Niby wioska jak wioska, a mieszkańcy jak mieszkańcy – rodzą się, kochają, zdradzają, piją, cierpią, czasem zabijają oraz umierają. Ale zamiast z faktów „Małe Grozy” w ujęciu Łukasza Staniszewskiego składają się z przypowieści. Tu księżyc bywał tak duży, że zahaczając o ziemię, rzeźbił w niej kratery.

„Umitycznienie świata nie jest zakończone” – pisał Bruno Schulz w eseju „Mityzacja rzeczywistości”. Jego zdaniem, „proces ten został tylko zahamowany przez rozwój wiedzy, zepchnięty w boczne koryto, gdzie żyje, nie rozumiejąc swego istotnego sensu. Ale i wiedza nie jest niczym innym, jak budowaniem mitu o świecie, gdyż mit leży już w samych elementach i poza mit nie możemy w ogóle wyjść”.

„Małe Grozy” Łukasza Staniszewskiego są elementem tego procesu, przyczyniając się do „umitycznienia” jego rodzinnej Warmii. „Jak tu trafić?” – pyta we wstępie do tej pięknej książeczki – „Zapytaj dziecko. Ono wskaże ci drogę na Warmię. […] Polecicie na łabędziu przytuleni do jego białej szyi, uważając, żeby głową nie zahaczyć o gwiazdy. W świetle księżyca zobaczysz rozwidlenie drogi. To tam”.

Wyspa zawieszona w powietrzu

Trwa teraz wytężona (i błogosławiona!) praca nad tym, by różne prowincje przekształcać w lokalne centra wszechświata, a kompleks prowincjonalności w prowincję jako wartość. „Małe Grozy” są jednym z jej owoców. Ale w tej opowieści nie ma niczego, co można by przyszpilić krótkim, kategorycznym: „tak jest” czy „tak było”. Tu się nie znajdzie żadnych informacji o Warmii, które by pochodziły z przewodników turystycznych czy podręczników historii. Nie ma tu mowy o rzeczywistej przeszłości tej krainy, bardzo dotkniętej przez dzieje.

Małe Grozy
Łukasz Staniszewski, „Małe Grozy”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020

Tu jest tylko – i to dopiero pod koniec opowieści – wspomnienie, że tytułowa miejscowość Małe Grozy powstała w miejscu, gdzie niegdyś były Duże Grozy, ale przyszła zaraza i zabijała ludzi. I wtedy „to już nie były Duże Grozy. To szalony artysta namalował Piekło i rozpostarł płótno, przybijając je gwoździami do ramy nieba i ziemi. Wszędzie leżeli ludzie. Martwi i półmartwi”. Potem ci, co ocaleli, po polach zbierali „ludzki chrust” i na szczątkach umarłych stworzyli tytułowe Małe Grozy.

I był to, w wersji Łukasza Staniszewskiego, w równym stopniu ludzki trud, co gest sprawczy poety. Bo niby wioska jak wioska, a mieszkańcy jak mieszkańcy – rodzą się, kochają, zdradzają, piją, cierpią, czasem zabijają siebie albo innych oraz umierają, ale zamiast z faktów „Małe Grozy” składają się z przypowieści. Tu księżyc bywał tak duży, że zahaczając o ziemię, rzeźbił w niej kratery.

„Kratery to takie wielkie dziury w ziemi. Ale u nas, na Warmii, zaraz wszystkie wypełniają się wodą. Teraz to są jeziora”. Tu wiatr tak targał drzewami, że zaczepiały one o gwiazdy, krusząc je, a „na niebie pozostał tylko gwiezdny pył, który zawsze zapowiadał dobrą pogodę”. Tu, gdy zboże na polu pochylało się, to był to widomy znak obecności niewidzialnych olbrzymów, które „gdy szły przez pola, lubiły krawędziami wielkich dłoni przyginać zboże do ziemi”, a gdy wracały, „gziły się w chmurach i spuszczały pioruny na ziemię”. Oznaką zaś zbliżającej się zimy były tu z kolei odfruwające całymi ławicami ryby. I tak dalej…

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2020

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie wiez_jesien_2020-mockup-208x300.png

Kup tutaj