W tekście z 1958 roku Joseph Ratzinger pisze jakby o współczesnej polskiej religijności: „instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa”, Kościół funkcjonuje „po staremu”. Tyle że „realny świat oddalił się w znacznym stopniu”.

W roku 1958 młody niemiecki ksiądz – Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI – w artykule „Die neuen Heiden und die Kirche” [Neopoganie i Kościół] dokonał bolesnej diagnozy niemieckiego Kościoła w przededniu wielkich, kulturowych przemian, jakie miały nastąpić w latach 60. XX wieku[1]. Zobaczył to, czego inni jeszcze nie widzieli bądź nie chcieli zobaczyć.

Prorocy mają to do siebie, że dostrzegają prawie niewidoczne rysy zbliżających się głębokich pęknięć i ruchów tektonicznych, które radykalnie zmienią krajobraz. Ale mają do siebie także to, że najczęściej są nielubiani i odrzucani. Zasada Nemo propheta in patria sua – „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju” (por. Mt 13,57) – sprawdziła się także i w tym przypadku. Ratzinger przyznaje bowiem po latach, że reakcje na jego publikację były „ogólnie bardzo negatywne”, „nastąpiło trzęsienie ziemi”. Mówiono nawet, że napisał „coś heretyckiego”[2]. Pojawiły się nawet wątpliwości, czy powinien zostać profesorem na uniwersytecie w Bonn, mimo że posiadał już nominację profesorską.

Sam Ratzinger w opublikowanym tekście nie widział nic niepokojącego czy niebezpiecznego. Po latach przyzna: „Dziwne, ale jeszcze dzisiaj muszę stwierdzić, że nie miałem pojęcia, co mogło wzbudzić aż takie poruszenie”[3]. To poruszenie było w pewnym sensie zrozumiałe. Oto młody początkujący teolog miał odwagę poddać krytyce dotychczasowy sposób funkcjonowania Kościoła w świecie.

Późniejszy papież napisał ten tekst – jak sam mówił – na podstawie doświadczenia pracy parafialnej, a przecież pracował tylko rok jako wikariusz w Bogenhausen bezpośrednio po święceniach (1951 r.). Ten rok mu wystarczył, aby skonfrontować świat, z którego wyszedł, ze światem, w którym przyszło mu pracować. To zderzenie musiało być bardzo silne, skoro dał mu wyraz w tak radykalnym tekście.

Warto przeczytać ten tekst raz jeszcze – 60 lat później, w Polsce. Może otworzy on jakieś nowe drzwi naszej duszpasterskiej świadomości?

Drenaż w sercu Kościoła

Punktem wyjścia dla rozważań Ratzingera jest początek Kościoła w jego historycznym ujęciu, „kiedy to doszło do powstania Kościoła z pogan, którzy stali się chrześcijanami”. Pierwotnie Kościół „zasadzał się na fundamencie duchowej decyzji jednostki wybierającej wiarę, na akcie nawrócenia”. Nikt nie rodził się w chrześcijańskiej rodzinie, bo – co oczywiste – takich jeszcze nie było.

Głoszący Ewangelię młody Kościół spotykał pogan, którzy – podejmując decyzję o nawróceniu – musieli porzucić świat starych bogów, aby przyjąć chrzest w imię Jezusa Chrystusa. Rodzący się w ten sposób Kościół „pozostawał wspólnotą przekonanych, osób, które wzięły na siebie określoną duchową decyzję i tym odróżniały się od innych, którzy z jej podjęcia zrezygnowali”. Członkiem Kościoła nie można było się stać inaczej jak tylko przez osobistą decyzję potwierdzoną chrztem, a sami chrześcijanie długo pozostawali mniejszością w pogańskim świecie.

Według Ratzingera radykalna zmiana paradygmatu przynależności do Kościoła nastąpiła w średniowieczu. Autor nie używa pojęcia christianitas na określenie średniowiecznego stosunku Kościoła do świata – owej symbiozy, jaka istniała wówczas między religią a życiem politycznym, społecznym i kulturowym – lecz to ma zapewne na myśli, pisząc, że w tym okresie „Kościół i świat stały się tożsame”. Przynależność do Kościoła nie była już skutkiem osobistego wyboru, „bycie chrześcijaninem przestało być właściwie własnym stanowiskiem”, stając się „raczej polityczno-kulturową wytyczną”.

Nie znaczy to oczywiście, że nie było chrześcijan, którzy dokonywali osobistego wyboru, albo że u źródła ich przynależności do Kościoła stał wyłącznie społecznie usankcjonowany zwyczaj. Kościół średniowiecza to także Kościół świętych, dla których wiara nie była wyłącznie formą kulturowego dziedzictwa, lecz owocem osobistego zaangażowania i życia w łasce. Trzeba jednak podkreślić, że dominującą formą transmisji wiary/religii nie była ewangelizacja, ale socjalizacja religijna polegająca na „przekazywaniu z pokolenia na pokolenie kulturowego dziedzictwa religijnego, tj. modeli zachowań religijnych, związanych z wiedzą religijną, wierzeniami religijnymi, praktykami religijnymi, zwyczajami i obyczajami, oraz na przystosowaniu do tych modeli zachowań religijnych”[4]. Tak rozumiana socjalizacja winna prowadzić do dojrzałości religijnej. Niestety, bardzo często prowadziła jedynie do zewnętrznego dostosowania się do oczekiwań religijno-społecznych bez jednoczesnej wewnętrznej akceptacji norm i wartości.

W katolickim kraju myślenie według Ewangelii obce jest ponad połowie jego mieszkańców. Czyż nie jest to współczesne neopogaństwo, o którym pisał Ratzinger?

W tym modelu – który zasadniczo przetrwał do czasów współczesnych – bycie chrześcijaninem i przynależność do Kościoła były czymś nie tylko społecznie, ale i duszpastersko naturalnym. Od zakończenia tzw. pierwszej ewangelizacji Europy, czyli nawrócenia wszystkich ludów pogańskich, Kościół nie prowadził zasadniczo wewnętrznej działalności misyjnej, której celem byłoby budzenie wiary u kolejnych generacji. Wprowadzenie w życie Kościoła dokonywało się za pośrednictwem rodziny i społeczeństwa, które miały być nie tylko środowiskiem socjalizacji religijnej, ale także inicjacji w wiarę.

Czy katechumenat rodzinny dokonywał się równolegle z religijnym transferem kulturowym? Wbrew tezie Tertuliana – według którego Fiunt non nascuntur christiani [Chrześcijanami się stajemy, a nie rodzimy] – Europejczyk przez wieki „rodził się” chrześcijaninem, co nie znaczy wcale, iż stawał się człowiekiem wierzącym w teologicznym sensie tego słowa. Ratzinger nazywa to nawet „niechcianą przynależnością do Kościoła”.

Czy taka przynależność mogła mieć wartość zbawczą? Na to pytanie Ratzinger właściwie nie odpowiada jednoznacznie. Pisze jedynie, że współcześnie „upadło przekonanie”, iż w tak rozumianej przynależności „kryje się […] szczególna Boża łaska, wykraczająca poza świat rzeczywistość zbawcza”. Nie wystarczy już formalna przynależność do Kościoła, która była bardziej skutkiem dziedziczenia niż wyboru.

„Prawie już nikt nie wierzy – konkluduje młody teolog – że od przypadkowej kulturalno-politycznej rekomendacji miałoby zależeć wieczne zbawienie”. Ale czy ktoś w ogóle powinien tak wierzyć? Czy taka wiara miałaby jakieś teologiczne uzasadnienie? Jeśli by przyjąć, że na to pytanie możliwa jest odpowiedź pozytywna, należałoby wówczas powiedzieć, że to nie wiara jest punktem wyjścia do zbawienia, lecz przynależność do – nawet nie Kościoła, ale – określonej kulturowo-politycznej struktury o religijnej proweniencji. I to nawet przynależność niechciana.

Kościół, w którego sercu krzewi się pogaństwo, inaczej musi rozkładać swoje duszpasterskie siły. Powinien być mniej skupiony na sakramentalizacji – bardziej na ewangelizacji

Właśnie w takim kontekście pojawia się u Ratzingera termin neopogaństwo: „Zwąca się jeszcze mianem chrześcijańskiej Europa od czterystu lat to siedlisko nowego pogaństwa narastającego niepowstrzymanie w sercu Kościoła i grożącego mu drenażem od wewnątrz”. Niemiecki teolog pisze, że radykalne zmiany wewnątrz Kościoła zaczęły się czterysta lat temu, a więc w wieku XVI, kiedy średniowieczny ład religijno-społeczny zaczął ustępować miejsca prądom odrodzeniowym. Ratzinger nie wyjaśnia, co dokładnie się wtedy stało. Można się jedynie domyśleć, że chodzi mu o to, iż dotychczasowy model opierający się na jedności Kościoła i świata zaczął się kruszyć. I chociaż Europa jako taka wciąż jeszcze była chrześcijańska i wszyscy przyjmowali chrzest – coraz więcej żyło w niej faktycznych pogan.

Ten stan zdaje się osiągać właśnie swoje apogeum. Dzisiaj – pisze Ratzinger – mamy do czynienia z „Kościołem pogan, którzy zwą się jeszcze chrześcijanami, lecz w rzeczywistości są poganami. Obecnie pogaństwo osiadło w samym Kościele. Właśnie to jest cechą charakterystyczną Kościoła naszych czasów, podobnie jak i neopogaństwa, że mamy do czynienia z pogaństwem w Kościele oraz z Kościołem, w którego sercu krzewi się pogaństwo”.

Jakie są tego konsekwencje? „[…] współczesny człowiek, w normalnym przypadku, powinien raczej zakładać niewiarę swojego bliźniego”. Chrześcijański świat stawał się na nowo światem pogańskim, a Kościół tożsamy ze światem zaczął ustępować miejsca Kościołowi w diasporze.

Ani do Boga, ani do ludzi

Aby móc zastosować tekst Ratzingera jako klucz do interpretacji aktualnej rzeczywistości Kościoła w Polsce, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytanie, czy już jesteśmy Kościołem neopogan.

Przytoczmy dwa kryteria: praktyk religijnych i postaw moralnych. Opracowane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego najnowsze „Annuarium Statisticum” (zawiera dane z roku 2016) dostarcza niepokojących informacji[5]. Dwa podstawowe wskaźniki – dominicantes i communicantes spadają. W stosunku do roku 2015 ten pierwszy spadł o 3,1 punkty procentowe, ten drugi – o 1 punkt procentowy. Oczywiście duże jest zróżnicowanie regionalne: w diecezji tarnowskiej na Mszę św. niedzielną chodzi 66,9 proc., a w koszalińsko-kołobrzeskiej – 24,4 proc. Podobnie jest z przystępowaniem do Komunii świętej. Tutaj prym znów wiedzie diecezja tarnowska – 25,3 proc., a stawkę zamyka diecezja sosnowiecka – 10,3 proc.[6].

Najbardziej niepokojące są dane wieloletnie, ukazujące znaczny spadek liczby osób chodzących na Mszę św. niedzielną w ostatnich 25 latach. W 1980 r. wynosiła ona jeszcze 51,1 proc., a w roku najlepszym (1982) nawet 57 proc. Próg 40 proc. został przekroczony w roku 2013, gdy liczba uczęszczających na Mszę św. spadła do 39,1 proc.

Inaczej wygląda dynamika drugiego kryterium, czyli liczby osób przystępujących do Komunii świętej. Otóż w roku 1980 wynosiła ona tylko 7,8 proc., a następnie systematycznie wzrastała, by w roku 2000 osiągnąć 19,4 proc. W ostatnich latach waha się pomiędzy 15,6 a 17,6 proc. Można powiedzieć, że tendencja wzrostowa się zatrzymała, a wskaźnik ten charakteryzuje się dużą stabilnością, choć spadek o 1 proc. w latach 2015-16 może niepokoić.

Wskaźniki dominicantes i communicantes w latach 1980–2016

Wnioski z analizy powyższych danych są oczywiste. Gdy przeliczyć procenty na liczby bezwzględne, to okazuje się, że chodzi już nie o setki czy tysiące, lecz o miliony wiernych, których na Mszy niedzielnej nie ma. Według wyliczeń Zbigniewa Nosowskiego spadek z 45,8 proc. w roku 2006 do 36,7 proc. w roku 2016, czyli aż o 9,1 punktów procentowych – to niemal 2,5 mln osób w skali kraju![7] Jak pisze Szymon Hołownia, „dwadzieścia milionów polskich katolików ma ważniejsze sprawy niż najważniejsze wydarzenie tygodnia”[8].

To nie są liczby, które da się zignorować albo uzasadnić spadkiem dzietności, ponieważ badania ujmują wyłącznie tzw. zobowiązanych, a więc bez uwzględnienia dzieci i osób w podeszłym wieku. Biorąc pod uwagę stagnację wskaźnika communicantes, należy przyznać rację Nosowskiemu, który skomentował najnowsze badania słowami: „modlimy się liturgicznie coraz mniej i wcale nie głębiej”[9].

Sytuację polskiego „nowego pogaństwa” trafnie – choć w swoim stylu – skomentował Hołownia: „Jest to jednak jakoś poruszające: dowiedzieć się, że w kraju, którego sfera publiczna aż kipi od gromkich deklaracji przywiązania do Chrystusa i Kościoła, dwie trzecie katolików nie widzi potrzeby, by się z owym Chrystusem przynajmniej raz w tygodniu osobiście spotkać”[10].

Hołownia uchwycił sedno sprawy: z jednej strony istnieje w Polsce wciąż silna struktura wyrastająca z utożsamienia Kościoła i świata, o którym pisał Ratzinger; z drugiej – narasta brak osobistego odniesienia poprzez spotkanie w Eucharystii.

Drugie kryterium dotyczy postawy moralnej, czego probierzem niech będzie stosunek do dyskutowanego ostatnio gorąco problemu uchodźców. Podstawy biblijne i teologiczne dla właściwej postawy wobec tego zjawiska były wielokrotnie formułowane i przywoływane. W ostatnich tygodniach zrobił to papież Franciszek w orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy, obchodzony 14 stycznia 2018 r. Dzień później, 15 stycznia, na konferencji prasowej do kwestii tej odniósł się abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

Papież Franciszek stwierdził: „Zasada centralnego miejsca osoby ludzkiej […] zobowiązuje nas do przedkładania zawsze bezpieczeństwa osobistego ponad bezpieczeństwo narodowe”[11], a abp Gądecki powtórzył: „W podejmowaniu kwestii uchodźców i ubiegających się o azyl najważniejszym punktem odniesienia nie może być interes państwa czy bezpieczeństwo narodowe, lecz jedynie człowiek”[12]. Podobne stwierdzenia pojawiały się wielokrotnie w wypowiedziach i homiliach także innych hierarchów.

Na wystąpienie kard. Kazimierza Nycza – który podczas homilii wygłoszonej 14 stycznia 2018 r., powiedział: „Spotkanie z uchodźcą jest dla każdego chrześcijanina okazją do spotkania z Chrystusem” – zareagowała posłanka PiS, Krystyna Pawłowicz, która w liście otwartym do kardynała nazwała jego apel o właściwą relację do uchodźców „uporczywą moralną przemocą”. Jednocześnie przywołała własne rozumienie obowiązków, jakie na Polskę spadają w obliczu kryzysu uchodźczego: „Dziś bronimy Polskę przed naporem bezbożnych nurtów lewackich i będziemy bronić przed antychrześcijańską agresją islamu, która teraz dokonuje się w Europie i którą wszyscy przecież ze zgrozą obserwujemy”[13]. Priorytety, które zostały przez nią sformułowane, stoją w opozycji wobec nauki Kościoła. Przedkłada ona bowiem obronę cywilizacji ponad dobro zagrożonej osoby ludzkiej, utożsamiając jednocześnie każdego uchodźcę z „terroryzującym migrantem”, którego pierwszym religijnym celem jest „nawracanie innowierców na islam, często przez zastraszanie i terror”.

Wydaje się jednak, że to raczej wizja posłanki Pawłowicz jest dominującym poglądem w polskim społeczeństwie, skoro aż 63 proc. Polaków jest przeciwnych przyjmowaniu jakichkolwiek uchodźców. Zresztą przekonana jest o tym sama autorka listu, która stwierdziła, że swoje zdanie wyraża „w imieniu i w interesie – jak pokazują badania – większości Polaków”.

Czy jednak fakt, że za jakimś poglądem stoi większość, czyni ten pogląd wiążącym dla katolików? Abp Gądecki podczas wspomnianej konferencji prasowej powiedział: „Choćby nawet 99 procent było przekonanych, że nie wolno ich przyjmować i im pomagać, to Kościół tym się nie kieruje. Nami kieruje Ewangelia i chcielibyśmy, żeby Ewangelia w kraju katolickim ludźmi kierowała”.

Stwierdzenie to doskonale wyraża skalę dramatu. Okazuje się bowiem, że w katolickim kraju myślenie podług Ewangelii obce jest ponad połowie jego mieszkańców. Czyż nie jest to współczesne neopogaństwo, o którym mówił Ratzinger? Wyznaczniki kulturowo-polityczne stają się ważniejsze od kryteriów ewangelicznych, czego dobitnym przykładem niech będzie wypowiedź Jana Pospieszalskiego, który również w kontekście uchodźców na antenie TVP – i to w audycji współtworzonej przez kościelny tygodnik „Idziemy” i radiostację diecezji warszawsko-praskiej – nazwał przywoływanie przez biskupów ewangelicznej przypowieści „bałamutnymi przykładami o miłosiernym Samarytaninie”[14].

Kościół i nie-Kościół

Jaka w tej sytuacji powinna być przyszłość Kościoła? „Czy ponownie nie należałoby przekształcić Kościoła w mniejszą wspólnotę żyjących jednym przekonaniem”? – pyta Ratzinger.

Aby tak się mogło jednak stać, trzeba przede wszystkim rozerwać owo utożsamienie Kościoła ze światem. Jak pisze przyszły papież, „na dłuższą metę Kościołowi nie zostanie oszczędzona konieczność stopniowego pozbywania się tożsamości ze światem i stania się znowu tym, czym jest: wspólnotą wierzących”.

Cena tego procesu będzie duża. Warunkiem jest „rygorystyczne zrzeknięcie się zajmowanych stanowisk”, dzięki czemu Kościół pozbędzie się „pozornego bogactwa”, które stanowi dla niego zagrożenie, gdyż „staje na drodze prawdzie”. Ratzinger pisze, że Kościół dotrze do uszu neopogan tylko pod jednym warunkiem – „gdy przestanie być tanią oczywistością”. Bo Kościół jako tania oczywistość ani nie nawraca, ani nie głosi, ani nie przekonuje, ani nie zbawia, a „w jego sercu krzewi się pogaństwo”. Jedynie pozbywając się światowego autorytetu, Kościół odzyska autorytet ewangeliczny, będzie zdolny ukazywać prawdę i stawać się misyjnie skutecznym. Dopóki będzie „tanią oczywistością”, neopoganie, którzy żyją w jego wnętrzu, będą „oddawać się życiu w iluzji, przekonani, że takimi nie są”.

I to wydaje się najważniejsze! Kościół, który można nazwać światowym, daje żyjącym w nim poganom złudzenie, że wszystko jest w porządku, a ich dotychczasowy sposób obecności w Kościele – obecności faktycznie pozbawionej wiary – jest wystarczający. Tymczasem Kościołowi – jak mówi Ratzinger – uda się „dotrzeć z własnym przesłaniem do uszu nowych pogan” jedynie wtedy, gdy „zacznie ponownie przedstawiać się jako to, czym faktycznie jest” – a jest przede wszystkim wspólnotą zbawienia, nie zaś kulturowo-polityczną strukturą.

Ten inny Kościół przyszłości będzie musiał także inaczej objawiać się w świecie. Ratzinger formułuje trzy postulaty. Pierwszy dotyczy sakramentów. Teolog przypomina, że płaszczyzna sakramentalna „otoczona [była] kiedyś dyscypliną wtajemniczenia w arkana”, co w starożytności nosiło nazwę disciplina arcani[15]. Przyszły papież przypomina, że sakramenty to „właściwa, wewnętrzna płaszczyzna istoty Kościoła”, a „sakramenty bez wiary nie mają sensu”. Tak więc udzielanie sakramentów należy ograniczyć jedynie do tych, którzy wierzą. Inaczej Kościół będzie zwodził sam siebie oraz tych, którym będzie ich udzielał.

Konsekwencją będzie „odgraniczenie, wyróżnienie tego, co chrześcijańskie – jeśli będzie to konieczne, to nawet do rozmiaru małej trzody”[16]. Co więcej, im skuteczniej Kościół tego dokona, „tym bardziej realistycznie uda mu się i będzie musiał rozpoznać własne zadanie na drugiej płaszczyźnie: przepowiadania wiary”.

Wbrew tezie Tertuliana – według którego chrześcijanami się stajemy, a nie rodzimy – Europejczyk przez wieki „rodził się” chrześcijaninem, co nie znaczy wcale, iż stawał się człowiekiem wierzącym

Zrozumienie tej zależności wydaje się kluczowe dla przyszłej działalności pastoralnej Kościoła. Kościół, który nie ma komu ofiarować sakramentów – ponieważ mało jest tych, którzy są zdolni do ich przyjęcia – musi zacząć głosić Słowo, aby najpierw wzbudzić wiarę. Kościół, który ogranicza udzielanie sakramentów, siłą rzeczy zaczyna sobie uświadamiać potrzebę ewangelizacji. Zatem „skoro sakrament będzie miejscem, gdzie Kościół będzie się zamykał i musiał zamykać się na nie-Kościół, wówczas słowo pozostanie rodzajem i sposobem, którym będzie on kontynuować otwarty gest zapraszania na ucztę eucharystyczną”. Kościół sakramentów musi zostać poprzedzony Kościołem Słowa.

Trzeci postulat młodego Ratzingera dotyczy relacji międzyludzkich. Z sakramentalnego samoograniczenia Kościoła nie można wywodzić postulatu „izolacji wierzących chrześcijan wobec ich niewierzących bliźnich”, albowiem „chrześcijanin powinien być i pozostać radosny pomiędzy ludźmi, bliźnimi, tam, gdzie wśród innych nie jest współchrześcijaninem/współwyznawcą”. Gestem zaproszenia będzie więc siła świadectwa wierzących pośród coraz bardziej niewierzącego świata. Nowy Kościół będzie domagał się także nowych więzi jego członków: „pomiędzy wierzącymi należy stopniowo odbudować coś na wzór braterstwa komunikujących, którzy ze względu na wspólną przynależność do Stołu Pańskiego czują się związani również w życiu prywatnym i wiedzą, że mogą liczyć na siebie także w sytuacjach kryzysowych, a więc faktycznie tworzą poniekąd rodzinę”.

Kościół tożsamy ze światem opierał wspólnotę wiernych na lokalnej strukturze społecznej, ponieważ każdy członek społeczności był automatycznie członkiem Kościoła. Widać to dokładnie w języku niemieckim, gdzie słowo Gemeinde oznacza jednocześnie gminę i parafię, strukturę społeczną i kościelną. W Kościele przyszłości to wspólnota wiernych znajduje swoje przedłużenie w świecie. Ci, którzy znają się najpierw „z kościoła”, stają się także wspólnotą quasi-rodzinną, poszukują bowiem podobnych do siebie – wierzących w świecie neopogan. W świecie, w którym – z racji rozpadu lokalnych więzi – braterstwo sąsiedzkie ma coraz mniejsze znaczenie, „braterstwo komunikujących” staje się strukturą podstawową.

Ludzie podobni i niepodobni

Jak się ma prognoza duszpasterska Ratzingera do naszej polskiej sytuacji? Na tych łamach niedawno ks. Grzegorz Strzelczyk, sekretarz II Synodu Archidiecezji Katowickiej, mówił, że największym wyzwaniem duszpasterskim Kościoła są obecnie tzw. letni katolicy, którzy w stosunku do Kościoła „nie bardzo szukają i nie bardzo są w domu”[17].

Według Strzelczyka ludzie ci są „na progu, to znaczy nie wiedzą, czy do Kościoła wejść, czy z niego wyjść; znajdują się pomiędzy wiarą a niewiarą”. Wszyscy oni w sposób formalny i sakramentalny oczywiście w Kościele są, w dzieciństwie przyjęli przecież sakrament chrztu św., byli katechizowani, przystąpili do Pierwszej Komunii, prawdopodobnie w większości otrzymali sakrament bierzmowania, być może także żyją w małżeństwach sakramentalnych.

Na pewno wszyscy byli przedmiotem religijnej socjalizacji. Istotne jest pytanie, czy w ich życiu dokonała się inicjacja. Prawdopodobnie nie, skoro Strzelczyk nazywa tę grupę także „szarą strefą”, składającą się „z tych, których wiara wyrosła na tradycyjnym wychowaniu religijnym, ale nie jest zakorzeniona”. W efekcie są oni w Kościele „bardziej ciałem niż duchem”. „Zakorzenienie” byłoby właśnie owocem inicjacji.

Słyszymy dziś coraz częściej pytanie, czy wejść do Kościoła, czy z niego wyjść. Dotyczy ono nie tyle formalnej przynależności (wszak „wypisywanie się” z Kościoła to w Polsce wciąż margines), ale podjęcia jakiegoś decydującego kroku ku wierze albo ku niewierze – aby nie zostać pomiędzy. Śląski teolog przyznaje także, że „wraz z przemianami kulturowymi wyraźnie ubywa nam katolików pochodzących z organicznie odziedziczonej wiary. Albo przyjmują oni wiarę świadomie, albo gdzieś znikają”.

Dopóki Kościół będzie tylko czekał na tych, którzy do niego nie przychodzą, dopóty neopoganie będą czuli się w nim całkiem dobrze, żyjąc iluzją, że wcale poganami nie są

Nie znaczy to oczywiście jednak, że „dziedziczenie wiary” nie może być procesem prowadzącym ku jej dojrzałości. Słusznie mówi ks. Strzelczyk o „organicznie odziedziczonej wierze”. Wiara odziedziczona, będąca skutkiem socjalizacji religijnej, obumrze i nie przekształci się w wiarę z wyboru, jeśli nie dojdzie do procesu inicjacji, do przejścia przez etap katechumenatu.

Podstawowym miejscem tego katechumenatu wcale nie musi być Kościół jako wspólnota parafialna, lecz raczej rodzina bądź jakaś inna wspólnota wiary. Czymś absolutnie koniecznym wydaje się dzisiaj przywrócenie katechumenatu rodzinnego w odniesieniu do przygotowania do Pierwszej Komunii świętej. Krokiem w tę stronę jest np. dekret abp. Andrzeja Dzięgi pozostawiający rodzicom decyzję o momencie przyjęcia po raz pierwszy Komunii świętej przez ich dzieci. W tym kierunku idą także takie próby przeorientowania parafialnego przygotowania do Pierwszej Komunii, gdzie punkt ciężkości przesunięty jest na rodzinę, która ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za przygotowanie dziecka.

Ten model wydaje się dobrym przykładem realizacji Ratzingerowego postulatu, by sakramentalizację poprzedzić ewangelizacją. Na wdrożenie czeka w Polsce także postulat papieża Franciszka, by wprowadzić takie formy katechumenatu przedmałżeńskiego, które nie ograniczałyby się wyłącznie do bezpośredniego przygotowania do małżeństwa, lecz były najpierw formą inicjacji w wierze, aby uniknąć sprawowania tego sakramentu wobec faktycznych pogan, choć ochrzczonych i formalnie należących do Kościoła[18].

Dziedzictwo średniowiecznej symbiozy Kościoła i społeczeństwa przetrwało jednak do dzisiaj i są jeszcze takie regiony Polski, gdzie ma się ono całkiem dobrze. Silne, lokalne struktury społeczne były naturalną matrycą dla wspólnotowych więzi Kościoła. W tradycyjnej, homogenicznej strukturze społecznej obok siebie mieszkali ludzie – jeśli można tak powiedzieć – „do siebie podobni”.

Rodzina, sąsiedztwo, środowisko pracy i środowisko spędzania wolnego czasu – te cztery substruktury społeczne praktycznie się pokrywały, czy chodzi o środowisko rolnicze (wiejskie), robotnicze (miejskie) czy też bardziej elitarnych grup społecznych (inteligencja). Ci, którzy mieszkali obok siebie, razem pracowali i razem się bawili, a także razem się modlili. Na bazie związków naturalnych tworzyli oni także lokalną wspólnotę eklezjalną, a jednocześnie – na zasadzie sprzężenia zwrotnego – parafia spełniała rolę społecznotwórczą. Taka struktura sprzyjała również społecznej kontroli wobec swoich członków. „Chodzenie do kościoła” było zachowaniem pożądanym, a moralność chrześcijańska była społeczną normą przyzwoitości.

Mapa Polski pokazująca wskaźniki dominicantes i communicantes potwierdza, że taka zależność wciąż istnieje na terenach o tradycyjnej strukturze społecznej: na Śląsku, w dawnej Galicji, na wschodzie Polski, ale także w Wielkopolsce i na Kaszubach. Zupełnie inaczej jest na tych terenach Rzeczypospolitej, które zostały dołączone po II wojnie światowej, oraz tam, gdzie miały miejsce silne migracje ze wsi do miast, jak robotnicze Zagłębie (diecezja sosnowiecka) czy Łódź. Rozpad tradycyjnej struktury społecznej i brak silnych związków w ramach lokalnej społeczności nie sprzyjają socjalizacji religijnej, która opiera się na takich relacjach.

Od zakończenia tzw. pierwszej ewangelizacji Europy, czyli nawrócenia wszystkich ludów pogańskich, Kościół nie prowadził zasadniczo wewnętrznej działalności misyjnej

Na naszych oczach taka struktura społeczna ulega przemianie. Tworzy się – choć oczywiście nie wszędzie w jednakowym nasileniu – społeczeństwo heteronomiczne, gdzie obok siebie mieszkają ludzie do siebie „niepodobni”, gdzie rodzina, sąsiedztwo, środowisko pracy i spędzenia wolnego czasu zupełnie się ze sobą nie pokrywają. Kto inny jest sąsiadem, z kim innym się pracuje, a jeszcze z kim innym spędza się czas wolny. Dzieje się tak zwłaszcza w środowiskach wielkomiejskich, ale także w podmiejskich sypialniach czy środowiskach wiejskich, gdzie nie ma już wspólnototwórczej pracy na roli. W środowiskach tego typu więzi społeczne coraz rzadziej stają się matrycą dla więzi parafialnych – np. na wsiach, które przekształcają się w podmiejskie sypialnie, starzy i nowi mieszkańcy wciąż tworzą osobne społeczności.

W tym modelu pierwotne stają się nie relacje panujące w lokalnej społeczności, lecz więzi wynikające z przynależności do wspólnoty Kościoła. Wzmacniane to jest jeszcze poprzez zjawisko churchingu, czyli swobodnego wyboru parafii odpowiadającej gustom i upodobaniom, co prowadzi do częściowego zakwestionowania parafii terytorialnej. Tutaj także znajdują swoje źródło takie zjawiska jak „kawiarnie dla katolików”, osiedla budowane z myślą wyłącznie o ludziach wierzących czy tzw. christoteki, czyli dyskoteki dla katolików. Tego typu potrzeby wynikają z doświadczenia obcości w świecie i dążenia do odnalezienia w nim ludzi podobnych do siebie.

Niby wszystko trwa, ale…

W tak zmieniającej się rzeczywistości nie ma i nie może być jednej recepty na działalność duszpasterską. Trzeba wypracować dwa uzupełniające się modele.

Pierwszy z nich zakłada utrwalanie związku wspólnoty parafialnej z lokalną strukturą społeczną tam, gdzie to jest tylko możliwe – aby umożliwiać socjalizację wiary, która może stać się bardzo dobrym fundamentem dla procesu inicjacji. Osobiste doświadczenie pastoralne podpowiada mi, że nie wolno ignorować związku wiary ze strukturą społeczną. Moje wakacyjne pobyty duszpasterskie w parafiach francuskich przypadły na okres, gdy zamykano tam poszczególne kościoły i dokonywano nowego podziału administracyjnego diecezji. Intencją było stworzenie silniejszych ośrodków duszpasterskich z większym potencjałem. Jak się szybko okazało, większość – i tak nielicznych – wiernych po zamknięciu własnej świątyni nie zaczęła uczęszczać do nowego kościoła parafialnego. I nie była to wcale kwestia odległości i trudności komunikacyjnych, lecz – wówczas dla mnie niezrozumiałego – poczucia kościelnego (parafialnego) wykorzenienia, które stawało się barierą dla dalszej replantacji w nowej parafii. Tak funkcjonuje wiara, która fundowana była na modelu tożsamości Kościoła i świata, gminy i parafii, więzi lokalnych i eklezjalnych.

Wiara odziedziczona, będąca skutkiem socjalizacji religijnej, obumrze i nie przekształci się w wiarę z wyboru, jeśli nie dojdzie do procesu inicjacji, do przejścia przez etap katechumenatu

Drugie moje doświadczenie łączy się z pojawiającym się dylematem, co zrobić z tzw. filiami czy dojazdami, których w diecezjach Polski północno-zachodniej jest bardzo wiele. Zdarza się, że jeden proboszcz obsługuje nawet siedem świątyń[19]. Wydaje się, że te małe wspólnoty trzeba za wszelką cenę utrzymać, ponieważ – o czym mówią sami mieszkańcy tych wiosek – Kościół jest już ostatnią instytucją wspólnototwórczą. Msza niedzielna pozostaje często jedyną okazją do spotkania się i reaktywowania poczucia wspólnoty. To naturalne dążenie do budowania małej struktury kościelnej należy dowartościować i utrzymać jak długo się da, oczywiście prowadząc inicjację równolegle z socjalizacją.

Zupełnie inaczej jest w przypadku nowej struktury społecznej typowej dla miasta. Lokalne powiązania są tutaj o wiele słabsze, a życie mieszkańców cechuje się dużą mobilnością. Jak powinna wyglądać propozycja duszpasterska odpowiadająca tym nowym uwarunkowaniom? Właściwie podtrzymuję wszystko to, co napisałem na tych łamach przed 15 laty w tekście „Między osiedlowym sklepem a supermarketem. Parafia w czasach wolnego rynku”[20].

W takiej sytuacji duszpasterstwo musi się liczyć z nowym rytmem pracy w ciągu tygodnia, z konkurencyjnością pastoralną, z większymi niż w społeczeństwie tradycyjnym oczekiwaniami oraz świadomością możliwości wyboru między ofertami. Duszpasterstwo w epoce mobilności musi być inne niż to, które było odpowiednie dla stabilnej kultury agrarnej, a potem kultury robotniczej. Ma rację ks. Strzelczyk, gdy mówi: „Zmienia się kultura, w jakiej żyjemy, i to w sposób niepodobny do żadnych innych wcześniejszych przemian — zarówno pod względem ich szybkości, jak i kierunku. Nie wiemy dokładnie, dokąd ten proces prowadzi, ale wiemy, że musimy się z nim zmierzyć. Świadomość oddziaływania takich procesów, które dotyczą nie tylko nas na Śląsku, prowadzi do przeczucia, że prawdopodobnie będziemy jakoś cierpieć z tego powodu jako Kościół, ale musimy się z tym zmierzyć”[21].

Jak? Na przykład tak: „żeby równolegle z tym tradycyjnym duszpasterstwem rozwijać nowe formy, w których odnajdą się ludzie z nowszej formacji kulturowej” – radzi katowicki teolog.

Ratzinger pisze, że Kościół dotrze do uszu neopogan tylko pod jednym warunkiem – „gdy przestanie być tanią oczywistością”

Kłopot w tym, że w Polsce – podobne jak za czasów młodego Josepha Ratzingera w Niemczech – „instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa”, Kościół w dużej mierze wciąż jeszcze funkcjonuje „po staremu”. Tyle że „realny świat oddalił się w znacznym stopniu” i poszedł swoją drogą. Przynajmniej u mnie, na zachodzie Polski.

Czy da się tych zmian uniknąć? Moim zdaniem nie. Ratzinger mówi, że „prędzej czy później, za przyzwoleniem czy też wbrew przyzwoleniu ze strony Kościoła, dojdzie do wewnętrznej przemiany struktur, do również zewnętrznej, mającej wymiar pasillius grex, małej trzody”. Przemiana ta „nastąpi niezależnie od udziału w nim Kościoła, na co musi on być przygotowany”. Dlaczego zmiany te są nieuchronne? Ponieważ Kościół nie funkcjonuje w próżni społecznej, a jego struktura, sposób działania, w tym także sposób „rekrutacji” nowych członków musi się do tej kulturowej nowości dopasować.

To przemodelowanie nie będzie łatwe, bo przecież model Kościoła tożsamego ze światem był bardzo wygodny. W tym bowiem modelu z założenia wszyscy bez mała rodzili się jako wierzący. Kościół, w którego sercu krzewi się pogaństwo, zupełnie inaczej musi rozkładać swoje duszpasterskie siły. Mniej skupiony na sakramentalizacji – więcej czasu i środków winien poświęcić na ewangelizację. To bowiem na Kościele – na nikim innym – spoczywa obowiązek głoszenia Chrystusa. „Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił?” – pytał św. Paweł (Rz 10,14–15).

Trzeba w Polsce diametralnie zmienić sposób duszpasterskiego myślenia. Popularność pewnego baneru, na którym napisowi „Niedziela. Idź do kościoła. Nie czekaj, aż cię przyniosą” towarzyszy trumna niesiona na barkach grabarzy – tylko potwierdza, że stary model ma się dobrze: to ich wina, że nie przychodzą, a nie nasza… A może po prostu nie wiedzą, po co mają przyjść? A może nie wierzą, że to przyjście coś ważnego znaczy? Że to cokolwiek zmienia w ich życiu?

Dopóki Kościół będzie tylko czekał na tych, którzy do niego nie przychodzą, dopóty neopoganie będą w takim Kościele mieli się całkiem dobrze, żyjąc nadal iluzją i ułudą, że wcale poganami nie są.


[1] J. Ratzinger, Die neuen Heiden und die Kirche, „Hochland”, Oktober 1958. Tłumaczenie polskie: J. Ratzinger, „Neopoganie i Kościół, w: „Ostatnie rozmowy. Z Benedyktem XVI rozmawia P. Seewald”, Kraków 2016, s. 297–307. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty pochodzą z tego artykułu.
[2] „Ostatnie rozmowy. Z Benedyktem XVI rozmawia P. Seewald”, dz. cyt., s. 112.
[3] Tamże, s. 113.
[4] S. H. Zaręba, „Socjalizacja religijna”, w: M. Libiszowska-Żółtkowska, J. Mariański, „Leksykon socjologii religii”, Warszawa 2004, s. 370.
[5] Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC, „Annuarium Statisticum Ecclesia in Poloniae AD 2017”, Warszawa 2017, http://iskk.pl/aktualnosci/3-aktualnosci/254-annuarium-statisticum-ecclesiae-in-polonia-2017.
[6] Oba te wskaźniki są liczone jako odsetki ogólnej liczby „zobowiązanych” katolików.
[7] Z. Nosowski, „Coraz mniej i wcale nie głębiej”, http://laboratorium.wiez.pl/2018/01/10/coraz-mniej-i-wcale-nie-glebiej/.
[8] Sz. Hołownia, „Opatrzność w statystyce”, „Tygodnik Powszechny” 2018, nr 3.
[9] Z. Nosowski, „Coraz mniej i wcale nie głębiej”, art. cyt.
[10] Sz. Hołownia, „Opatrzność w statystyce”, art. cyt..
[11] Franciszek, „Przyjmować, chronić, promować i integrować imigrantów i uchodźców. Orędzie Papieża Franciszka na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy 2018”.
[12] Zob. http://episkopat.pl/abp-gadecki-schronienie-nie-zostanie-udzielone-temu-kto-stanowi-zagrozenie-dla-bezpieczenstwa-panstwa/
[13] Zob. https://wpolityce.pl/polityka/376574-do-ksiedza-kardynala-prosze-nas-proislamsko-nie-agitowac-i-nie-zawstydzac-nieprzyjmowaniem-uchodzcow-czytaj-chrystusa.
[14] Zob. „Salon dziennikarski”, TVP Info, 20.01.2018 r., https://www.tvp.info/35420834/20012018-0915.
[15] Pojęciem disciplina arcani określa się starożytną zasadę zachowania w tajemnicy przed poganami misteriów wiary, zwłaszcza dotyczących chrztu i Eucharystii, miejsca i czasu sprawowania kultu, a także rytów i formuł modlitewnych (Credo, Ojcze nasz). Zob. B. Nadolski, „Leksykon liturgii”, Poznań 2006, [hasło:] Disciplina arcani, s. 323–325.
[16] Warto tutaj przypomnieć, że podobny postulat został sformułowany w raporcie pt. „Risquer l’avenir” przygotowanym przez Kościół katolicki w kanadyjskim Quebeku (Montreal 1992). Sugerowano w nim zaprzestanie udzielania sakramentów tzw. katolikom kulturowym, co miało prowadzić do duszpasterstwa bardziej selektywnego. Podkreślano, że katolicyzm kulturowy wzmacnia w Kościele złudną wizję, że całe społeczeństwo jest wierzące. Postulat ten nie spotkał się z akceptacją miejscowego Kościoła jako zbyt elitarystyczny. Zob.: A. Draguła, „Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji”, Warszawa 2010, s. 72–77.
[17] G. Strzelczyk, Z. Nosowski, „Duszpasterstwo w płynnym świecie”, „Więź” 2017, nr 2, s. 133.
[18] Franciszek, Posynodalna adhortacja apostolska „Amoris laetitia”, nr 206–207.
[19] W mojej diecezji znajduje się parafia Kołczyn, która ma sześć kościołów filialnych przy 1430 wiernych. Licząc według średniego wskaźnika dominicantes dla diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, na niedzielną Mszą winno tam uczęszczać 316 wiernych, co daje 45 osób na jedną świątynię. W rzeczywistości według badań liczba dominicantes dla parafii Kołczyn wynosi 498 osób, co pokazuje, że w parafiach wiejskich frekwencja jest wciąż wyższa ze względu na jeszcze w miarę trwałe struktury społeczne.
[20] Zob. A. Draguła, „Między osiedlowym sklepem a supermarketem. Parafia w czasach wolnego rynku”, „Więź” 2003, nr 5, s. 71–79.
[21] G. Strzelczyk, Z. Nosowski, „Duszpasterstwo w płynnym świecie”, art. cyt., s. 124–125.

Tekstu ukazał się w kwartalniku „Więź”, wiosna 2018

Więź, wiosna 2018

Kup tutaj