Czy chrześcijaństwo naprawdę ma być zdziecinniałą „religią negacji”, wiecznego „anty”, walczącego „przeciw”?

Oglądając nagranie OKO.press z sobotniego ślubowania „Żołnierzy Chrystusa”, trudno się nie uśmiechnąć smutno pod nosem – dorośli (i rośli!) mężczyźni (oraz kilka kobiet) czerpią wyraźną przyjemność z używania wojskowych symboli i przedmiotów: komend (niezbyt przećwiczonych) i szabli husarskiej (marzenie niemal każdego chłopca). Wojsko zrobiło nawet Żołnierzom „prezent” i podstawiło najprawdziwszy czołg! Wszystko to cieszyłoby mnie, gdybym trzy dni temu, w setną – co wielokrotnie podkreślano – rocznicę Bitwy Warszawskiej, znalazł się w Radzyminie. Pod jednym warunkiem: musiałbym mieć znowu dziewięć lat…

Mojej ironii towarzyszy jednak, jak wspomniałem, pewien smutek. Wiem bowiem dobrze, że owi Żołnierze Chrystusa nie są niszą do obśmiania ani „atrakcją turystyczną”. Doskonale wpisują się w pewien określony model pobożności (głównie męskiej, o czym później), który w polsko-kościelnych warunkach rośnie w siłę (obok Żołnierzy, pasowanych w obecności biskupa, mamy na przykład Wojowników Maryi i Rycerzy Jana Pawła II). Wiem też, że wielu duszpasterzy cieszy się z kościelnego zaangażowania tych młodych mężczyzn, a niejeden katolik odpowie, że czepiam się tych, którzy „dają świadectwo”.

A jednak nie mogę się pozbyć wrażenia, że proponowana przez nich „katolicka odpowiedź” na „wyzwania współczesności” jest nietrafiona, i to na wielu poziomach.

Walka duchowa – mieczem?

Na stronie wspólnoty czytamy, że „pomysł i natchnienie założenia Żołnierzy Chrystusa jest odpowiedzią na sytuację, jaka dzieje się w Ojczyźnie (szybko postępująca laicyzacja) oraz w Europie. Silna Katolicka Polska musi się odrodzić i dać przykład Europie, która odeszła od swoich chrześcijańskich korzeni, i została zalana falą ideologii i islamu”.

Z kolei z wpisów na Facebooku Żołnierzy dowiadujemy się, że „dziś, gdy nadciąga nowy totalitaryzm zamaskowany w tęczowe barwy, potrzebna jest taka wiara, jaką mieli Polacy w 1920 roku. Polska znów jest na pierwszej linii walki o przyszłość Europy i świata. Tu rozgrywa się największa duchowa batalia między cywilizacją miłości a antycywilizacją śmierci – o człowieka, małżeństwo, rodzinę, Kościół. Jesteśmy ostatnim szańcem. Nadzieją dla nielicznych sprawiedliwych trwających wiernie przy Chrystusie i nienaruszalnym depozycie wiary”. Dlatego „czas skończyć z grzesznymi kompromisami i podjąć heroiczną walkę o odparcie kolejnej rewolucji przeciwko Kościołowi i człowiekowi”.

Czarno-białe widzenie wielobarwnej rzeczywistości powoduje, że katolicy postrzegani są jako „fanatyczne bojówki”

Prosty, może i efektowny przekaz. Jasno sprecyzowany wróg i nasze – w domyśle: polskich katolików – położenie. Jesteśmy „ostatnim szańcem”, właściwie „Chrystusem narodów”. Trzeba walczyć, inaczej „zapadnie ciemność”.

Tylko że w tych mesjanistyczno-kasandrycznych wizjach gubi się gdzieś niezwykle ważne z punktu widzenia Ewangelii uzupełnienie: chrześcijanie toczą walkę, owszem, ale duchową, i to przede wszystkim ze swoimi słabościami. Nigdy dość przypominania świetnie to oddających wersów Jerzego Lieberta: „Uczyniwszy na wieki wybór, / W każdej chwili wybierać muszę”.

Czy Żołnierze Chrystusa czasem o tym nie zapominają? Niezbyt fortunnie wypada ich uparte zestawianie „walki duchowej” ze zwycięstwami militarnymi pod Wiedniem, Lepanto (w jednej z najbardziej krwawych bitew morskich w dziejach) czy z Bitwą Warszawską. Czy chcą zrobić z tymi, którzy ich zdaniem zagrażają Polsce, to samo, co zrobiła armia Piłsudskiego z bolszewikami w 1920 roku? Czy będą pokojowo „omadlać” przestrzeń przy świątyniach (jak niedawno w Warszawie)? A kto zagwarantuje, że w pewnym momencie, prowokowani przez innych, nie zamienią różańca na kastet (są przecież tylko ludźmi)? Tego typu pytania, choć przejaskrawione, pozostają logicznym dalszym ciągiem militarnych westchnień Żołnierzy Chrystusa (i pewnie nie tylko ich).

Próbuję sobie zresztą z kart Ewangelii przypomnieć Jezusa, który pochwalałby fizyczną walkę, wzywał do „wojny kulturowej” lub choćby miał u boku swoich rycerzy. Z tego, co pamiętam, raczej pozwalał on rosnąć pszenicy i chwastom obok siebie, nie złamał trzciny nadłamanej, nie zagasił knotka o nikłym płomyku. Mówił coś o oddawaniu szaty temu, kto prosi o płaszcz, o nadstawianiu drugiego policzka; o tym wreszcie, że gdyby poprosił, Ojciec wystawiłby mu więcej niż dwanaście zastępów aniołów (ale nie poprosił). Dodatkowo, gdy mogło dojść do konfrontacji uczniów ze strażą, polecił swoim, by schowali miecze, bo „kto od miecza wojuje, ten od miecza ginie”.

Ale być może ja czytałem inną Ewangelię. Czasem myślę, że znaczna część współczesnych chrześcijan nie pozwoliłaby swojemu Mistrzowi umrzeć na krzyżu, zaś jego słowa o miłości do nieprzyjaciół traktuje nie jako wyzwanie, a raczej bajanie pięknoducha…

Religia negacji?

Czytałem niedawno „Grę szklanych paciorków” Hermanna Hessego. Główny bohater tej jednej z najważniejszych niemieckich powieści ubiegłego wieku, Józef Knecht, mistrz tytułowej gry, przechodzi przemianę duchową w momencie, gdy zdaje sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, Kastalia, czyli utopijna prowincja, w której żyje, jest bytem historycznym, a więc przemijającym. Po drugie, pycha i arogancki stosunek jej obywateli do ludzi z zewnątrz, jak również ich błędne poczucie samowystarczalności, sprowadzą kiedyś – jak przewiduje mistrz – na jego krainę tragedię.

Przywołuję tę książkę nie bez powodu. Wydaje mi się bowiem, że stosunek wierzących do otaczającej ich rzeczywistości jest sprawą kluczową, gdy mówimy o obecnym kryzysie Kościoła. Pobożność – nazwijmy to – militarna wzbudza moją nieufność także dlatego, że konstytuuje się na wiecznej kontrze: do „współczesności”, do „ideologii” (złośliwi powiedzieliby na to, że katolicyzm to też ideologia), do „LGBT”, do „Kościoła otwartego” (a jakże, zarzucając mu „fałszywe miłosierdzie”; zapominając, że kierowali się nim w ostatnich latach głównie biskupi wobec sprawców przestępstw seksualnych). Czy chrześcijaństwo naprawdę ma być zdziecinniałą „religią negacji”, wiecznego „anty”, walczącego „przeciw”, a nie „o”, gubiącego tym samym po drodze z pola widzenia konkretnego człowieka?

Pobożni Żołnierze zdają się o tym nie pamiętać, ale ich rozumienie świata jako siedliska wszelkiego zła nie jest w Biblii jedynym. Inne ujęcie, nawet bardziej pierwotne, widzi rzeczywistość nie jako „miejsce wygnania i grzechu”; przypomina raczej, że wszystko, co Bóg stworzył, było „bardzo dobre” i może być miejscem objawienia się sacrum. Także, a może przede wszystkim, zwyczajne „życie świeckie”. Poza tym nie wiem, jak to jest w przypadku Żołnierzy, ale moja rodzina nie uznała „zła za coś oczywistego” (z tekstu ślubowania), zaś moi przyjaciele i znajomi nie mają automatycznie „błędnych przekonań”.

Czasem myślę, że znaczna część współczesnych chrześcijan nie pozwoliłaby swojemu Mistrzowi umrzeć na krzyżu, zaś jego słowa o miłości do nieprzyjaciół traktuje nie jako wyzwanie, a raczej bajanie pięknoducha

Spójrzmy szerzej: czy cały pozakościelny świat to zło, z którym koniecznie zawsze i wszędzie trzeba po manichejsku walczyć? Czy zwykłe ludzkie dobro, które dokonuje się bez religijnej afiliacji, jest nieważne? Czy – odwołując się do Wisławy Szymborskiej – ten „straszny świat” pozbawiony został „poranków, dla których warto się budzić”? Wszystko, co dobre, zawdzięczamy wyłącznie Kościołowi i on już niczego nie musi się uczyć od innych, a raczej powinien ich pozyskiwać, choćby siłą? Czy nie jest raczej tak, że – jak podkreślił ostatni Sobór – „Kościół wiele skorzystał i może skorzystać nawet z opozycji tych, którzy mu się sprzeciwiają lub go prześladują”? Albo, co jeszcze dobitniej podkreślił Jan Paweł II w liście apostolskim „Novo millennio ineunte”, „Kościół uznaje, że nie tylko sam daje, ale także wiele otrzymał od historii i ewolucji rodzaju ludzkiego”?

Można oczywiście próbować ciągle zagarniać katolicyzmowi przestrzeń, śnić o „cywilizacji chrześcijańskiej”, o „wielkiej Polsce katolickiej”, o „katolickim imaginarium”. Można też jednak uznać, że żyjemy w czasie, a więc nieuchronnie przemijamy i „nasza ojczyzna jest w niebie”. Zadaniem ucznia Jezusa nie jest zatem budowa „cywilizacji” (nawet najpiękniejszej), ale codzienne życie, które wciąż konfrontuje się z wyzwaniami Ewangelii. Osobiście bardzo lubię wracać do pierwszego zdania konstytucji apostolskiej „Gaudium et spes”: „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych; i nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w ich sercu”.

Żyliśmy w Polsce katolickiej?

Czy zresztą konfrontacyjna postawa wielu wierzących wobec świata nie wynika po prostu z ich bezradności wobec dynamicznego, pluralistycznego otoczenia, które wciąż się zmienia i tego samego wymaga od innych, nie dając odpowiedzi na większość pytań? Reakcją na to pozostaje nierzadko agresja, która – pisał o tym ks. Józef Tischner już w latach dziewięćdziesiątych w odniesieniu do „kościelnego myślenia” – „wyrzuca za drzwi pytanie, potem pytającego, a w końcu całą współczesność z jej przeklętą wolnością”.

Tyle że czarno-białe widzenie wielobarwnej rzeczywistości powoduje, iż – na widzialnym poziomie – katolicy postrzegani są jako „fanatyczne bojówki” (ŻCh nawet tego nie wyczuwają, z aprobatą udostępniając na swoim profilu nagranie OKO.press). Na głębszym zaś poziomie, jak pisał o tym ks. Tomáš Halík – stają się solą, która utraciła swój smak.

Inną, równie nietrafioną, reakcją na płynną post-nowoczesność jest niezbyt subtelny zwrot ku przeszłości, w której – wszyscy to wiemy, powtarzamy tak od pokoleń – „było lepiej”. Tyle tylko, że to zwykła iluzja, idealizacja. Prowokacyjnie można by na westchnienia o „katolickiej Polsce” odpowiedzieć, że trudno wrócić do czegoś, czego nigdy nie było. Były oczywiście mniej lub bardziej realizowane w praktyce „katolickie zasady” i „katolickie wartości”, ale czy było chrześcijaństwo? Czy racji w pewnym sensie nie miał kardynał z „Ojca chrzestnego III” Coppoli, który przekonywał, że chrześcijaństwo w świecie (zatem i w Polsce) przyjęło się powierzchownie i gdyby metaforycznie rozbić jego orzech – okaże się, że w środku nie ma zbyt wiele nauki Jezusa?

Fundamentalnie katolicka Polska – jak pisała kilka lat temu s. Małgorzata Chmielewska – to kraj, w którym „każdy człowiek będzie traktowany z szacunkiem”, w którym „wspólne dobro jest dzielone uczciwie”, „dzieci, starzy, chorzy i niepełnosprawni mają pierwszeństwo”, „obcy nie jest obcy, a wszyscy się do siebie uśmiechają”. Naprawdę była kiedyś taka Polska? I sprowadzimy ją znowu, za wszelką cenę, nawet za pomocą przemocy?

Plac zabaw, a nie koszary

Z tęsknotą i bezradnością wiąże się jeszcze ostatni, nie mniej ważny od innych, a ściśle łączący się z nimi, obszar, dotyczący męskości. Nieprzypadkowo mamy w polskim Kościele wysyp wspólnot zrzeszających mężczyzn. Wszystkie one – jak wspomniałem – lubują się w „pasowaniach”, „ślubowaniach”, „marszach”, chorągwiach, herbach, mieczach, „oblężeniach” czy „obstawie” – jak niedawno przed kościołem św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Na jakie potrzeby odpowiada to śmieszno-straszne wskrzeszanie rycerskich zwyczajów?

Jak diagnozował ks. Andrzej Draguła, mamy obecnie w Kościele problem z wizerunkiem męskości, która ulega militaryzacji. „Męska tęsknota za wojną, bitwą i ranami wynika z nieumiejętności wypracowania modelu bycia mężczyzną w czasach pokoju. (…) Mężczyzna, któremu wmówiono, że ma być przede wszystkim wojownikiem, nie bardzo wie, co ze sobą zrobić, gdy nie trzeba się szykować do wojny” – pisał teolog, przeciwstawiając wzorcowi militarnemu czułość i opiekuńczość św. Józefa, którego naśladowców trzeba by dziś szukać na placach zabaw, a nie w koszarach.

Wracamy zatem do początku. Zamiast wzbudzać wojny (realne czy, częściej, wyimaginowane), wymachiwać szabelką i szykować się do bitew ze „złym światem”, lepiej chyba być uważnym na rzeczywistość i mierzyć się z własnymi „demonami”, najlepiej w zewnętrznej ciszy. Bez tego na nic przydamy się „cywilizacji”.

A militarne tęsknoty? Bywają piękne, ale w pewnym momencie mogą okazać się ucieczką. Od trudów życia, od ludzi. I co najistotniejsze: od samego siebie.