W słowach prezydenta Andrzeja Dudy chodzi nie tyle o realną prośbę o wybaczenie, ile o zabieg retoryczny, który ma wyglądać jak przeprosiny, wcale nimi nie będąc.

Wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy z ostatnich dni przypomniały mi, że wypracowałem sobie jakiś czas temu klasyfikację różnych modeli przeprosin. Bo przepraszać można na wiele sposobów. Jedno „przepraszam” nie jest równe innemu. Może wręcz być tak, że ktoś przeprasza werbalnie, ale nie przeprasza realnie.

1. Przepraszam. To takie zwyczajne, „normalne” przepraszam. Bez żadnych gwiazdek czy dodatków. Po prostu: zrobiłem źle, tak nie powinno się zdarzyć, to było niedopuszczalne, moja wina. Kropka.

Wtedy jasne jest, że osoba przepraszająca samodzielnie uznała, iż jest za co przepraszać. I przeprosiła. I najczęściej doskonale wiadomo, za co przeprosiła.

2. Przepraszam, ale… To takie przepraszam z mrugnięciem okiem. Owszem, tak się nie powinno wydarzyć, ale poniosło mnie, byłem zmęczony i zdenerwowany. Rozumiecie przecież, że każdemu może się zdarzyć coś takiego…

W takiej sytuacji osoba przepraszająca uznaje zło swego czynu, ale je bagatelizuje. A najwygodniejsza metoda bagatelizowania to, rzecz jasna, odwołanie się do znanego skądinąd faktu, że jest się jednym spośród wielu podobnie czyniących. Własne zło wygląda o wiele przyjemniej na tle innych. Staje się takie mniej złe.

3. Przepraszam niektórych… Przepraszam tych, którzy poczuli się dotknięci moimi słowami/czynami (w polityce: moich oponentów). Brzmi to pozornie nieźle. Ale to oznacza, że pozostałych (moich sojuszników) już nie przepraszam – bo oni nie poczuli się dotknięci tym, co zrobiłem.

To już są przeprosiny relatywistyczne. W tym ujęciu zło czynu przestaje być obiektywne. Nie tkwi w tym, co zostało powiedziane/zrobione, lecz w tym, że niektórzy subiektywnie poczuli się urażeni. Nie ma tu uznania złego czynu jako takiego i przeprosin dla wszystkich, że musieli być jego świadkami, lecz przepraszanie tylko niektórych. Ale przynajmniej są przeprosiny i przyznanie, że ktoś miał prawo poczuć się dotkniętym.

4. Przepraszam, jeśli… To wersja jeszcze dalej idąca w relatywizowaniu zła. To przeprosiny wygłoszone, bo tak wypada. Przepraszam, jeżeli ktoś się poczuł urażony tym, co powiedziałem lub jak się zachowałem. Jeżeli… Ale gdyby na przykład nikt nie zaprotestował, nie poczuł się urażony – można by w najlepsze udawać, że wszystko jest w porządku.

W istocie takie podejście oznacza, że ktoś wypowiada słowo „przepraszam”, lecz właściwie wcale nie przeprasza. Słowa, które mówi, znaczą przecież w istocie: przykro mi, że wam jest przykro. Właściwie gdyby nie wasza emocjonalna reakcja na moje słowa/czyny, to nie byłoby o czym mówić. Ale żeby wam było nieco przyjemniej, mówię: przepraszam. A raczej: mówię tak, żebyście o mnie pomyśleli, że jestem zdolny do krytycznej autorefleksji.

Rzecz jasna, możliwy jest jeszcze jeden wariant:

5. Nie przepraszam, bo nie mam za co przepraszać. Tu wszystko jest równie jasne, jak w punkcie pierwszym. Nie uczyniłem nic złego, nie mam za co przepraszać, niczego nie żałuję. Kropka.

Przepraszam, ale nie żałuję

Gdzie w tym ujęciu mieszczą się słowa Andrzeja Dudy? Przypomnijmy je sobie.

„To była bardzo ostra kampania, pewnie momentami za ostra. Jeżeli ktoś się poczuł urażony tym, co powiedziałem lub jak się zachowałem w czasie kampanii wyborczej czy w ciągu ostatnich pięciu lat, proszę, żeby mi wybaczył i dał szansę na poprawę przez następne pięć lat” – powiedział prezydent Andrzej Duda w Odrzywole wczoraj, czyli w dniu, w którym był już pewien reelekcji.

Słowa te nie były wypowiedziane spontanicznie, lecz dobrane bardzo precyzyjnie. Padły przecież już poprzedniego dnia, z minimalnymi zmianami, na wieczorze wyborczym Andrzeja Dudy w Pułtusku. Tam prezydent, jeszcze niepewny zwycięstwa, mówił: „Jeżeli ktokolwiek poczuł się urażony moim działaniem czy słowem, proszę, żeby przyjął moje przeprosiny. Chcę zapewnić, że darzę go szacunkiem, tak jak darzę szacunkiem wszystkich moich rodaków, niezależnie od ich poglądów”.

Prezydent nie precyzował, za co przeprasza. Zapewnił też o swym szacunku dla każdej osoby. I jeszcze apelował, „żebyśmy umieli nawzajem wyciągnąć do siebie rękę. O to, żebyśmy umieli ze sobą rozmawiać. O to, żebyśmy nawzajem nie obrażali siebie i innych. O to, żebyśmy patrzyli na drugiego człowieka, na drugiego Polaka z szacunkiem i zrozumieniem, że może mieć inne zdanie niż my”.

Przeprosiny i prośba o wybaczenie nie mogą stawać się tylko wydmuszką, pustym rytuałem w rękach polityków

Świadomie wybrana werbalna konstrukcja prezydenckich „przeprosin” wyraźnie wskazuje, że z powyższego katalogu wybrał on wariant czwarty. Chodzi tu nie tyle o realną prośbę o wybaczenie, ile o zabieg retoryczny, który ma wyglądać jak przeprosiny, wcale nimi nie będąc. Wizerunkowo dobrze jest przecież wyciągnąć rękę, wypowiedzieć słowo „przepraszam” i zaapelować o wzajemny szacunek.

Umocniłem się w tym przekonaniu, słysząc inną wypowiedź Andrzeja Dudy, podczas niedzielnej nocnej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim: „Nie żałuję żadnych słów wypowiedzianych w czasie kampanii, ponieważ w czasie kampanii mówiłem to, co uważam”. Z jednej strony mamy zatem: „przepraszam” i „proszę o wybaczenie”, ale z drugiej: „niczego nie żałuję”. Czyli połączenie wariantu czwartego z piątym. Jeśli jednak ktoś niczego nie żałuje, to sam unieważnia te – i tak bardzo szczątkowe – przeprosiny, które wcześniej wypowiedział.

Nie tego oczekiwałbym od prezydenta mojego państwa. W takim ujęciu przeprosiny i prośba o wybaczenie stają się tylko wydmuszką, pustym rytuałem w rękach polityków.

Moja wina…

Ważne wyjaśnienie na koniec. Jest dla mnie oczywiste, że po tych wyborach różne polskie stronnictwa i grupy nacisku mają za co przepraszać. Ale ten komentarz nie jest podsumowaniem kampanii wyborczej. Nie piszę akurat o tym, kto, kogo i za co ma przepraszać. To komentarz dotyczący wyłącznie wybranej ponownie głowy państwa – jako człowieka, od którego mam prawo, a właściwie obowiązek, wymagać więcej.

Mówię o obowiązku wymagania więcej przede wszystkim dlatego, że akurat Andrzej Duda lubi podkreślać swoją katolickość. Jako jego współwyznawca – choć nie podzielam jego przekonań politycznych – wiem, jak ważne są szczerze wypowiedziane słowa: „bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Bez żadnego „jeśli ktoś poczuł się urażony”.