Niosłem teraz pusty słój na brzuchu, ale wcale lżej mi nie było. Słój pocił się solidarnie od wewnątrz, żeby pokazać, że i jemu ciężko, że i on płacze po tych Okopowych wiśniach. Szedłem i szedłem, nawet nie zauważyłem, że zbielały mi skronie. I nawet morze przeszedłem po drodze do Algieru.

Kościół posłał nas, księży, do szkół i czekał aż po raz kolejny z Rzymu przyjedzie ON, przyjedzie i posprząta. Czas był wypełniony i terminy napięte, ale nie było wiele do roboty. Letnim więc zwyczajem, żeby nie marnować sprzyjającej pogody, udaliśmy się na pielgrzymkę – ksiądz kogucik z kurczętami.

Kurczęta były miejskie i wielkomiejskie. Przeniesione nagle z duszpasterskiego inkubatora w inny świat, dziwiły się, że są ludzie i miejsca, których wielka fala podnieść nie zdołała. A szliśmy przez polską wieś z Gdańska do Różanegostoku na Podlasiu. I całkiem przez przypadek wylądowaliśmy w bladych piaskach Okopów. Nastroszyłem wtedy piórka, żeby nie stracić resztek autorytetu, i tonem stałego bywalca tego odludzia oświadczyłem: „A teraz, ku wiecznej pamięci, pokażę wam, umiłowane w Chrystusie kurczęta, dom księdza Jerzego Popiełuszki”.

Ale mój wskazujący palec nie mógł się zdecydować, którą to fasadę domu należy dziobnąć i jak igła busoli, pod którą podłożono siekierę, celował we wszystkie możliwe kierunki. Wiedziałem tyle, co sfilcowane upałem kurczęta. Czyli nic. Może to w prawo od drogi? Może w lewo? I wtedy zobaczyłem ją. Szła boso polną drogą. Poczekałem, aż będzie nas mijać i zapytałem: „Przepraszam, jak trafić do domu państwa Popiełuszków?”. Pochyliła się i złożyła opałkę na ziemi. Potem wyprostowała się. „Ja jestem Popiełuszkowa” – powiedziała.

Nie oddała koszyka, nie chciała pomocy, przecież to my jej potrzebowaliśmy. Zaprowadziła nas najpierw do przydrożnej kapliczki i tam zarządziła modlitwę, potem następna stacja – dom Jerzego. I kolejna modlitwa w pokoju Jurka. Choć tak o nim nie mówiła – nie: „Jurek”, „Jerzy”, zawsze: „ksiądz Jerzy”. Jakby nie był już jej, jakby wypuściła go z rąk i została z niczym, bo on już cały i bezzwrotnie należał do Boga.

Dobrze zostałem wywianowany w Okopach. Mama księdza Jerzego przyniosła ze spiżarni kompot z wiśni w dwulitrowym słoju Wecka: „To dla księdza”. Brzmiało to jak przykazanie, a rozumiałem je dosłownie, więc niosłem ten słój na brzuchu jak relikwię, jak skarb największy i nie dałem go nikomu tknąć. Wraz z przebytymi kilometrami słój robił się coraz cięższy, czułem to, ale nie narzekałem i o pomoc nie prosiłem. Nie potrzebowałem jej, bo byłem młody, silny niczym Taras Bulba obalający jedną ręką husarza, jak Pippi Långstrump bez trudu unosząca nad głowę łaciatego konia Alfonso. Idę o zakład, że na pewno wygrałbym z chorowitym Jerzym na rękę.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, jesień 2020.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie wiez_jesien_2020-mockup-208x300.png

Kup tutaj