Zawieszenia wewnętrznych walk partyjnych, choć krótkotrwałego, współcześnie nie sposób sobie nawet wyobrazić.

Sto lat temu zdarzył się wielki militarny sukces. Była to także zbiorowa odpowiedź na pytanie o Polskę. Półtoraroczna Rzeczpospolita nie zdążyła dojrzeć, a już na szalę postawiony został cały byt narodu. Zwycięstwo określiło charakter tożsamości: Polacy masowo opowiedzieli się za niepodległością, a przeciw totalnej ideologii; powstrzymali napór bolszewizmu.

Wyprawa na Kijów wiosną 1920, będąca finalnie militarną katastrofą, rozgrywała się w planie międzynarodowym. Koncept wziął się z fałszywego przekonania, że odrodzona Niepodległa może w Europie Wschodniej pełnić rolę dawnej Rzeczpospolitej, dominującej w regionie. Wejście do Kijowa było ostatnim w historii triumfem Polski mocarstwowej; gwałtowność odwrotu – dowodem, jak bardzo pozorna to jej postać. Bitwa warszawska, choć wynikła wprost z kampanii kijowskiej, stała się jej formacyjnym przeciwieństwem. Perspektywa zaprowadzania ładu w „bliskiej” obczyźnie zastąpiona w niej została całopalną mobilizacją Ojczyzny.

Uprawiana dziś coraz krzykliwiej propaganda „mocarstwowa” jest symptomem narastającej słabości

Siłą identyfikacji obywatelskiej odparto najazd obcej ideologii. Front, wzmocniony cywilami, okazał się skuteczny, nie trzeba było wypatrywać ingerencji Opatrzności. Kluczowe stało się odczytanie zaszyfrowanego rozkazu ataku na Warszawę, a potem skutecznie rozegrana kontrofensywa. Nastąpiło wtedy jednak coś nadzwyczajnego. Ani wielkie zasługi kryptologów, ani samego Józefa Piłsudskiego i jego generałów nie wystarczyłyby, by uderzenie odeprzeć. Bolszewicy trafili na wał obronny narodu, którego przejść nie zdołali. 

Polskie społeczeństwo – rozdzierane wcześniej interesami partyjnymi, rozwibrowane sprzecznymi demagogiami, nieuwolnione od głębokich niesprawiedliwości – stanęło razem w imię jednej racji. Siłami wszystkich warstw ocalony został byt niepodległy. Nie był to czas postaw demokratycznych czy honorowania praw człowieka – wojna niosła skrajną brutalność, a stawiać na szalę trzeba było samych siebie. Motywacja jednak nie wynikała z nienawiści, raczej – z głębokiego zawierzenia krajowi; z przekonania, co zadecyduje o sensie istnienia. Obywatele dali dowód, że ochrona państwa jest dla nich najwyższym dobrem. 

Tamtą Rzeczpospolitą, mentalnie zespoloną latem 1920, można uznać za przeciwieństwo kraju dzisiaj spolaryzowanego. Zawieszenia wewnętrznych walk partyjnych, choć krótkotrwałego, współcześnie nie sposób sobie nawet wyobrazić. Uprawiana dziś coraz krzykliwiej propaganda „mocarstwowa” jest symptomem narastającej słabości; podobnie jak zadufanie sprzed odwrotu spod Kijowa. Prawdziwa polska siła objawiła się tamtego lata – moc obywatelska byłaby też lepszym gwarantem na przyszłość.

Tytuł od redakcji