadzieję na wprowadzenie zasadniczych zmian w praktyce pastoralnej. Tak więc zamiast „nowego otwarcia”, Kongres roku 1992 stał się – jak to określił teolog z Uniwersytetu św. Pawła w Ottawie – „uroczystym pogrzebem” dokumentu „Risquer l’avenir”[11].

Duszpasterzować czy ewangelizować?

Wydaje się, że podstawowym dylematem Kościoła w Quebecu jest dziś konieczność wyboru zasadniczej strategii pastoralnej: duszpasterzować czy ewangelizować? Kościół musi się bowiem liczyć z coraz mniejszymi możliwościami finansowymi i osobowymi. Zmniejszająca się wciąż liczba księży nie pozwala na podejmowanie działań duszpasterskich zakrojonych na szerszą skalę. Można bez przesady powiedzieć, iż działalność pastoralna księży ogranicza się wyłącznie do sprawowania sakramentów i przewodniczenia pogrzebom. Zapewnienie liturgii eucharystycznej we wszystkich istniejących miejscach kultu oraz towarzyszenie w ostatniej drodze swoim wiernym stanowi zasadniczą część troski duszpasterskiej księdza. Trzeba przy tym wziąć pod uwagę fakt, że francuskojęzyczna społeczność katolickiego Quebecu coraz bardziej się starzeje. Dotyczy to także, co oczywiste, świeckich zaangażowanych w życie Kościoła.

Wiele obowiązków administracyjnych i pastoralnych zostało przejętych przez osoby świeckie, które coraz częściej są faktycznymi proboszczami parafii, choć taki tytuł oczywiście im nie przysługuje. Średnia wieku „agentów pastoralnych” (większość z nich to kobiety) jest jednak niewiele niższa od średniej wieku księży. W kościołach dominują więc siwe głowy. Trudno powiedzieć, by był to stan nastrajający optymizmem. Parafianie wymierają, co niesie ze sobą także skutki finansowe. Przewiduje się bowiem, iż już niedługo Kościół nie będzie w stanie utrzymać ani personelu, ani budynków. Wyprzedaż kolejnych świątyń wydaje się ekonomiczną koniecznością.

Skoncentrowanie się wyłącznie na duszpasterstwie tych, którzy jeszcze w Kościele pozostali, wydaje się jednak teologiczną i pastoralną ślepą uliczką. Mimo że wciąż 84 proc. ankietowanych deklaruje swoją – różnie definiowaną – identyfikację z Kościołem katolickim[12], to mieszkaniec Quebecu nie rodzi się już katolikiem, ale staje się nim w wyniku procesu ewangelizacyjnego. Owszem, wciąż istnieje silny związek kulturowy z katolicyzmem, nie przekłada się on już jednak na niegdysiejszą religijność ani na osobistą decyzję wiary. Jeśli więc Kościół chce przeżyć, nie może się zgodzić jedynie na trzymanie za rękę umierających i musi zadbać o przyszłe generacje.

Przekonanie to zdaje się dominować w pokoleniu najmłodszych kapłanów, którzy o wiele lepiej odnajdują się w ewangelizacji niż w szczątkowym duszpasterstwie. By jednak tak się stało, trzeba dokonać zasadniczych zmian w strukturze duszpasterstwa parafialnego.

Skoncentrowanie się wyłącznie na duszpasterstwie tych, którzy jeszcze w Kościele pozostali, wydaje się jednak teologiczną i pastoralną ślepą uliczką

Dzisiaj przygotowaniem do sakramentów coraz częściej zajmują się osoby świeckie, a kontakt z księdzem jest coraz rzadszy. Zdarza się, iż w wyniku łączenia parafii jeden ksiądz obsługuje kilka dotychczasowych wspólnot, gdzie pojawia się jedynie, by udzielić sakramentów. Nie służy to jednak ani budowaniu więzi wewnątrz samej wspólnoty, ani wspólnoty z kapłanem. Zmianie podlega więc także duszpasterstwo parafialne. Coraz więcej rodziców decyduje się na chrzest dzieci w późniejszym wieku. Liczba małżeństw sakramentalnych spada o połowę. Domy pogrzebowe oferują własne obrzędy religijne, na które coraz częściej decydują się wierni, gdyż zwalnia to ich z kłopotliwej wizyty w parafii.

Mówi się wprost, iż Kościół katolicki w Quebecu przeżywa zmierzch „cywilizacji parafialnej” wywodzącej się wprost z trydenckiej wizji Kościoła[13]. Dotychczasowa struktura parafialna opierała się na naturalnych więziach społecznych, na które jednak liczyć już nie można, i to nie tylko w strukturze wielkomiejskiej, ale także na wsiach. Łączenie poszczególnych wspólnot i tworzenie megaparafii nie wydaje się jednak najlepszym rozwiązaniem. Chodzi bowiem o tworzenie takich struktur, które będą świadczyły o bliskości Kościoła z człowiekiem, czego nie da się wytworzyć w wielkiej, anonimowej parafii. Jedynie taka struktura wydaje się odpowiadać religijnym potrzebom w społeczeństwie zsekularyzowanym. Wspomniany raport wskazuje, iż jedyną formą religijności, która może skutecznie zaistnieć w społeczeństwie nowoczesnym, jest wiara osobowa, wybrana w sposób wolny i zdolna do określenia tożsamości wobec społeczeństwa. Wiara ta – według autorów raportu – winna rodzić postawę swoistej krytycznej opozycji wobec społeczności poprzez troskę o wykluczonych, biednych, wyrzuconych poza nawias społeczny[14].

Czy jednak Kościół, który będzie się definiował w swej relacji do świata przede wszystkim poprzez solidarność społeczną i działalność charytatywną, będzie rzeczywiście fascynujący i pociągający? Normand Provencher jest dość sceptyczny wobec siły ewangelizacyjnej takiego Kościoła. Dziś widać zresztą, że również charytatywny wymiar działania Kościoła pozostawia wiele do życzenia. Na pewno byłby to zatem Kościół wiarygodny, ale czy pociągający?

Podejmowane obecnie działania pastoralne, a także ich relatywna nieskuteczność wskazują, że w najbliższym czasie Kościół w Quebecu będzie musiał znaleźć różnorakie formy duszpasterskie, odpowiadające zróżnicowanym formom przynależności do wspólnoty kościelnej. Nie da się obrócić plecami do katolików kulturowych i skupić się jedynie na małych grupach, by pogłębiać wiarę małej reszty. Kanadyjscy pastoraliści coraz częściej uświadamiają sobie, że być katolikiem – nie oznacza wcale koniecznie być członkiem jakiejś parafii. Katolikiem bowiem można być przez osobiste zaangażowanie w życie Kościoła, przez świadomość przynależności (obecność na liście parafialnej), ale także przez religijne, kulturowe czy duchowe odniesienie, które wcale nie musi się przekładać na jakąkolwiek sformalizowaną relację przynależności[15].

Kościół skazany na bezpłodność?

Czy Kościół w Quebecu skazany jest na bezpłodność? Czy nie zrodzi już nowych generacji ludzi wierzących? Czy przyjdzie nam umrzeć bezdzietnie, jak myśleli Abraham i Sara (Rdz 18, 11)? – pyta Normand Provencher[16]. Czy rzeczywiście nie zobaczymy już naszych dzieci ani naszych wnuków? Nie można już ukrywać tej bezpłodności, co więcej – trzeba się przyznać do tego, że tracimy już pragnienie, by ten stan się odmienił – dodaje teolog z Ottawy.

Według Biblii bezpłodność staje się ostatecznie znakiem błogosławieństwa Boga, który może zesłać potomstwo tym, którzy pokładają w nim ufność. Tak było z Anną, matką Samuela (1 Sm 1, 5), tak było z matką Samsona (Sdz 13, 2), tak było z Elżbietą, matką Jana Chrzciciela (Łk 1, 7). W kontekście kulturowym i religijnym tamtej epoki bezpłodność była dla tych kobiet upokorzeniem, a nawet hańbą. Czy nie jest to właśnie doświadczenie, które obecnie przeżywa Kościół? – kontynuuje Provencher. Bezpłodność tamtych niewiast stała się okazją dla wolnej inicjatywy Boga. Czy aktualna bezpłodność Kościoła w Quebecu nie może się stać momentem łaski, gdy Bóg zechce uczynić coś nowego? Nie wolno więc popadać w rozpacz czy beznadzieję, ale trzeba na nowo nabrać odwagi i nie przestawać błagać Boga.

Kościół przeżywa obnażenie, które nie ma żadnego precedensu. Ten okres bezpłodności zasługuje, by przeżyć go z pokorą, nadzieją i roztropnością. Przeżywamy czarną noc, a świt każe wciąż na siebie czekać – konstatuje Provencher. Tylko że dla chorego, który zdaje się umierać z niepokoju, każda noc wydaje się za długa.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2006.


[1] Raymond Lemieux, Jean-Paul Montminy, „Le catholicisme Quebécois”, Quebec 2000, s. 17.
[2] Cyt. za: tamże, s. 17.
[3] Tamże, s. 28.
[4] Tamże, s. 39.
[5] Dane z raportu W. Clarka i G. Schellerby.
[6] Raymond Lemieux, Jean-Paul Montminy, „Le catholicisme Quebécois”, dz. cyt., s. 68, 89, przypis 19.
[7] Tamże, s. 69-70, Normand Provencher, „Trop tard? L’avenir de l’Église d’ici”, Ottawa 2002, s. 33-35.
[8] „Risquer l’avenir. Bilan d’enquête et perspectives”, Montréal 1992.
[9] Gregory Baum, „Sécularisation et catholicisme au Quebec: analyse d’un débat contemporain”, “Religiologiques” 1995 nr 11, s. 26. Polski przekład tego tekstu ukazał się w miesięczniku „W Drodze” 2006 nr 11.
[10] André Charron, „Réaction au rapport de recherche et aux politiques retenus”, mps, s. 5.
[11] N. Provencher, dz. cyt., s. 25.
[12] Dla porównania: badania z roku 2001 pokazują, że 77 proc. całej populacji Kanady deklaruje się wciąż jako chrześcijanie. P. Beyer, „Transformation et pluralisme: les données des recensements de 1981 à 2001”, w: „La religion dans la sphère publique”, red. S. Lefebvre, Montréal 2005, s. 16.
[13] N. Provencher, dz. cyt., s. 30.
[14] Zob. G. Baum, dz. cyt., s. 24.
[15] Tamże, s. 32.
[16] N. Provencher, dz. cyt., s. 51.