Gdy w zindywidualizowanym społeczeństwie Prawdę, Dobro i Piękno zaczynamy pisać małą literą, to zostają: interpretacja, dobrostan i narcyzm. Nie o Dobro już chodzi, tylko żeby było dobrze. Nie o Piękno, lecz o atrakcyjność. Nie są ważne racje, ale narracje – choćby całkiem zmyślone.

O platońskiej triadzie myślę i piszę wielkimi literami: Prawda, Dobro i Piękno – ze względu nie tylko na ich powagę, ale także na ich ontologicznie samoistny charakter. Mają one przecież szczególny status, niemal jak układ współrzędnych XYZ, za pomocą których określa się położenie w przestrzeni. Wskazują pozycję przedmiotów, ale same nimi nie są. Wykraczają poza to, czego dotyczą – dlatego są transcendentne. Mają wyznaczać człowiekowi cele większe niż on sam.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że naturalne dążenie do prawdy, dobra i piękna definiuje człowieka prawie tak samo jak wyprostowana postawa i przeciwstawny kciuk. Tyle że te poszukiwania wymagają wysiłku, intencjonalnego działania, dania czegoś od siebie i uznania, że istotnie są sprawy większe niż my sami. A z tym bywa kłopot. Bo to rodzaj wspinaczki. Takiej specyficznej, w której chodzi nie tyle o wyścig z innymi, ile raczej o zmaganie się z samym sobą i poznawanie siebie.

Fakt, że istnieje mnóstwo JA, nie przekłada się na liczbę mnogą – nie ma MY. Bo JA+JA bynajmniej nie zawsze daje MY

O takim wspinaniu się pięknie pisał Giovanni Pico della Mirandola – filozof, historyk, matematyk i właściwie człowiek wszystkich talentów. W drugiej połowie XV w. we Florencji przeczytał chyba wszystko, co było wtedy do przeczytania. Studiował kabałę i astrologię, starał się doprowadzić do czegoś w rodzaju syntezy myśli chrześcijańskiej, hellenistycznej i żydowskiej. Zmarł (otruty) w wieku 31 lat, ale zdążył napisać poruszającą „Mowę o godności człowieka”. To on jest autorem sławnej sentencji, że każdy jest kowalem swojego losu. W swoich śmiałych tezach o rozwoju człowieka posunął się nawet za daleko, twierdząc, że wspinając się coraz wyżej, można dotrzeć aż do pozycji anielskiej. To doprowadziło go do podejrzenia o herezję. Bardzo chciał, żeby ponura historia upadłych czy strąconych aniołów nie była podróżą w jedną stronę.

Ale ja dziś chciałbym raczej spojrzeć w dół niż do góry tej wspinaczki. Bo coraz częściej dostrzegam, że żyjemy w zbiorowisku (bo nie społeczności) odmienianego przez wiele przypadków JA. A fakt, że istnieje mnóstwo JA, nie przekłada się na liczbę mnogą – nie ma MY. Bo JA+JA bynajmniej nie zawsze daje MY. Widać zresztą nie tylko uwiąd zobowiązań wobec wspólnoty ziemskiej, ale także zaniechanie głębszych odniesień do tego, co wieczne, a nawet do tego, co historyczne (np. odpowiedzialności przed przeszłymi i przyszłymi pokoleniami). Żyjemy w szczególnym solipsystycznym świecie zaludnionym przez jednostki, które choć mnogie, istnieją tylko w swych liczbach pojedynczych i znają tylko czas teraźniejszy (wszak dosłownie istnieje tylko TERAZ…).

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2020

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie wiez_jesien_2020-mockup-208x300.png

Kup tutaj