Uczestniczyć w czymś to znaczy być czegoś częścią, zatem fundamentalne dla fenomenologii ekranu pytanie brzmi: czy dzięki ekranowi, dzięki temu, co jest na nim wyświetlane, można stać się częścią wydarzenia, którego wizję ekran nam udostępnia?

Powszechny lockdown w okresie pandemii koronawirusa narzucił zmianę codziennych przyzwyczajeń oraz zweryfikował sposób zaspokajania wielu potrzeb, szczególnie tych, które wiązały się z koniecznością opuszczenia domu. Temu nowemu, wymuszonemu reżimowi życia najtrudniej poddawały się te potrzeby, które sytuują się na dole piramidy Maslowa: potrzeby fizjologiczne i potrzeby bezpieczeństwa. To przecież oczywiste: im coś bardziej konieczne do życia, tym trudniej się bez tego obejść. Nie ma także nic dziwnego w tym, że to właśnie te potrzeby najszybciej „uwolniono”. Przecież w końcu trzeba było pójść do sklepu, do pracy, do lekarza. Ofiarą hashtagu #zostańwdomu stały się tzw. potrzeby wyższego rzędu, a zwłaszcza potrzeby społeczne i potrzeby samorealizacji. Ofiarą epidemii stała się kultura.

Między twarzami

O ile potrzeby społeczne dało się choć częściowo zaspokajać za pomocą nowoczesnych technologii, o tyle szeroko rozumiane potrzeby religijne, duchowe i kulturowe znalazły się w najgorszej sytuacji. Znamienne jest to, że dopiero w czwartym, ostatnim etapie odmrażania gospodarki, to jest od 6 czerwca, mogły wznowić działalność – jak czytamy na rządowym portalu – „kina, teatry, opery, balet”. Z racji kończącego się sezonu artystycznego to wznowienie było raczej symboliczne. Sytuacja Kościołów była nieco lepsza. Już wcześniej zaczęto zezwalać na stopniowe zwiększanie liczby wiernych w świątyni.

A co się działo w czasie, gdy te wszystkie przybytki Ducha i ducha były zamknięte? Życie religijno-kulturalne przeniosło się do mediów, a jego uczestnik – zamiast w kościelnej ławie, teatralnym fotelu czy na krześle w sali koncertowej – zasiadł przed ekranem telewizora, komputera, tabletu, smartfona. Najpierw sięgnięto do obszernych archiwalnych zasobów instytucji kultury. Można było odrobić zaległości, zobaczyć to, co dotychczas niezobaczone, wysłuchać kiedyś pominięte. Były momenty prawdziwego embarras de choix, kiedy nie było wiadomo, czy wybierać program przygotowany przez Royal Opera House, nowojorską Metropolitan Operę czy Staatsoper w Berlinie. Podobnie było z ofertą teatrów, które dotychczas dość restrykcyjnie strzegły nagrań swoich spektakli w obawie, że będzie to działanie na szkodę frekwencji. Teraz robiły wszystko, by o nich nie zapomnieć. Ale ile można żyć przeszłością?

Ofiarą hashtagu #zostańwdomu stały się tzw. potrzeby wyższego rzędu, a zwłaszcza potrzeby społeczne i potrzeby samorealizacji. Ofiarą epidemii stała się kultura

Z czasem zaczęły pojawiać się nowe formy kultury „na żywo”, trochę analogiczne do transmisji liturgicznych, które przecież nie były czymś nowym. Owszem, zmieniła się skala zjawiska, nastąpiło upowszechnienie i swoiste „udomowienie” nadawania Mszy Świętych. Bez mała każda parafia chciała mieć swoją transmisję, pojawiały się także Msze czy inne formy liturgiczno-modlitewne nadawane z mieszkań księży. Na platformach umożliwiających spotkania na żywo można było inicjować adorację, wspólne odmawianie różańca czy brewiarza.

Kultura poszła w podobnym kierunku. Zaczęły się pojawiać „domówki”, podczas których muzycy nadawali ze swoich mieszkań. Tworzono wirtualne orkiestry, które „zgrywały się” na żywo, w teatrach i w salach koncertowych – mimo braku widowni – zaczęto grać czy koncertować. Najtrudniej było o efekt life, czyli – jeśli tak można powiedzieć – żywości. Owszem, można było się włączać na czacie, wysyłać komentarze, dodawać posty na portalu społecznościowym, ale ostatecznie i tak przekaz był jednokierunkowy. Muzycy, aktorzy, śpiewacy mieli przed sobą niemą przestrzeń oraz nadzieję, że ktoś to ogląda przed ekranem.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2020

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie wiez_jesien_2020-mockup-208x300.png

Kup tutaj