Podstawowy dylemat Jana Pawła II na początku jego pontyfikatu brzmiał: albo deitalianizacja i głęboka reforma watykańskich struktur, albo inne najważniejsze kluczowe wyzwania. Wybrał to drugie: pracę nad odbudowywaniem zagrożeniem jedności Kościoła oraz obronę praw człowieka na skalę światową. 

Pełna wersja niniejszego tekstu (wraz z przypisami) ukaże się wkrótce w nowej książce Macieja Zięby OP „Pontyfikat na czasy zamętu. Jan Paweł II wobec wyzwań Kościoła i świata” przygotowanej w Wydawnictwie W drodze. Śródtytuły pochodzą od redakcji

Mój tekst „Protestuję! Dalej tak być nie może! – przeciwko kościelnej i państwowej opieszałości w przeciwdziałaniu pedofilii, który napisałem w maju dla „Rzeczpospolitej” – został streszczony na portalu Więź.pl i doczekał się tam paru ciekawych komentarzy. W odróżnieniu od zalewu agresji i hejtu, które dominują w internecie, posiadały one najwyżej szczyptę złośliwości, dominowała w nich refleksja i – co zrozumiałe: polemiczna – chęć podjęcia tematu. Wynikało z nich zarazem, że podjęta kwestia, a także mój artykuł, domagają się szerszych wyjaśnień. 

To była pierwsza przesłanka do napisania poniższego tekstu. Drugą przesłanką był fakt, że środowisko „Więzi”, w której zadebiutowałem na pierwszym roku studiów w 1975 r., od wielu dziesiątków lat uważam za bliskie sercu. Łączy ono umiłowanie Kościoła z otwartością, a racjonalny dialog jest tu nie tylko sposobem działania, ale i wartością budującą wspólnotę. W dzisiejszym świecie są to, niestety, dobra rzadkie, więc cenne. 

Bez jednoznacznych werdyktów

Jedną z poważniejszych chorób współczesnego świata, której wirus zagnieździł się i bezkarnie multiplikuje również w Kościele, jest aprioryczna jednostronność oceny. Jeżeli jestem za czymś, to uznaję jedynie pozytywy, dostrzegam wyłącznie osiągnięcia tego czegoś, a wszelkie uwagi o jego niedomaganiu, brakach czy mankamentach traktuję jako złośliwy atak i zamach na moje poglądy. Jeżeli zaś jestem przeciwko czemuś, to z upodobaniem kolekcjonuję wszelkie przejawy słabości, uwypuklam błędy, a starannie ignoruję sukcesy czy zasługi. Sprawia to, że wszelki dyskurs podlega głównie ocenie politycznej i ideologicznej – ustaleniu czy jestem sojusznikiem, czy też wrogiem. Rozum zostaje wyłączony, zwyciężają emocje i plemienna tożsamość.

Od lat 50. do 80. XX wieku problem pedofilii był w świecie nauki, kultury, mediów i polityki mistyfikowany i przedstawiany w korzystnym świetle. Co najgorsze, nie był on rozpoznany przez psychologów. Dopiero w latach 90. uświadomiono sobie jego niszczycielski charakter

Ja jednak jestem ze starej szkoły („więziowcy” wiedzą, ile zawdzięczam Tadeuszowi Mazowieckiemu) i nie umiem się odnaleźć w takich opisach rzeczywistości. Tamta szkoła stara się bowiem przede wszystkim zrozumieć uwarunkowania i okoliczności oraz rozważyć pozytywy i negatywy, osiągnięcia i porażki, sporządzić całościowy bilans, który uwzględnia i „winien” i „ma”. Dlatego nie chcę wydawać jednoznacznych werdyktów ani niczego usprawiedliwiać czy też atakować. Pragnę raczej spróbować zrozumieć złożone problemy i moją refleksję poddać racjonalnej ocenie czytelników. Dzisiejszy świat żąda krótkich i jednoznacznych – najlepiej podanych w sensacyjnej formie – werdyktów. Środowisko „Więzi” jest jednak jedną z nielicznych wysepek, na której nadal możliwa jest rozmowa oraz dążenie do prawdy (jestem świadom, jak archaicznie brzmi to w epoce postprawdy) w dialogu z innymi.

Dlatego chciałbym zastanowić nad pontyfikatem Jana Pawła II oraz wpisanym weń problemem pedofilii i spojrzeć na ów temat w szerszym kontekście. Sądzę również, że mimo iż powrócę do wydarzeń sprzed paru dziesiątków lat, nie będą to dywagacje posiadające wyłącznie znaczenie historyczne. Mądrze ongiś napisał Santayana, że kto nie zna własnej historii, ten jest skazany na jej powtarzanie. Częstokroć bowiem w nowiutkie kostiumy nadchodzącej dopiero epoki przebierają się stare problemy oraz odwieczne dylematy. Dlatego próba ich głębszego zrozumienia daje nadzieję na lepsze sprostanie im w przyszłości.

Pedofilia a oszustwo seksualnej wolności 

Odwieczne zjawisko pedofilii ujawniło się na szerszą skalę i stało się społecznym problemem, zwłaszcza w kulturze Zachodu, w wyniku „rewolucji seksualnej”. Potwierdzają to statystyki. W stosunku do lat 50. ubiegłego wieku liczba przypadków pedofilii lawinowo wzrosła w latach 60., swój szczyt osiągnęła w latach 70., w 80. zaczęła opadać i w 90. powróciła do stanu z połowy wieku. 

Ogromne znaczenie miał tu światowy rozgłos nadany „naukowym” badaniom Alfreda Kinseya i Wilhelma Reicha w połowie XX wieku. Ci pionierzy seksuologii – uznawani po dziś dzień, zwłaszcza w kręgach lewicowo-liberalnych, za najwybitniejsze autorytety naukowe w tej dziedzinie – twierdzili, że według ich badań akty pedofilskie, jeśli obie strony wyrażą zgodę, pozytywnie wpływają na dziecięcą psychikę, są bowiem źródłem przyjemności, budują przyjacielskie relacje międzypokoleniowe i „korzystnie przyczyniają się do ich późniejszego rozwoju socjoseksualnego” (Kinsey). 

Bardzo długo powszechnie uważano – na podstawie opinii naukowych autorytetów – że sprawców pedofilii skutecznie leczy psychoterapia. Stąd wzięło się mylne przekonanie wielu hierarchów, że za rozwiązanie problemu wystarczą terapia, pokuta i przeniesienie

Dziś z łatwością można dowieść, że uprawiana przez tego typu badaczy „nauka” była mieszaniną świadomie popełnianych szalbierstw oraz konfabulacji, ale te tezy były przez lata szeroko komentowane przez wszystkie światowe media i miały ogromny wpływ na zmiany nastawienia opinii publicznej we wszystkich krajach Zachodu. „Kinsey to jeden z najwybitniejszych pionierów seksuologii – ocenia całkiem współcześnie prof. Zbigniew Lew-Starowicz – Jego prace wywołały przełom w mentalności i przyczyniły się do późniejszej rewolucji seksualnej”. 

Gdy takie „naukowe” poglądy pionierów przeniknęły do kultury masowej, np. poprzez obsypaną nagrodami powieść Tennesee’ego Williamsa „Baby Doll”(zekranizowaną przez Elię Kazana) czy słynną „Lolitę”Vladimira Nabokova (przeniesioną na ekran przez Stanleya Kubricka), i dotarły do zbiorowej świadomości, rozpoczęła się „rewolucja seksualna” lat 60. i 70. Zjawiska dotąd marginalne i naganne dostały teraz naukową i społeczną legitymację. Słusznie pisał Benedykt XVI w kwietniu 2019: „Do fizjonomii rewolucji ’68 roku przynależy również to, że pedofilia została zdiagnozowana jako dozwolona i właściwa”. 

Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale był to czas, gdy psychologowie gremialnie popierali tezę, że pedofilia jest korzystna i dla dorosłych, i dla dzieci, najsłynniejsi artyści lubowali się w łamaniu tabu, demonstrowaniu, że są wyzwoleni z „tradycyjnej”, opresywnej moralności seksualnej, a znani politycy, zwłaszcza lewica i liberałowie, domagali się legalizacji pedofilii. W krajach Zachodu jak grzyby po deszczu wyrastały wpływowe organizacje walczące z „dyskryminacją pedofilów”. [zob. tekst Tomasza Kyci „Przez 30 lat władze Berlina oddawały pedofilom dzieci bezdomne i z trudnych rodzin”].

„Niestety, takie były czasy”?

Dziś wstydliwie przemilcza się fakt, że na przełomie lat 70. i 80. autorytety, których nazwiska widnieją we wszystkich encyklopediach i podręcznikach humanistyki – Michel Foucault, Jean-Paul Sartre, Jacques Derrida, Louis Althusser, Roland Barthes, Simone de Beauvoir czy Jean-François Lyotard – umacniane prestiżem słynnych psychologów i seksuologów, takich jak Françoise Dolto, Pierre-Félix Guattari czy Gilles Deleuze, i wspierane przez tak wpływowe gazety, jak „Liberation” czy „Le Monde” gorliwie walczyły o legalizację pedofilii w imię wolności oraz ludzkiej godności. 

Nie wspomina się o tym, że w 1980 r. w Republice Federalnej Niemiec partia Zielonych wpisała postulat tej legalizacji do swego programu (obowiązywał on do 1993 roku!) i przy wsparciu FDP, z Günterem Verheugenem czele, prowadziła kampanię, której celem była bezkarność dla pedofili. Nie mówi się o tym, że politycy tacy jak Daniel Cohn-Bendit publicznie przechwalali się swoimi doświadczeniami w tej materii, a najważniejsze niemieckie gazety oraz stacje radiowe i telewizyjne pomagały w promocji tych poglądów. 

Kurialna biurokracja – z całą jej logiką inercji, unifikacji, selekcji informacji oraz personalnymi grami o wpływy – posiadała w czasie pontyfikatu Jana Pawła II nadmierną autonomię

Całkiem niedawno w wywiadzie dla Wirtualnej Polski Agnieszka Holland tak mówiła, komentując usunięcie Romana Polańskiego z amerykańskiej Akademii Filmowej: „Rozumiem, że Akademia ma wyrzuty sumienia. Przez lata tolerowali zdarzenia, o których wszyscy wiedzieli. Harvey Weinstein dostał kilka Oscarów, dziękowano mu ze sceny wielokrotnie. A wszyscy wiedzieli, co ten facet robi […] tych 40 lat temu był zupełnie inny nastrój. Jeśli wtedy wywaliliby z Akademii Polańskiego, to samo musiałoby się stać z Jackiem Nicholsonem, Warrenem Beattym i różnymi innymi gwiazdami. To były czasy swobody erotycznej i różni panowie myśleli, że mogą sobie pohasać z dziewczynami. A zdarzały się dziewczyny, które o to zabiegały. Niestety, takie były czasy. To była spuścizna lat 60.”. 

Odkrycie traumy i okrucieństwa 

Trudno o bardziej koszmarne wyjaśnienie młodszym pokoleniom, jakie to były czasy. Ale taka jest prawda. Sprzeciw wobec takich praktyk wiązał się z otrzymaniem etykiety „ciasnego konserwatysty”, „drobnomieszczańskiego hipokryty” czy „bigota”.

Te – „naukowo” uzasadniane – kłamstwa na temat pedofilii obumierały stopniowo wraz z rozwojem psychologii dziecięcej. Zostały jednak ostatecznie obalone dopiero wtedy, gdy po szerokim rozlaniu się fali nadużyć ich ofiary zaczęły dorastać. Nie dało się już nie dostrzec, jak straszne spustoszenie sieje pedofilia i jak bardzo wykorzystywanie dzieci przez dorosłych dla własnej przyjemności niszczy ludzkie życie. Całe okrucieństwo tego procederu wyszło na jaw dopiero wtedy, gdy wykorzystane dzieci stały się dorosłe, ich trauma stale się pogłębiała, a ich tragedia okazywała się coraz bardziej powszechna. 

Oskarżeniom wobec Jana Pawła II należy się przeciwstawić nie w imię fałszywie rozumianej apologetyki, ale w imię prawdy

Najbardziej bolesny i głęboko porażający był fakt, że to mysterium iniquitatis objawiło się także w Kościele. Owszem, wszelkie seksualne relacje pozamałżeńskie od zawsze były uznawane za grzech, a przestrzeganie przez księży celibatu za normę. Jednak zamieszanie po II Soborze Watykańskim, także w teologii moralnej, a zarazem obniżenie kryteriów przy przyjmowaniu do seminariów, związane ze spadkiem powołań – w połączeniu z duchem epoki, naukowo uzasadnianym rewolucją seksualną – sprawiły, że również w Kościele obserwowaliśmy ogromny wzrost przypadków pedofilii w latach 60.– 80. XX w. (dane pokazują, że wcześniej oraz później były to, na szczęście, rzadsze przypadki). 

Co również istotne dla zrozumienia stanu świadomości owej epoki, powszechnie wówczas uważano – na podstawie opinii naukowych autorytetów – że sprawców pedofilii skutecznie leczy psychoterapia. Stąd wzięło się mylne przekonanie wielu hierarchów, że jako rozwiązanie problemu wystarczą terapia, pokuta i przeniesienie do innej parafii.

Jan Paweł II i zasada „zero tolerancji”

Problem nadużyć seksualnych wobec dzieci i młodzieży był szczególnie widoczny w Kościele w Stanach Zjednoczonych, który silnie uległ wpływom „ducha epoki”. Wskazując na te fakty, Jan Paweł II wezwał w 1993 r. episkopat amerykański do Watykanu i w czerwcu tego roku wysłał oficjalny list do biskupów nakazujący wprowadzenie zasady „zero tolerancji dla pedofilii” i traktujący ją jako „wielkie przestępstwo”. Jan Paweł II pisał wówczas w odwołaniu do słów Jezusa, że lepiej uwiązać sobie kamień u szyi i się utopić, niż zgorszyć maluczkich, wyrządzić krzywdę osobom słabszym i bezbronnym.

Papież działał wtedy na tyle zdecydowanie i tak wyraziście, że – niekatolicki przecież –amerykański tygodnik „Time” w grudniu 1994 r., gdy sprawa pedofilii była już obecna w dyskusji publicznej, przyznał mu tytuł „Człowieka Roku”. Redakcja uzasadniała: „W roku, w którym tak wielu ludzi oglądało upadek wartości moralnych albo próbowało usprawiedliwić złe postępowanie, papież Jan Paweł II z całą mocą głosił wizję prawego życia i wzywał świat do jej przyjęcia. Za tę jego niezłomność czy też bezwzględność – jak powiedzieliby jego krytycy – został ogłoszony Człowiekiem Roku”. 

Sami więc Amerykanie – w tym osoby krytyczne wobec Kościoła – przyznawali, że papież działa w sprawie pedofilii jednoznacznie i bezkompromisowo. Gdyby padał nań choćby cień podejrzeń czy wątpliwości, to tak prestiżowy tygodnik nie nadałby mu tego honorowego tytułu.

Kiedy okazało się, że nadużycia dotyczyły większej liczby księży także w Irlandii, te same normy zastosował Jan Paweł II w 1996 r. wobec Kościoła w tym kraju, a w 1999 r. na specjalnym spotkaniu z irlandzkimi biskupami mówił o „uznaniu diabelskiej natury” czynów pedofilskich i ich konsekwentnym karaniu. 

W 2002 r. raz jeszcze wezwał biskupów amerykańskich do Watykanu, krytykując ich za zbyt opieszałe postępowanie, a 23 kwietnia wystąpił wobec nich z ostrym potępieniem skandali seksualnych, podkreślając, że wobec tej „wstrząsającej zbrodni […] ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby nieletnich”.

2001 – moment przełomowy

Wkrótce jednak okazało się, że jest to problem szerszy – dotyczący nie tylko USA i Irlandii, ale całej kultury Zachodu (choć nie wyłącznie); że jest to poważne wyzwanie, przed którym staje cały Kościół. Wtedy, w kwietniu 2001 r., Jan Paweł II ogłosił słynne motu proprio „Sacramentorum sanctitatis tutela”. W dokumencie tym podniósł wiek ochrony osób małoletnich do 18. roku życia (wcześniej Kodeks prawa kanonicznego za ciężkie przestępstwo uznawał relacje seksualne z osobami poniżej 16. roku życia). 

Nakazał również, aby wszystkie przypadki zasadnych podejrzeń z Kościołów lokalnych przekazywano do Rzymu – nie tylko do Kongregacji ds. Duchowieństwa, ale również do Kongregacji Nauki Wiary, którą kierował kard. Joseph Ratzinger. Wtedy też przeniesiono do tej kongregacji prałata Charlesa Sciclunę – słynnego obecnie tropiciela pedofilii, który od lat kieruje oczyszczaniem Kościoła i wykrywaniem sprawców owych przestępstw. Przyjęto też normę „zero tolerancji”, a potwierdzenie oskarżeń o „tę wielką zbrodnię” miało skutkować usuwaniem ze stanu duchownego. To był moment przełomowy.

Niedawno grupa osób w Watykanie starała się wylansować tezę, że dopiero papież Franciszek zaczął poważnie walczyć z problemem pedofilii. On sam 5 lutego 2019 r. opowiedział dziennikarzom w samolocie lecącym z Abu Zabi do Rzymu niejasną anegdotę, dopuszczającą interpretację, że być może Jan Paweł II nie był tak jednoznaczny w działaniu przeciw pedofilom. Wszelkie tego typu wątpliwości Franciszek rozwiał jednak w wywiadzie dla meksykańskiej telewizji 28 maja 2019 r., mówiąc o świętości Jana Pawła, który jeżeli nie zareagował na jakieś nadużycia, to wyłącznie dlatego, że rzeczywiście o nich nie wiedział. Wątek wielkości pontyfikatu papieża Wojtyły oraz świętości jego życia obecny papież podkreślił jeszcze w swojej książce „Święty Jan Paweł II Wielki”.

Zaangażowanie Jana Pawła II w walkę z pedofilią potwierdzili też przewodniczący episkopatów całego świata, którzy spotkali się w dniach 21–24 lutego 2019 r. w Watykanie, by rozmawiać o tym problemie. Byli oni zgodni, że rok 2001 i motu proprio Jana Pawła II były momentem zwrotnym – od tego czasu przypadki pedofilii w Kościele są już rzadsze, ścigane z całą surowością prawa i jednoznacznie osądzane. 

Maciel Degollado i Karol Wojtyła 

Niekiedy jako dowód „winy” Jana Pawła II pokazuje się dzisiaj jego zdjęcia z Marcialem Macielem Degollado, założycielem Legionistów Chrystusa, który – jak się okazało – był potworem. Przez 60 lat udawał gorliwego księdza, a zarazem miał dwie „żony” i wykorzystywał seksualnie wiele osób, w tym własne dzieci. 

Maciel był psychopatą o tak upiornych skłonnościach i takiej zdolności mimikry, że dla normalnego człowieka takie życie w totalnym zakłamaniu wydaje się po prostu niemożliwe. Ja także nie jestem w stanie tego pojąć. Badacze jego biografii, zwłaszcza Valentina Alazraki, która od 1974 r. śledzi sprawy Watykanu, ustalili jednak, że Jan Paweł II nie był świadomy roli tego człowieka. Maciel był genialnym oszustem – przez dziesiątki lat zdołał wprowadzić w błąd aż pięciu kolejnych papieży. 

Fakt ówczesnego postrzegania surowości Jana Pawła II w działaniach przeciw pedofilii dobrze ilustruje cytat z niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, który – już po śmierci Jana Pawła II – nie miał wątpliwości w tej materii: „nie trzeba nawet dodawać, że nakazywał postępować jak najsurowiej wobec winnych pedofilii we własnych szeregach”. 

Przywołuję tu „Der Spiegel” oraz „The Time” – tytuły świeckie, o światowym zasięgu i krytyczne wobec Kościoła, a zwłaszcza papiestwa – aby podkreślić, jaki był stan ówczesnej świadomości. Ich oceny dobrze oddają status questionis tamtego czasu. Problem pedofilii w Kościele przebił się głęboko do świadomości publicznej dopiero z początkiem XXI wieku, a tezę tę najlepiej ilustruje liczba publikacji na ten temat we wpływowym „Boston Globe”, który w 2001 r. zamieścił 25 artykułów na ten temat, a w 2002 r. już 770 („New York Times” – 692). 

Z dzisiejszą wiedzą dużo łatwiej jest być nieomylnym w stosunku do wydarzeń z przeszłości. Ex post nie trzeba być Napoleonem, aby nie przegrać bitwy pod Waterloo.

Cienie pontyfikatu Jana Pawła II

W całkowicie racjonalny sposób oceniam pontyfikat Jana Pawła II jako wielki oraz historyczny. I jestem głęboko przekonany, że historia przyzna mi rację w tej materii. Czy oznacza to jednak, że był on nieskazitelny, bezbłędny i perfekcyjny? Rzecz jasna, tak nie było. 

Nie da się bowiem przez 27 lat kierować blisko półtoramiliardową rzeszą ludzi wszelkich języków i kultur oraz sprawować – w jakiejś mierze – odpowiedzialność za losy całego świata w sposób bezbłędny i idealny. Jednakże już sam wielki udział papieża – co podkreślali i Reagan, i Gorbaczow, i Wałęsa, i Havel – w bezkrwawym rozbrojeniu najbardziej krwawego imperium w dziejach świata, jakim był system sowiecki, nadaje temu pontyfikatowi wymiar wielkości. Tej wielkości, którą obdarzono papieży Leona Wielkiego (V w.) i Grzegorza Wielkiego (VI/VII w), co trafnie podkreślił Benedykt XVI, pisząc, że „z pewnością także tutaj widoczna jest owa wielkość, która ujawniła się w przypadku Leona I i Grzegorza I”. 

Trzeba też nadto pamiętać o innych bardzo ważnych kwestiach oraz wyzwaniach, które w sposób twórczy, często nowatorski i oryginalny, podjął Jan Paweł II. Zaliczyć do nich należy choćby odbudowanie eklezjalnej jedności i tożsamości rozmytej po Vaticanum Secundum, relacje Kościół–świat, ekumenizm, dialog międzyreligijny, budowanie społeczeństwa obywatelskiego na całym świecie, dialog z kulturą współczesną, „teologię ciała” i kwestię kobiecą, teologię wyzwolenia opartą na solidarności i opcji na rzecz ubogich, obronę praw człowieka. Powtórzę: można całkowicie racjonalnie uzasadnić, że pontyfikat Jana Pawła II ma w tych kwestiach historyczne, a niekiedy wręcz epokowe zasługi i osiągnięcia. 

Są jednak także obszary, które oceniłbym słabiej. Należy do nich np. reforma kurii rzymskiej. Choć warto przy tym pamiętać o dokonanym przez papieża istotnym wzmocnieniu roli synodu czy też rady Iustitia et Pax, a także o powołaniu Rady ds. Kultury i o rzeczy pewnie najważniejszej – rozszerzeniu składu dykasterii, zarezerwowanych dotąd jedynie dla kardynałów, na wszelkich duchownych i świeckich. Jednakże można też zasadnie argumentować, że kurialna biurokracja – z całą jej logiką inercji, unifikacji, selekcji informacji oraz personalnymi grami o wpływy – posiadała w czasie tych 27 lat nadmierną autonomię. Dlatego głęboka reforma struktur watykańskich – zdaniem kolegium kardynalskiego i następców Jana Pawła II – jest wciąż Kościołowi potrzebna. Zarazem równie mało skuteczne wysiłki Benedykta XVI i Franciszka pokazują ogromną złożoność tej materii. 

Trudna polityka personalna 

Z powyższym problemem ściśle wiąże się polityka personalna, o której, co prawda, decydują przede wszystkim nuncjusze i kongregacje, ale odpowiedzialność za nią spada na następcę św. Piotra. Przykładowo, Jan Paweł II mianował 231 kardynałów. Dwóch spośród nich (Groer, McCarrick) okazało się zdrajcami swego powołania, niegodnymi tej funkcji. Przynajmniej jeden (Law) okazał się hipokrytą i szkodliwym oportunistą. Z jednej strony trzeba więc dostrzec, że mówimy o zaledwie 1% nominacji kardynalskich i nie można pod ich kątem oceniać całości papieskiej polityki personalnej. Z drugiej strony argument, że kardynałami zostali wówczas również tak wybitni duchowni, jak Jean Marie Lustiger, Carlo Maria Martini, Francis George, Francis Nguyen Van Thuan czy Jorge Mario Bergoglio i dziesiątki innych znaczących postaci, jest za słaby i nie pozwala zapomnieć o tych bardzo niedobrych decyzjach personalnych. 

Natomiast argument, że już wcześniej otrzymywano sygnały o nietrafionych nominacjach, że media szeroko się rozpisywały na ich temat, staje się słuszny i bezsporny dopiero wtedy, gdy pozytywnie zostaną zweryfikowane wiarygodne dowody winy oskarżanej osoby. Jednakże nie tylko w życiu Kościoła, ale także w różnych sferach życia publicznego – wszędzie tam, gdzie stanowiska związane są z wpływami społecznymi, a tym bardziej jeśli łączą się z nimi władza i pieniądze – pojawiają się licznie oskarżenia, donosy, prowokacje, sensacje i plotki. To brzydka strona naszej rzeczywistości, ale nie można jej ignorować. 

Przy obsadzie ważnych stanowisk kościelnych sporą rolę odgrywają prezentowane poglądy teologiczne i duszpasterskie, ale także konkurencja, usytuowanie na szerszej szachownicy „stref wpływów” oraz ludzkie ambicje. Zawsze też pojawia się sporo „bezinteresownych” donosów oraz pomówień, ale także kontrdonosów i kontrpomówień. Pamiętajmy również, że przy takimi decyzjami personalnymi zainteresowane bywają również rządy różnych państw, które mają swoich mniej lub bardziej subtelnych agentów wpływu, a także zwykłych agentów. 

Dodajmy do tego obrazu media za wszelką cenę poszukujące sensacji i nagłaśniające nawet absurdalne plotki i pomówienia. Zdarzają się też fałszywe oskarżenia (głośna sprawa kard. Bernardina w latach 90., a ostatnio kard. Pella). Niestety, takie sytuacje skutecznie pomagają zaciemniać obraz sytuacji i dostarczają argumentów prawdziwym sprawcom powołującym się na tego typu precedensy.

Agentura wokół papieża

Pamiętajmy też, że – w odróżnieniu od innych papieży – Jan Paweł II samym swoim istnieniem stanowił śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich rządów Europy Wschodniej, a zwłaszcza ZSRR (przerażonego rozwojem sytuacji na Litwie, a zwłaszcza na Ukrainie). Dlatego w czasie jego pontyfikatu odbywały się regularne spotkania wywiadów i policji politycznych „krajów socjalistycznych” poświęcone ich współpracy w dezawuowaniu postaci Jana Pawła II. 

Wedle IPN tylko z ramienia polskich służb w otoczeniu Jana Pawła II w czasie jego pontyfikatu pracowało 65 agentów i tajnych współpracowników SB zbierających informacje, ale też szerzących dezinformację (a potężne agentury miały też ZSRR i NRD, nie licząc pozostałych krajów sowieckiego imperium). To był cały przemysł produkujący kłamstwa oraz prowokacje, szantaże i manipulacje, posiadający prawie nieograniczony budżet i dużej klasy fachowców.

Dlatego nie jest łatwo w takim konglomeracie sprzecznych interesów, mieszaninie prawdy i kłamstwa, racji oraz kontrracji wyłowić prawdziwe oskarżenia, zalegające prawie zawsze w rozległym bajorze fałszu, sensacji, manipulacji i zawiści. 

Przez dwie kadencje byłem przełożonym w zakonie, dziesiątki razy bywałem w Watykanie, spędziłem też wiele godzin w archiwach IPN i piszę to z całkowitą odpowiedzialnością za każde słowo. Jest to tym bardziej trudne, że Stolica Apostolska, co zrozumiałe, nie posiada profesjonalnych służb śledczych, a także kryminologów z ich aparatem naukowym i laboratoriami oraz nie prowadzi dochodzeń i procesów w świeckim rozumieniu tego słowa (proces kanoniczny ma zupełnie inny charakter). Ale nawet najlepszy sprzęt i odpowiedni personel i nie zapobiegnie pomyłkom i błędom. Pytanie jedynie brzmi: jak wiele ich jest i na ile są poważne?. 

Doyle i Maciel, czyli jak trudno uwierzyć

Żeby jeszcze lepiej zrozumieć złożoność problemu rozsądzania o prawdziwości oskarżeń w zakresie stosunku do pedofilii, poświęćmy chwilę na omówienie dwóch konkretnych przypadków. Pierwszy to casus amerykańskiego dominikanina Thomasa Doyle’a. Jest on bardzo często przywoływany, także w Polsce, jako człowiek, który już w połowie lat 80. – gdy problem pedofilii jako zbrodni dopiero docierał do opinii publicznej – alarmował o tych przestępstwach w Kościele. To prawda. I miał stuprocentową rację. Problem w tym, że był on bardzo niewiarygodną postacią.

Doyle swoją karierę naukową zawdzięczał – modnemu w kręgach liberalnych na przełomie lat 60/70 ub. wieku – powierzchownemu i radykalnemu marksizowaniu chrześcijaństwa. Jego praca magisterska z filozofii nosi tytuł „Zorganizowana religia w filozofii marksistowsko-leninowskiej”. Magisterium z nauk politycznych otrzymał za pracę „Teoria rewolucji społecznej u Włodzimierza Lenina”, a z teologii za pracę „Teologia wyzwolenia w kontekście społecznych potrzeb w Ameryce Południowej”, w której popiera ideę komunistycznej rewolucji. Tę ostatnią tezę podtrzymał w książce „Towarzysze rewolucji: dialog chrześcijańsko-marksistowski”. Był więc powszechnie znany z jednostronnych, mocno skażonych marksistowską ideologią wypowiedzi na temat chrześcijaństwa i Kościoła. Jeżeli dodamy do tego, że jako kapelan wojskowy był upominany przez władze wojskowe i kościelne, a w swoich licznych wypowiedziach bardzo ostro atakował najpierw Kościół, a potem też religię katolicką jako taką, można zrozumieć, że niezwykle łatwo można było zdezawuować – niestety, jak się okazało – słuszne oskarżenia o. Thomasa Doyle’a.

Dokładnie odwrotnie wyglądała sytuacja w odniesieniu do Maciela Degollado. Tu – patrząc na fasadę – mieliśmy do czynienia z wizjonerskim, charyzmatycznym założycielem nowego zgromadzenia, które w trudnych dla Kościoła czasach rozwijało się dynamicznie, tworząc elitarną sieć szkół średnich i uniwersytetów. Zarazem jednak już od czasów Piusa XII pojawiały się oskarżenia pod adresem założyciela zgromadzenia. Powtarzały się one w trakcie pontyfikatów Jana XXIII i Pawła VI, ale zawsze znajdowało się wielu obrońców meksykańskiego zakonnika, dowodzących, że jest to atak wrogów Kościoła albo wyraz ludzkiej zazdrości i małości. Za czasów Jana Pawła II argumentowano więc, że przecież już za pontyfikatów poprzednich papieży wszystkie zarzuty zostały odparte. 

Doprawdy trudno było uwierzyć, że może zaistnieć taki geniusz-psychopata przez dziesiątki lat łączący w sobie osobowość obdarzonego charyzmą zakonodawcy, oszusta finansowego, seksoholika i zbrodniarza seksualnego. Trzeba jednak zarazem pamiętać, że ponawiające się oskarżenia sprawiły, iż w 1998 r. rozpoczęto kanoniczne dochodzenie w sprawie Maciela Degollado, które – trafiając na wiele przeszkód i mając wielu przeciwników – trwało parę lat. Przyspieszenia nabrało dopiero w 2004 r., gdy – jak wspominał Benedykt XVI – Jan Paweł II poprosił go osobiście, by tę sprawę doprowadzono do końca. I jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II, w styczniu 2005 r., Maciel został złożony z urzędu. 

Cała prawda o potworności czynów założyciela Legionistów Chrystusa wyszła jednak na jaw parę lat później, dopiero po jego śmierci. To, że potrafił on przez ponad pół wieku utrzymać wizerunek gorliwego, charyzmatycznego księdza, żyjąc zarazem w dwóch „małżeństwach”, będąc ojcem paru dzieci, które wykorzystywał seksualnie, molestując kleryków i defraudując pieniądze na olbrzymią skalę – nie mieściło się w żadnych racjonalnych kategoriach. Ten człowiek nawet na łożu śmierci odmówił spowiedzi, mówiąc, że jest ateistą. Ta potworna historia przez wieki będzie się kładła się cieniem na pontyfikatach Jana Pawła II i jego poprzedników.

Rachunek sumienia Kościoła, także z pedofilii?

Rekapitulując, papieże jedynie w wyjątkowych przypadkach ingerują w sprawy personalne. Od tego są kongregacje oraz rozsiane po całym świecie nuncjatury. Oczywiście najwyższy przełożony bierze – w jakieś mierze – odpowiedzialność za działalność owych struktur, ale jego reakcja na powstające problemy przede wszystkim powinna być systemowa i dotyczyć problemów – wychowania w seminariach, formacji kapłańskiej i zakonnej, opracowania modus operandi w przypadku nadużyć, zaleceń dla episkopatów etc. 

Z tego punktu widzenia Jan Paweł II – tak to oceniano zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Kościoła – reagował prawidłowo, szybko, konsekwentnie i skutecznie. Pośrednim argumentem wspierającym tę tezę jest fakt, że zawsze był zwolennikiem transparentności działania Kościoła oraz uczciwego wyznawania win (dlatego zwołał w Watykanie sympozja na temat inkwizycji, antyjudaizmu, sprawy Galileusza czy Jana Husa, a nade wszystko stworzył pięcioletni program „rachunku sumienia Kościoła” w ramach przygotowań do Wielkiego Jubileuszu). 

Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że gdyby problem pedofilii był w połowie lat 90. rozpoznany jako problem ogólnokościelny, to Jan Paweł II włączyłby go do owego „rachunku sumienia”. Jest nie mniej oczywiste, że gdyby ów problem uznawany był wówczas za dotykający Kościół, lecz ignorowany przez Jana Pawła, to media i światowa opinia publiczna zarzuciłyby papieżowi hipokryzję i zakłamywanie rzeczywistości. Tak jednak nie było. „Rachunek sumienia Kościoła” uznano powszechnie za bezprecedensowy akt odwagi papieża z Polski.

Papież i arcymistrz kłamstwa 

Raz jeszcze trzeba podkreślić, że od lat 50. do 80. ubiegłego wieku problem pedofilii był w świecie nauki, kultury, mediów i polityki mistyfikowany i przedstawiany w korzystnym świetle. Co najgorsze, nie był on rozpoznany przez psychologów. Jako zjawisko szersze objawił się w latach 90. i dopiero wtedy uświadomiono sobie jego niszczycielski charakter. 

Od tego czasu mamy w Kościele do czynienia z jednoznaczną i konsekwentną walką z tym zjawiskiem. Problemem mogłoby być natomiast ewentualne zatajanie przez Jana Pawła II informacji, jakie posiadał. Dlatego procesy beatyfikacyjny i kanonizacyjny badały wnikliwie ten temat i odrzuciły taki zarzut. Potwierdzają to i Benedykt XVI, i Franciszek. Badali ten temat także biografowie (np. George Weigel) i odrzucili tezę o zatajaniu informacji przez Jana Pawła II. 

Jeszcze ważniejsza jest opinia, wspomnianej już wyżej, wybitnej meksykańskiej watykanistki Valentiny Alazraki, rodaczki Marciela Degollado, która poświęciła sporo uwagi działalności założyciela Legionistów Chrystusa, i doszła do jednoznacznego wniosku, że Jan Paweł II padł ofiarą tego arcymistrza kłamstwa. Jedynie wrodzy pontyfikatowi komentatorzy (np. Frédéric Martel) z braku dowodów próbują się posługiwać pomówieniami w rodzaju „Przecież nie mógł nie wiedzieć”, „Czy byłoby możliwe, ażeby nie wiedział?”.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe racje – primo, stopniowe objawianie się istnienia tego problemu w drugiej połowie pontyfikatu, secundo, pewne błędy i zaniedbania popełnione na szczeblu nuncjatur i dykasterii, ale zarazem, tertio, wyraziste zdiagnozowanie problemu przez Jana Pawła II i jednoznaczne nań reagowanie na poziomie lokalnych episkopatów i całego Kościoła – można z czystym sumieniem powiedzieć, że nie bagatelizował problemu pedofilii, a na nadużycia w Kościele reagował stanowczo.

Wobec medialnych oskarżeń 

Pozwolę sobie teraz na uwagę na marginesie, bo nie da się dziś bagatelizować tej fali medialnych oskarżeń, które próbują dezawuować pontyfikat Karola Wojtyły. Odrywając problem walki z pedofilią w Kościele nie tylko od kontekstu historycznego, ale i od faktów, próbuje się obecnie z paru oderwanych od siebie wydarzeń skleić całościową narrację, wedle której Jan Paweł II w ciągu swojego pontyfikatu co najmniej ignorował ten problem, a nawet „krył pedofili”. Taka narracja dominuje dziś w mediach masowych, a młodsze pokolenie, poddane jej presji, jest po prostu bezbronne wobec wielokrotnie powtarzanych insynuacji pod adresem papieża. 

Jest to – jak sądzę – kolejny etap w kampanii dezawuowania tego pontyfikatu po śmierci Jana Pawła II. Najpierw, przed kilku laty II, przez światowe media przetoczyła się fala oskarżeń o to, że papież milczał podczas wojny domowej w Rwandzie. Dosyć szybko jednak ucichła, gdyż opierając się na faktach, łatwo można pokazać, że żaden światowy lider nie reagował tak szybko i tak wyraziście wobec „katastroficznej fali przemocy i śmierci” (to słowa papieża) jak Jan Paweł II, który od początku wołał do Rwandyjczyków: „Dość przemocy! Dość tragedii! Dość bratobójczej rzezi!”. 

Potem rozpoczęła się seria oskarżeń o to, że Jan Paweł II zwalczał „teologię wyzwolenia”. Owszem, papież był zdecydowanie przeciwny korzystaniu z marksistowskiej teorii walki klas oraz używaniu przemocy i terroru do osiągnięcia rewolucyjnych celów, wiedząc, że nieuchronnie niosą ze sobą eskalację krzywd i nienawiści. Ale od swojej pierwszej pielgrzymki w styczniu 1979 r., której celem był Meksyk, przez cały swój pontyfikat dowodził, że – jak pisał do Episkopatu Brazylii – „teologia wyzwolenia jest potrzebna”. Tyle tylko, że jego wizja teologii wyzwolenia opierała się na solidarności z uciskanymi oraz na walce o ich godność pokojowymi środkami, bez użycia przemocy. Ta wizja, nie tylko w Polsce, ale także w Azji i Ameryce Łacińskiej pokazała swoją skuteczność. 

Kolejną próbą dezawuowania papieża z Polski było oskarżanie go o antyfeminizm i „kultywowanie opresyjnego ideału kobiety”. Byłoby to wręcz groteskowe, gdyby nie było smutne i nie bazowało na ignorancji szerokiej opinii publicznej. Każdy bowiem, kto choć trochę zna historię Kościoła, a także magisterium pontificium Jana Pawła, wie dobrze, że żaden następca św. Piotra nie podnosił tak mocno i tak jednoznacznie „kwestii kobiecej”. Wystarczy sięgnąć do jego encyklik czy dwóch listów adresowanych specjalnie do kobiet, by dostrzec, że Jan Paweł II jest autorem koncepcji „chrześcijańskiego feminizmu”. A passusy dotyczące spraw kobiet znaleźć można również w wielu innych dokumentach Kościoła z czasów tego pontyfikatu, np. w adhortacji Vita consecrata: „Jest oczywiste, że należy uznać zasadność wielu rewindykacji dotyczących miejsca kobiety w różnych środowiskach społecznych i kościelnych. Trzeba także podkreślić, że nowa świadomość kobiet pomaga również mężczyznom poddać rewizji swoje schematy myślowe, sposób rozumienia samych siebie i swojego miejsca w historii, organizacji życia społecznego, politycznego, gospodarczego, religijnego i kościelnego”.

Ostatnia fala zarzutów, dotycząca „krycia pedofili”, wpisuje się w ten ciąg oskarżeń i insynuacji. Świadczy ona pośrednio o tym, jak ważnym autorytetem, i to o światowym zasięgu, pozostaje nadal Jan Paweł II. Wszystkie te oskarżenia mają jednak nikłe pokrycie w faktach, odwołują się raczej do uprzedzeń oraz wynikają z ignorancji lub niepełnej wiedzy. Właśnie dlatego należy im się przeciwstawić, nie w imię fałszywie rozumianej apologetyki, ale w imię prawdy. Jak wielokrotnie powtarzał Jan Paweł II: „prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko siłą samej prawdy”. 

Włoska kuria i obcy papież 

Z powyższych rozważań można wyciągnąć wniosek, że najsłabszym ogniwem w walce z pedofilią był przepływ wiarygodnych informacji i polityka personalna agend Stolicy Apostolskiej. Nie chcę jednak bronić tezy o „dobrym carze oraz złych dworzanach”. Bez wątpienia obdarzony wielką władzą papież jest współodpowiedzialny za taki stan rzeczy. Ale i tutaj lepiej jest nie popadać w schematy. Obraz Kościoła jako zdyscyplinowanej armii, z generalissimusem na czele, karnie wykonującej płynące z góry rozkazy, nie odpowiada rzeczywistości. Taki stereotyp, jaskrawo widoczny w mediach, jest jednak podzielany przez wielu katolików, a jeszcze bardziej przez niekatolików. Dlatego, by uczciwie ocenić pontyfikat Jana Pawła II, trzeba nieco wycieniować ten prosty, czarno-biały schemat.

W ustabilizowanym od wielu generacji i od wieków silnie zitalianizowanym kurialnym świecie papież-Polak był w zasadzie człowiekiem obcym. Przybył, jak sam to określił w dniu wyboru, „z dalekiego kraju” (dzieląca Europę „żelazna kurtyna” sprawiała, że dystans Kraków–Rzym był wówczas bez porównania większy). „Jeśli jego wybór był jak terremoto, trzęsienie ziemi – opisywał George Weigel – to epicentrum tego trzęsienia znajdowało się w centralnej administracji kościoła, w kurii rzymskiej”. 

W dodatku Karol Wojtyła nie posiadał stricte kurialnego i dyplomatycznego doświadczenia. Do wielu jego pomysłów i projektów podchodzono zatem z dystansem, czasem wręcz z dużą rezerwą. Zauważył to zjawisko były zastępca dyrektora „L’Osservatore Romano” Gian Franco Svidercoschi: „W kurii rzymskiej, a także pośród biskupów były osoby zakłopotane wyborem papieża pochodzącego z innego świata, z innej historii, o odmiennym spojrzeniu na życie Kościoła i kierowanie nim”. 

Często było to jednak znacznie więcej niż jedynie „zakłopotanie” kurialistów. „Kuria, a zwłaszcza pracujący w niej Włosi – znowu oddajmy głos Weiglowi – przyzwyczaili się do «kierowania» papieżami. Ten nawyk stopniowo przerodził się w poczucie kierowania całym Kościołem, toteż Kościoły lokalne stały się niejako oddziałami firmy pod nazwą Kościół rzymskokatolicki”. Dla papieża – głęboko przejętego kolegialną eklezjologią Vaticanum II i pochodzącego z lokalnego Kościoła – było to nie do przyjęcia. Miał też wyraźnie odmienną wizję nie tylko eklezjologii i problemów pastoralnych, ale również sposobu uprawiania polityki przez Stolicę Apostolską.

Przykładowo, w Watykanie wierzono przede wszystkim w skuteczność sztuki dyplomacji. Stąd też płynęło zamiłowanie do dyskretnych negocjacji z rządami – jakiekolwiek by one były. Jan Paweł II znacznie bardziej odwoływał się do – jak to określał – „podmiotowości społeczeństwa” oraz do nacisku opinii publicznej. 

Z długiej dyplomatycznej tradycji brała się także watykańska idea Ostpolitik – polityki „dogadywania się” z komunistycznymi rządami, często ponad głowami przywódców Kościoła. Był to także wynik lewicowej, mentalnej rewolucji lat 60., która wśród włoskich elit, nie wyłączając Watykanu, skutkowała sporą sympatią dla ZSRR. Dlatego pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski wywołała wśród watykańskich dyplomatów prawdziwe przerażenie, czego symbolem może być pytanie ówczesnego abp. Casaroliego: „Do czego ten papież chce doprowadzić? Do rozlewu krwi?”. Dwa lata później ten sam Casaroli – już jako kardynał i numero due w Watykanie – w czasie, gdy Jan Paweł II nawoływał do solidarności z jego rodakami cierpiącymi pod brzemieniem stanu wojennego, przekonywał administrację Reagana, że stan wojenny był koniecznością, a Jaruzelski i przywódcy sowieccy mają dobre intencje.

„Wyrzucą nas pewnie z Kościoła”…

Ogromny opór ze strony administracji watykańskiej, a także episkopatów Francji, USA czy Kanady napotkała też idea Światowych Dni Młodzieży. Zdaniem wielu biskupów była to próba powielenia konserwatywnych wzorów z komunistycznej i agrarnej Polski w konsumpcyjnym, zsekularyzowanym świecie Zachodu, która musi się skończyć kompromitacją Kościoła. 

Z wewnątrzkurialnymi protestami spotkała się także idea międzyreligijnych spotkań w Asyżu (1986, 2002). Nawet pierwsze w historii papiestwa wizyty Jana Pawła II w świątyni buddyjskiej (1984), w synagodze (1986) oraz w meczecie (2001) budziły spore wątpliwości. Pomysł pierwszego w historii świata spotkania katolików z przedstawicielami wszystkich wyznań chrześcijańskich i 13 największych światowych religii, którzy mieli wspólnie modlić się o pokój, w oczach wielu kurialistów został uznany za poważny błąd, a przez niektórych wręcz za zdradę misji Piotra. „Wyrzucą nas pewnie z Kościoła – powiedział Jan Paweł II do jednego ze swych współpracowników – ale musimy to zrobić”.

Na mocny sprzeciw i kontestację, także ze strony najbliższego otoczenia papieża, naraził się również pomysł wyznania grzechów, „rachunku sumienia Kościoła”. Jak pisał o tym Gian Franco Svidercoschi: „Wyznanie mea culpa było początkowo jedną z najmocniej krytykowanych papieskich inicjatyw, również przez poważanych kardynałów, wprawiając w zakłopotanie niejedną grupą chrześcijan. Niezrozumiała wydawała się konieczność proszenia o przebaczenie za ewentualne «grzechy» popełnione w poprzednich stuleciach, ale przede wszystkim nie można było pojąć, dlaczego miało ono jednostronny i bezinteresowny charakter, nie oczekując niczego w zamian”.

To tylko parę przykładów pokazujących, jak złożoną i trudną rzeczą jest kierowanie zastaną i bardzo rozwiniętą biurokracją oraz wielonarodowym, globalnym organizmem, jakim jest Kościół.

Papież i zasada Heisenberga

Można zatem wnioskować, że od samego początku pontyfikatu Jan Paweł II stanął przed fundamentalnym dylematem: albo skoncentruję się na realizacji idei, które uważam za podstawowe wyzwania dla Kościoła i świata, albo za swój priorytet uznam reformę struktur watykańskich, ich reorganizację oraz wymianę personalną na zaufanych ludzi (których nota bene w obcym środowisku nie posiadam). Oczywiście, oba te cele nie są sobie całkowicie przeciwstawne, ale silniejsze skupienie sił i środków na jednym z nich zmniejsza zasoby zaangażowane w realizację drugiego celu. 

Jest to jakby duchowy odpowiednik zasady nieoznaczoności Heisenberga. Ów genialny niemiecki fizyk przed blisko 100 laty odkrył i sformułował zasadę, która mówi, że w naszej rzeczywistości, co objawia się w świecie kwantów, pewne wielkości są ze sobą sprzężone i nie można ich badać równocześnie z jednakową dokładnością. Jeśli zaczynamy badać precyzyjnie jedną z nich, to pomiar drugiej staje się coraz bardziej niedokładny. Lapidarnie mówiąc, oznacza to, że w strukturę całego wszechświata wpisana jest zasada „coś za coś”. Okazało się, że nauka posiada swoje granice. Nie możemy badać wszystkiego, coraz bardziej przybliżając się do ideału.

W duchowym świecie także obowiązuje swoista zasada nieoznaczoności. Jeśli koncentrujemy się na jednym z parametrów, to ten drugi nieuchronnie wymyka się spod ścisłej kontroli, staje się bardziej nieoznaczony. Tu także działa zasada „coś za coś”. Jeżeli zatem Jan Paweł II zdecydował się zerwać z odwieczną tradycją papieży, którzy tylko wyjątkowo opuszczali swoją siedzibę, i konsekwentnie przybliżać Kościołowi postać biskupa Rzymu, to miało to również konsekwencje w sposobie działania Stolicy Apostolskiej. Jeżeli bowiem w swoich 104 zagranicznych podróżach apostolskich oraz 145 podróżach na terenie Włoch Papież spędził sporo ponad dwa lata poza Watykanem, a jeszcze więcej czasu pochłonęło mu przygotowanie do owych pielgrzymek, to nieuchronnie w sposób znacząco mniej intensywny niż jego poprzednicy zajmował się bieżącą administracją i kierowaniem kurią rzymską.

Koniec prymatu obaw i podejrzliwości 

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy zasadzie Heisenberga. Większość ludzi bowiem, tak w myśleniu o rzeczywistości fizycznej, jak i w podejściu do sfery ducha i działania wciąż jeszcze tkwi na etapie mechaniki z czasów Isaaca Newtona. To znaczy, sądzą oni, że wszystkie parametry, wraz z postępem nauki, można mierzyć z coraz większą precyzją, a ewentualne niedokładności są spowodowane jedynie błędem metody pomiaru. W świecie „duchowej fizyki” oznacza to, iż ludzie często nie dostrzegają, że w ludzkim działaniu nie da się uniknąć logiki „coś za coś”. Wierzą, że możliwe są działania idealne, że wszelkie cele da zrealizować, i to bezbłędnie, z wręcz wzorcową precyzją.

Dotyczy to oczywiście nie tylko wspomnianego dylematu koncentracji na realizacji programu bądź na reformie struktur. Acz jak sądzę, był to podstawowy dylemat Jana Pawła II na początku jego pontyfikatu: albo zajmę się przede wszystkim długofalową reformą watykańskich struktur oraz wymianą personalną (zwłaszcza deitalianizacją), albo podejmę inne najważniejsze kluczowe wyzwania. A były nimi: praca nad odbudowywaniem jedności Kościoła, który po Vaticanum II – jak opisywał Zbigniew Brzeziński – „był w stanie rozkładu, rozpływał się, zamieniał się w koalicję Kościołów lokalnych, coraz bardziej różniących się od siebie”, a także koncentracja – co było nowością w historii Kościoła – na obronie w skali całego świata praw człowieka, w której – jak pisał Samuel Huntington – „wizyty papieskie zaczęły odgrywać kluczową rolę”. 

Politolog z Harvardu pisał dalej: „Jan Paweł II zdawał się posiadać umiejętność pojawiania się w pełni majestatu papieskiego w krytycznych momentach procesów demokratyzacyjnych: w Polsce w czerwcu 1979, 1983 i 1987 roku; w Brazylii w czerwcu-lipcu 1980; na Filipinach w lutym 1981; w Argentynie w czerwcu 1982; Gwatemali, Nikaragui, Salwadorze i Haiti w marcu 1983; Korei w maju 1984; Chile w kwietniu 1987; Paragwaju w maju 1988 roku”.

Zgodnie z zasadą nieoznaczoności, jeżeli jednak koncentruję się na jednym celu, oddala się inny. Dotyczy to także tak ważnej, a zarazem subtelnej rzeczy jak – wykluczające się wzajemnie – sposoby podejścia do ludzi i stosunek do świata. Znakomicie ten dylemat ujął przed laty Tadeusz Mazowiecki w eseju „Rekolekcje z papieżem Janem”: „Nikt nie może lekceważyć ostrożności i lęków, jakie ogarniać mogą tych, którzy sprawują władzę lub ponoszą jakąś odpowiedzialność, świecką lub kościelną. Nieraz jednak wytwarza się ten szczególny rodzaj uwięzienia, który jest uwięzieniem przez brak ufności. I w świecie ducha, i w świecie świeckim daje ono prymat obawom i podejrzliwości, zwłaszcza wobec nowych poszukiwań, czyniąc zwykle ludzi myśli tej podejrzliwości ofiarą. Nade wszystko zaś utrudnia dostrzeżenie tego, co już narosło w samej rzeczywistości; uniemożliwia pójście naprzód za rozwojem życia, otwarcie lub odkrycie drogi tak samo wiernej własnym podstawowym wartościom, ale innej niż ta, która zawarta jest w dotychczasowym schemacie myślenia i działania”. 

Redaktor naczelny „Więzi” pisał wówczas o Kościele w czasach Jana XXIII, który powoli się dźwigał z ponaddwustuletniego okresu „prymatu obaw i podejrzliwości”. Albowiem od czasów radykalnie antyklerykalnego francuskiego oświecenia, a zwłaszcza od czasu rewolucji francuskiej, systemowo mordującej – od starców po dzieci – gorliwych katolików, Kościół odnosił się z wielką nieufnością do wszelkich zmian politycznych oraz kulturowych. Stąd brała się niechęć papieży do polskich powstań narodowych, to było powodem odrzucania propagowanej przez rewolucję idei praw człowieka, stąd brało się promowanie neotomizmu jako jedynego dopuszczalnego w Kościele systemu filozoficznego. Szczytem takiej postawy było powołanie przez Piusa X w początku XX wieku Sodalitium Pianum – tajnej kościelnej organizacji tropiącej „nieprawomyślne poglądy” wśród duchownych i świeckich (została ona, na szczęście, rozwiązana przez następcę Piusa X, Benedykta XV). 

W całym tym okresie w Kościele dominowała optyka „oblężonej twierdzy” i związana z tym wrogość wobec wszelkich duszpasterskich nowości oraz poszukiwań teologicznych i filozoficznych. To nie był dobry czas w historii Kościoła. Trzeba jednak zauważyć, że i tutaj obowiązuje logika „coś za coś”. W takiej bowiem atmosferze podejrzliwości oraz kontroli dyscyplina w Kościele była niepomiernie większa niż obecnie, a sprzeniewierzenie się kapłaństwu i prowadzenie podwójnego życia było prawie niemożliwe. 

Nieufność, podejrzliwość i dyscyplina ułatwiają wytropienie oraz wyplenienie zła, zanim jeszcze zdąży się ono rozrosnąć. Ale zarazem zamykają one Kościół, wraz z upływem czasu, w coraz bardziej anachronicznej skorupie myślenia oraz działania. I Kościół, w który reforma Soboru Trydenckiego zrazu, w XVI i XVII wieku, wlała ożywcze soki, uwiązł w kolejnych stuleciach w coraz ciaśniejszym gorsecie trydentyzmu. 

Ufność to obniżenie progu podejrzliwości 

Tak pisał o tym – prześladowany za „nowinkarstwo” w pierwszej połowie XX wieku – wybitny francuski teolog Yves Congar (nota bene mianowany kardynałem przez Jana Pawła II): „W trydentyzmie miało miejsce swego rodzaju usytuowanie. Chodzi mi tu o pewną osłonę, o pewne ramy, w które się wchodziło i w których się pozostawało. To z braku szkieletu niektóre zwierzęta wytworzyły wokół siebie skorupę. Myślę, że obecna skorupa – czyli system trydencki, trydentyzm – jest w znacznej mierze rozpuszczona, złuszcza się na swój sposób, i że w związku z tym coraz bardziej potrzeba jakiegoś wewnętrznego kośćca”.

Jan XXIII i Jan Paweł II byli ludźmi Vaticanum II, soboru, który budował w Kościele ów „wewnętrzny kościec”, ale któremu – także dzisiaj – integryści zarzucają destrukcyjny i naiwny optymizm i szkodliwe dla Kościoła otwarcie się na dialog ze światem. Oddajmy głos Janowi Pawłowi II: „Sobór Watykański II różni się od poprzednich soborów swoim stylem. Nie jest to styl defensywny. Ani razu nie padają w dokumentach soborowych słowa: anathema sit. Jest to styl ekumeniczny, wielkie otwarcie na dialog, który wedle słów Pawła VI ma być «dialogiem zbawienia». Dialog taki mają prowadzić chrześcijanie nie tylko pomiędzy sobą, ale także z innymi religiami niechrześcijańskimi, z całym światem kultury i cywilizacji, również z tymi, którzy nie wierzą. Prawda bowiem nie przyjmuje żadnych granic. Jest dla wszystkich i dla każdego. A gdy prawdę tę czyni się w miłości, wówczas jeszcze bardziej staje się ona uniwersalistyczna”. 

Taki styl działania w Kościele nieuchronnie jednak wiąże się jednak z fundamentalnym zaufaniem do ludzi, a zatem z obniżeniem progu podejrzliwości oraz kontroli. W większości wypadków powoduje to wyzwolenie dobrej energii wśród współpracowników, sprzyja ich samodzielności i budzi w nich odpowiedzialność za wspólne dzieło. 

Dodajmy, że nie mówimy przecież o bezkrytycznym zaufaniu, które jest zwykłą naiwnością. Wspólnie kanonizowani Jan XXIII i Jan Paweł II nie byli naiwniakami, świadomie dokonali pewnego fundamentalnego wyboru – nie zgodzili się na eklezjologię „oblężonej twierdzy”. Ale taki wybór posiada też swoją cenę: pokładanie zaufania nieubłaganie wiąże się z możliwością jego nadużycia. Podejrzliwości oraz nieufności takie niebezpieczeństwo nie zagraża.

Najtrudniejsza papieska homilia

Powróćmy jeszcze raz do zasady nieoznaczoności. Można bowiem być liderem silnym i dynamicznym i można też być pełnym mądrości życiowej, schorowanym sędziwym człowiekiem. Nie można jednak być jednocześnie nimi oboma.

Ludzie mający dziś po pięćdziesiątce dobrze pamiętają Jana Pawła II jako silnego, pełnego pogody ducha wysportowanego górala, który zdawał się mieć wręcz niespożytą energię. Taki był w latach 80. ub. wieku, nawet po zamachu pomimo wycięcia części jelit i bardzo niebezpiecznej infekcji wirusowej. Ale w późniejszych latach coraz częściej i z różnych powodów gościł w klinice Gemelli. Nie ukrywał swoich słabości. Pamiętam, jak uderzając się w piersi – było to zapewne w roku 2000 – powiedział do mnie: „Słaby już jestem… słaby, ale tu jest Piotr”. Był głęboko przekonany, że tak jak Piotr powinien swoją misję doprowadzić do końca.

Młodsza generacja ma prawo tego nie pamiętać, ale te ostatnie lata słabnącego papieża, który złamał i rękę, i biodro, któremu operacyjnie usunięto nowotwór i który – przede wszystkim – toczył długą i nierówną walkę z chorobą Parkinsona, były dla całego świata poruszającym świadectwem. Wiadomo było, że Jan Paweł II nie zarządza już codziennymi sprawami Kościoła, ale jego duchowe przywództwo w Kościele i świecie stawało się jeszcze bardziej wyraziste. 

Światu, w którym rośnie poparcie dla eutanazji, w którym coraz bardziej liczy się efektywność, rentowność i skuteczność działania, a bożkami stały się fitness i well being, Jan Paweł II dawał wówczas codzienną lekcję wartości ludzkiego życia na każdym jego etapie, a także piękna starości oraz mądrościowego, pełnego afirmacji podejścia do życia. Prof. Joseph Valenzano, który parę lat po śmierci papieża opublikował pracę o jego chorobie oraz umieraniu, pisał, że „w ostatnich dwóch miesiącach swojego życia papież Jan Paweł II wygłosił niezwykle długą i mocną w swej symbolice homilię do całego świata. W swoim przesłaniu podsumował swe stanowisko i na temat wolności, i cierpienia, i godności ludzkiego życia”. 

Owszem, nie był już wtedy pełnym energii przywódcą Kościoła, nie był w stanie na bieżąco nim administrować i podejmować decyzji. Cały świat to dostrzegał. Ale też dawał temu światu świadectwo, którego nie złożył nikt przed nim, świadectwo poruszające miliony serc zarówno ludzi wierzących, jak i niewierzących, lewicowych i prawicowych, starych i młodych, świadectwo dodające nam odwagi i budzące nadzieję. 

Wybitny włoski pisarz, a zarazem wielki autorytet całej zachodniej lewicy, Andrea Camilieri, zdeklarowany ateista i antyklerykał, tak pisał miesiąc przed śmiercią papieża: „Poprzedni papieże umierali w samotności. Jan Paweł II chce być do końca z nami, bo podobnie jak my czuje się uczestnikiem naszych radości, ale chce uczestniczyć również w naszych rozstaniach. Umiera dzień za dniem i pokazuje nam to z odwagą, która nie zna porównań. Proszę pamiętać, że mówię to jako człowiek niewierzący. Ale jako człowiek. Jeśli nawet był moim ideologicznym przeciwnikiem, to do dziś budzi mój najwyższy szacunek. Nigdy nie był dwuznaczny, zawsze mówił, co jest dobre, a co złe. Nie dementował swoich słów, nie pozostawiał wątpliwości i niedomówień. I jest taki do dzisiaj. Jego największą tragedią jest być może to, że przyszło mu żyć w epoce, kiedy jest gigantem wśród karłów…”.