Wybory i dylematy, przed jakimi stoją mieszkańcy miast i mieszkańcy wsi, są bardzo podobne, tak samo jak ich życiowe problemy.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2015.

Przy różnego rodzaju, mniej lub bardziej pogłębionych, diagnozach opisujących obecnie „Polskę podzieloną” jedną z najczęściej przywoływanych linii różnicujących społeczeństwo jest podział na mieszkańców metropolii i peryferii. Przy interpretacji wyników wyborczych, które okazały się zaskakujące dla wielu publicystów, mówi się nawet niekiedy o „zemście Polski B” na „Polsce A”.

W nowoczesnej socjologii stosowanie takiego binarnego podziału, np. na ludzi ze wsi i ludzi z miasta, dzielenie w ten sposób społeczeństwa stało się (nieco zawstydzającym) uproszczeniem. Technicznie ten podział ułatwia nam opis rzeczywistości, choć wewnątrz te światy (świat miejski i świat prowincji) mają w sobie coraz więcej analogii. Wybory i dylematy, przed jakimi stoją mieszkańcy tych światów, są bardzo podobne, tak samo jak ich życiowe problemy (np. zmiana wzorców życia rodzinnego, zerwanie relacji międzypokoleniowych). Wciąż jednak na poziomie wyników badań statystycznych – mierzących jakość życia, stopień bezwzględnego i relatywnego ubóstwa, dostępu do usług publicznych etc. – miejsce zamieszkania jest jedną z najbardziej wyrazistych kategorii różnicujących.

Jakakolwiek analiza ilościowych danych nie pozostawia złudzeń – pod wieloma względami zarówno poziom życia, jak i szanse życiowe ludzi mieszkających na prowincji są słabsze, a zmieniająca się rzeczywistość raczej utrwala te różnice, niż je niweluje. Ponadto infrastruktura usług publicznych, zdrowotnych, edukacyjnych, sportowych na terenach wiejskich jest wciąż gorsza niż w mieście (mimo faktu, że wieś intensywnie dogania miasto w tym zakresie, to miasto jednak wciąż ucieka). Średnia liczba instytucji edukacyjnych (biblioteki, domy kultury, kluby młodzieżowe) w bliskim otoczeniu młodego człowieka na wsi w Polsce to około trzy, w mieście zaś dwa razy tyle.

W nowoczesnej socjologii stosowanie binarnego podziału, np. na ludzi ze wsi i ludzi z miasta, dzielenie w ten sposób społeczeństwa stało się (nieco zawstydzającym) uproszczeniem

Według Instytutu Badań Edukacyjnych w wiejskich szkołach oraz poza nimi jest mniej zajęć pozalekcyjnych (na takie zajęcia uczęszcza 30 proc. dzieci wiejskich, a już 56 proc. dzieci z miasta), w domach kultury na wsi są mniejsze możliwości rozwijania zainteresowań, na lekcjach WF – mniej zajęć z dyscyplin nietypowych. W szkołach wiejskich jest znacząco mniej pedagogów, mniej gabinetów stomatologicznych, mniejszy jest dostęp do wsparcia psychologiczno-terapeutycznego oraz doradztwa zawodowego.

W efekcie ani szkoła, ani inne instytucje publiczne nie są w stanie wyrównywać różnic w poziomie kapitału kulturowego, które dotyczą dzieci pochodzących z rodzin wiejskich i miejskich. Co więcej, nawet korzystanie z dodatkowej (pozaszkolnej) oferty prowadzić może, paradoksalnie, raczej do kumulowania różnic między młodzieżą ze wsi i z miasta, gdyż na wsi ta dodatkowa oferta nie zawiera zajęć bardziej nowoczesnych (np. nauka języków obcych prowadzona jest standardowymi metodami, brakuje zajęć z zakresu sztuki wymowy, debatowania, komunikacji, mediacji etc.).

Zdobycze cywilizacji – nie dla wszystkich

Osoby mieszkające z dala od metropolii zmagają się też z nowego typu nierównościami, które łatwo jest przeoczyć, jeśli operujemy jedynie podstawowymi wskaźnikami socjoekonomicznymi. Te nowe zjawiska to przede wszystkim nierówności w dostępie do bardziej wyrafinowanych sposobów komunikacji, produktów, usług, dóbr kultury, elementów stylu życia oraz innowacji, które pojawiły się dopiero niedawno, ale których wpływ na jakość życia jest duży (na przykład nurt innowacji z dziedziny telemedycyny, które pozwalają np. dzieciom chorym na cukrzycę radzić sobie lepiej z chorobą za pomocą specjalnych aplikacji pozwalających na szybkie przesyłanie danych o stanie wskaźników chorobowych na odległość, czy dostęp do nowoczesnych metod rehabilitacji niepełnosprawnych).

Innym aspektem tego typu nierówności, który łatwo przeoczyć, jest odłączenie młodzieży mieszkającej na terenach wiejskich (oczywiście dotyczy to różnych jednostek i grup w różnym stopniu) od nowoczesnej „ekologii komunikacyjnej”, na którą składają się różnego rodzaju nowe formy komunikacji w przestrzeni cyfrowej (np. korzystanie z platform uczenia się online, jak Coursera: www.coursera.org), specjalne wydarzenia, w których uczestnictwo zakłada bycie online (np. spotkania z charyzmatycznymi wizjonerami i mówcami w cyklu TEDx), kursy programowania i warsztaty programistyczne czy też kuźnie młodzieżowych start-upów, które najczęściej powstają przy uczelniach w największych miastach.

Ostatnie lata przyniosły dowody na to, że ludzkość nie radzi sobie nie tyle z bezwzględną biedą, szukaniem leków na groźne choroby czy odpowiednio innowacyjnymi wynalazkami – ile raczej z (re)dystrybucją zdobyczy cywilizacji pomiędzy ludzi

Jak pokazują badania, dostęp do tej nowoczesnej „ekologii komunikacyjnej” jest obecnie warunkiem skutecznego uczestnictwa w sferze publicznej, możliwości zabierania głosu, obywatelskiego mobilizowania się. Brak dostępu do tej sfery komunikacji sprawia, że danym grupom czy środowiskom jest znacznie trudniej wywierać nacisk na debatę i decyzje w sferze publicznej. Aby stać się częścią „wspólnot cyfrowych” (digital communities – globalnych, szybko rosnących, międzynarodowych ruchów obywatelskich działających w internecie, takich jak Avaaz, CitizenGo, Occupy), potrzebne są specyficzne umiejętności i zasoby. Ich brak może powodować, że wykluczenie online przełoży się na wykluczenie offline, i na odwrót.

Analiza porównawcza, na przykład w obrębie krajów OECD, pokazuje, że zjawiska te nie są typowe jedynie dla Polski, lecz występują w podobnym zakresie także w innych krajach. Większość tych krajów trapi, charakterystyczny dla późnego kapitalizmu, podobny typ nierówności. Na czym on polega? Ostatnie lata przyniosły dowody na to, że ludzkość nie radzi sobie nie tyle z bezwzględną biedą, szukaniem leków na groźne choroby czy odpowiednio innowacyjnymi wynalazkami – ile raczej z (re)dystrybucją zdobyczy cywilizacji pomiędzy ludzi.

Paraliż intelektualny i instytucjonalny

Skoncentrowanie wynalazków i innowacji w metropoliach oraz istniejące nierówności w dystrybucji tychże innowacji i związanych z nimi możliwości (każdy kraj ma tu swoją specyfikę) stały się przedmiotem nowego, gorącego zainteresowania ekonomistów, socjologów i demografów (m.in. Joseph Stiglitz[1], Thomas Piketty, Salvatore Babones, Richard Wilkinson[2]). I nie chodzi tu o dystrybucję materialnych zasobów, lecz przede wszystkim o dostęp do kompetencji i wiedzy, które z kolei znacznie zwiększają szansę korzystania z różnego typu kapitałów.

Wybitny brazylijski naukowiec z Harvardu Roberto Mangabeira Unger zauważa, że doszliśmy do punktu, w którym rynek zmusza nie tylko same przedsiębiorstwa, ale także całe kraje, miasta, grupy ludzi i pojedynczych pracowników do tego, aby byli coraz bardziej innowacyjni. Jego zdaniem obecnie mamy do czynienia ze schyłkiem modelu produkcji masowej; zastąpi go produkcja, którą musi charakteryzować nieustająca innowacja.

Jak mówi Unger: „Przez ponad dwieście lat debata ideologiczna funkcjonowała w ramach modelu opartego na opozycji pomiędzy państwem i rynkiem. Więcej rynku, mniej państwa. Lub na odwrót. Jednym z założeń, które legło u podstaw tego swoiście hydraulicznego modelu, jest przekonanie, iż istnieje tylko jedna, naturalna i konieczna forma rynku i gospodarki na nim opartej. Pytanie brzmi jednak: o jakim rynku mówimy?[3].

Unger argumentuje (a prawdopodobnie papież Franciszek, jako autor encykliki Laudato si’, zgodziłby się z nim), że jeśli nie zmienimy w skali globalnej modelu rynku, który wymknął się spod kontroli, tempo wzrastania nierówności będzie coraz większe. Jego zdaniem powinniśmy uświadomić sobie, że gospodarka rynkowa funkcjonuje w ramach uwarunkowań instytucjonalnych, które nie są jej wytworem, tworzone są bowiem w ramach procesu politycznego, często zdominowanego przez grupy wpływu (wielki biznes, finansistów), a ostateczną formę nadają im przepisy prawa.

Jeśli nie zmienimy w skali globalnej modelu rynku, który wymknął się spod kontroli, tempo wzrastania nierówności będzie coraz większe

Wygląda jednak na to, zdaniem autora, że ani elity intelektualne i akademickie, ani rządy nie są gotowe i nie mają wystarczająco dużo siły duchowej i energii, aby do tej zmiany doprowadzić i po prostu zmienić reguły funkcjonowania rynku. W efekcie tego paraliżu intelektualnego i instytucjonalnego musimy przygotować się na nadejście świata, w którym nierówności będą raczej narastały, a różnego rodzaju „paliatywne” wysiłki organizacji pozarządowych, innowatorów społecznych, stowarzyszeń i Kościołów będą w stanie jedynie łagodzić w pewnym stopniu ich skutki.

Diagnoza ta brzmi dość ponuro i wydawałoby się, że nie ma od niej odwołania – że musimy po prostu przygotować się na świat przewidziany już niemal sto lat temu w powieściach Aldousa Huxleya. Świat, w którym niewielka garstka uprzywilejowanych, korzystających z najnowocześniejszych wynalazków i innowacji mieszkańców metropolii musi inwestować coraz więcej i więcej energii w utrzymanie swego kosztownego trybu życia oraz obronę swoich luksusowych enklaw przed masą ubogich.

Ten świat powstaje na naszych oczach, a najbardziej bolesnym jego aspektem jest to, że jedni ludzie – wyłącznie z racji „premii geograficznej” (urodzeni w centrum, nie na prowincji; na globalnej Północy, nie na Południu) – mają szanse wykorzystać maksymalnie swoje szanse życiowe, inni zaś skazani są na wieloletnie marnowanie swoich zdolności, energii i sił, a także na bezradne patrzenie, jak marnują się talenty ich dzieci i wnuków.

Biedni nie są sami sobie winni

Mamy więc dziś do czynienia z narastającą nierównością możliwości i szans. We wpływowej koncepcji capability approach, którą opracował noblista Amartya Sen, posłużyły one do redefinicji sposobu mierzenia i porównywania sytuacji państw i społeczeństw. Dominujący przez lata indeks PKB (ang. GDP), w którym bierze się pod uwagę tylko wielkość danej gospodarki, został zamieniony na Indeks Rozwoju Społecznego (Human Development Index, HDI). Teoria Sena to również inspirujący – także filozoficznie, dzięki kooperacji ze znakomitą filozofką Marthą Nussbaum – ugruntowany namysł nad tym, co jest istotą rozwoju ludzkiego, celem działań instytucji i organizacji oraz źródłem jakości życia ludzi.

Pojęcie capabilities można tłumaczyć i rozumieć z całą mnogością treści: jako możliwości, ale również zdolności i szanse. Nie są one w tym podejściu rozumiane jako wewnętrzne, wrodzone cechy jednostki, ale jako swoisty wynik interakcji i wzajemnego wpływu osoby oraz kontekstu, w którym żyje i od którego się uczy. Świadome wpływanie na kontekst i działania instytucji/organizacji, które go kształtują, pozwala nam wpływać na szanse (możliwości, kompetencje, zdolności) ludzi.

„Teoria możliwości” Nussbaum i Sena prowadzi nas do wniosku, że w Polsce mamy fatalnie błędny sposób myślenia o biedzie, biednych i przyczynach biedy. Tak bardzo popularne u nas przekonanie (schemat myślowy, którym posługują się elity, ale też wielu naukowców, liderów, a także zwykłych pracowników socjalnych, pracujących „na poziomie ulicy”), że biedni są sami sobie winni, a także, że należy oddziaływać na nich bezpośrednio (poprzez perswazję, groźby, drogie szkolenia i jeszcze droższe unijne interwencje), aby się zmienili, jest – w świetle tej teorii – całkowicie mylne.

Ani szkoła, ani inne instytucje publiczne nie są w stanie wyrównywać różnic w poziomie kapitału kulturowego, które dotyczą dzieci pochodzących z rodzin wiejskich i miejskich

Ważnym czynnikiem, który kształtuje drogi życiowe młodych ludzi z uboższych środowisk, są nie tylko obiektywne warunki ich życia, ale także schematy mentalne i percepcyjne, których się trzymają. Przykładowo, zdaniem wpływowej badaczki amerykańskiej Annette Lareau dzieci z klasy średniej, dzięki wzmocnieniom od swoich rodziców, potrafią dobrze wchodzić w relacje z autorytetami, kwestionować różne zasady, rozumieć i poruszać się w porządku biurokratycznym oraz zarządzać czasem (kwestia napiętego grafiku od wczesnego dzieciństwa).

Ten model badaczka nazywa „skoordynowanym doskonaleniem” (concerted cultivation), a jego sednem jest organizowanie życia dziecka pod kątem nabywania konkretnych kompetencji: duża liczba zajęć dodatkowych, stały dialog z dorosłymi, zachęcanie do dbania o swój interes, bezwzględna wiara w możliwości i zgoda na kwestionowanie zasad, także zdania nauczycieli. Dla Lareau niezwykle ważne jest, że ten sposób organizacji życia dzieci sprawia, że są one ciągle wystawione na różnorodne doświadczenia, co ma kapitalne znaczenie dla ich możliwości adaptacyjnych. Dzięki takim różnorodnym bodźcom dzieci uczą się wpływania na kontekst, tak by lepiej im służył.

Podejście Lareau jest kolejnym, obok podejścia Nussbaum i Sena, które podkreśla znaczenie procesu wzajemnego wpływania kontekstu (jego właściwości, różnorodności, doświadczeń) i działającej w nim jednostki (bez względu na jej wyjściowe, wrodzone kompetencje). Kontekst rodzinny bądź instytucjonalny dzieci z mniejszych miejscowości z różnych powodów pozostawia je bardziej samym sobie. Annette Lareau nazywa takie podejście rodziców „osiąganiem naturalnego wzrostu” – czas po szkole jest tam czasem beztroskiej, bezproduktywnej zabawy, obecnie coraz częściej polegającej na oglądaniu filmów, filmików i grach. Rodzice wychodzą z założenia, że jeśli dziecko jest zdolne, to i tak jakoś da sobie radę – a jeśli nie, to nic nie da się z tym zrobić.

Jak zmieniać nieludzką ekonomię

Powyższe teorie wskazują na fakt, że wewnętrzne „mapy możliwości życiowych”, którymi kierują się ubodzy przy podejmowaniu decyzji i wyborów życiowych, zawierają więcej subiektywnie postrzeganych przeszkód niż w przypadku osób z klasy średniej z wielkich miast. Zmiana owych „wewnętrznych map możliwości” musi być po prostu zmianą wyobraźni, myślenia o sobie i o świecie, a więc zmianą kulturową. Wymaga zatem oddziaływania wielostronnego, przede wszystkim w sferze wartości, codziennej rutyny, działań zbiorowych. Zmiana ta powinna więc dotyczyć nie tylko samych młodych ludzi, ale także ich rodzin, bliskich, najbliższego środowiska.

Oczywiście do zmiany tych schematów nie wystarczy jedynie oddziaływanie na poziomie przekonań czy idei jednostki. Człowiek musi mieć jeszcze motywację do zmiany. A żeby pragnąć zmienić swoje życie, trzeba dostrzec w tym sens. Motywacja nie jest więc kwestią tylko psychiczną, lecz także aksjologiczną, kulturową, czyli sprawą instytucji otaczających jednostkę, które na jej osobiste motywacje wpływają. Dla zmiany sposobu działania jednostki bardzo ważna jest zmiana na poziomie „dizajnu” instytucji, które ją otaczają. Zmiana taka – choćby nowy sposób komunikacji radnych, władz czy innych dorosłych z młodzieżą; wyznaczenie młodzieży zupełnie nowych zadań – szybciej zmienia schematy mentalne młodych ludzi niż tylko samo oddziaływanie na jednostkę, np. przez szkolenia.

Tak bardzo popularne u nas przekonanie, że biedni są sami sobie winni, a także, że należy oddziaływać na nich bezpośrednio (poprzez perswazję, groźby, drogie szkolenia i jeszcze droższe unijne interwencje), aby się zmienili, jest całkowicie mylne

To najbliższe młodzieży instytucje i środowiska – rodzina, szkoła, parafia, klub sportowy, stowarzyszenie, grupa rówieśnicza – potrafią albo wzbudzać, albo tłumić motywację jednostek do podejmowania współpracy z innymi, do tego, aby rozwijać swoją społeczność, aby poświęcić się dobru wspólnemu. Odpowiednio zaprojektowane instytucje (czyli utrwalone sposoby działania i komunikacji) mogą podtrzymywać naturalną, wrodzoną energię i motywację młodych ludzi z ubogich rodzin do dzielenia się i współpracy z innymi lub też ją osłabiać.

Wydaje się, że właśnie w tym obszarze leży ogromne zadanie i misja Kościoła katolickiego oraz środowisk chrześcijańskich, które mogłyby brać przykład z ruchu zielonoświątkowego (najszybciej rosnącego ruchu religijnego na świecie), w którym kładzie się nacisk na „nową kulturę” pomocy ubogim – nie są oni traktowani jak ciężar, lecz jak zasób; tworzy się wokół nich i razem z nimi nowe instytucje, pozwala im się współzarządzać; młodych z ubogich rodzin zachęca się do przedsiębiorczości, zakładania małych biznesów; prowadzi się edukację ekonomiczną. Innymi słowy, traktuje się wezwanie Chrystusa do bycia z ubogimi nie jako sposób na okazjonalne spędzanie wolnego czasu w charytatywnym, „lifestyle’owym” wolontariacie pobożnej klasy średniej, ale jako sposób na budowanie zupełnie nowej kultury.

W takiej kulturze może zaistnieć radykalny impuls zmiany. I ona – jako jedyna – ma szansę zmienić nieludzką ekonomię.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2015.


[1] J. Stiglitz, „The Great Divide: Unequal Societies and What We Can Do About Them”, New York 2015.
[2] R. Wilkinson, K. Pickett, „The Spirit Level: Why More Equal Societies Almost Always Do Better”, London 2010.
[3] „Unger o europejskiej elicie: pozbawiona wyobraźni”.