Przedstawiciele Kościoła mają prawo do posiadania poglądów politycznych. Powinni jednak wyrażać je, nie wzbudzając niczyjej wrogości. Wydaje się, że w Polsce o tym zapomniano.

Doczekaliśmy się w Polsce nowej formy popierania partii politycznych przez ludzi Kościoła. W kończącej się kampanii wyborczej kandydaci mogli liczyć na wyraźne – szczególnie w internecie – wsparcie grupy duchownych oraz tych świeckich, którzy swój wybór wprost motywują wiarą. Wielu znanych księży otwarcie popiera lub udostępnia na Facebooku i Twitterze komentarze wspierające określonego kandydata na prezydenta. 

Część tych duchownych w swoich internetowych felietonach niebezpośrednio sugeruje, na kogo katolicy powinni zagłosować. Jak większość Polaków, zapewne są oni rozczarowani poziomem życia publicznego. Nie spodziewając się już po politykach zbyt wiele, udzielają im pośredniego poparcia. Księża liczą przy tym zapewne na pomyślne rozwiązanie przynajmniej tych sporów, które królują w przekazie medialnym – przede wszystkim obyczajowych i bioetycznych. 

To jednak droga donikąd. Wchodząc w koleiny popularnych konfliktów, ludzie Kościoła przegrywają o wiele więcej niż „tylko” dobrą opinię i zaufanie części społeczeństwa.

„Miękkie” popieranie kandydatów 

Sporo znanych polskich duchownych prowadzi obecnie specyficzną aktywność w mediach społecznościowych. Trzeba zaznaczyć, że dotyczy to nie tylko osób wspierających obecnie rządzącą formację polityczną, ale także księży deklarujących przywiązanie do jej konkurentki. Mimo to PiS i kandydat tej partii na urząd prezydenta zdają się cieszyć zdecydowanie większym poparciem wśród najaktywniejszych w swych deklaracjach księży i świeckich. 

Prawdopodobnie, mając w pamięci zakaz publicznego popierania określonych kandydatów, politycznie zaangażowani duchowni w swoim internetowym przekazie i publicystyce poprzestają na wskazywaniu niedostatków i groźnych cech „tej drugiej strony”. Zgodnie z tym (niejednokrotnie wprost wyrażanym) tokiem rozumowania, kapłan nie narusza zasady apolityczności, jeśli ogranicza się do udostępniania treści stawiających w jednoznacznie negatywnym świetle jedną ze stron rywalizacji politycznej. Chodzi więc o to, by „obejść” zakaz publicznego deklarowania poglądów poprzez wskazywanie tych kandydatów, na których katolicy nie powinni głosować. Nie powinni oczywiście dlatego, że oznaczałoby to sprzeniewierzenie się najbardziej podstawowym wartościom wynikającym z wiary. 

Które jednak wartości są najbardziej podstawowe? Sądząc po opiniach wielu ludzi Kościoła, wydaje się, że te, których zagwarantowanie obiecują politycy. Ci jednak zbijają kapitał poparcia poprzez wybór właśnie takich tematów, które rozgrzewają emocje i wyostrzają spór. W efekcie to politycy pośrednio konstruują gramatykę języka, którym w sferze publicznej posługuje się wielu kapłanów.

„Unikać choćby pozorów stronniczości”

Współczesne nauczanie Kościoła katolickiego jest jednoznaczne: duchowni nie powinni angażować się w bieżącą politykę ani wspierać konkretnych sił politycznych. Mówi o tym wyraźnie między innymi dokument II Polskiego Synodu Plenarnego zatytułowany „Kościół wobec rzeczywistości politycznej”. Lektura tego tekstu rozwiewa wszelkie złudzenia co do możliwości wspomnianego „obejścia” przez księży zakazu deklaracji partyjnego poparcia.

Dokument określa, że kapłani powinni „unikać choćby pozorów stronniczości” i „zachowywać roztropny dystans wobec wszelkich instytucji i akcji politycznych”. Przy tym duchowni mają oczywiście prawo do posiadania swoich poglądów politycznych. Powinni natomiast robić „wszystko, co możliwe”, by wyrażając je nie wzbudzać niczyjej wrogości i nie niszczyć swojej wiarygodności w oczach wiernych.

Duchowni nie ponoszą odpowiedzialności za plemienność naszej polityki. Są jednak wezwani do zachowania szczególnej ostrożności, powściągliwości i umiaru w wyrażaniu swoich opinii

Stanowisko Synodu jest jasne: w przypadku kapłanów wezwanie do służby wszystkim ludziom powinno mieć pierwszeństwo względem korzystania z przysługującego wszystkim obywatelom prawa do ujawniania swoich poglądów. Jedność Kościoła i zaufanie wiernych powinny decydować również o stylu publicznych wypowiedzi księży. 

„Obejście” zasady apolityczności jest tym bardziej niemożliwe, o ile wzrasta w Polsce polaryzacja i quasi-plemienna walka polityczna. Nie można bowiem zasłaniać się brakiem bezpośredniej deklaracji poglądów, gdy z kontekstu, stylu i języka wypowiedzi wyraźnie wynika to, z kim się sympatyzuje. Liczy się nie tylko bezpośredni wyraz poparcia, lecz również sposób komunikacji i relacje pomiędzy poszczególnymi komunikatami wysyłanymi do odbiorców. Co więcej, udzielanie pośredniego poparcia wyklucza zachowanie neutralności w szczególności przed drugą turą wyborów, gdy w rywalizacji pozostało już tylko dwóch kandydatów – Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Jest jasne, że otwarty sprzeciw wobec jednej z tych kandydatur jednoznacznie sugeruje poparcie drugiej z nich. Duchowni nie ponoszą oczywiście odpowiedzialności za plemienność naszej polityki. Jak jednak wynika choćby z przywołanego powyżej dokumentu, są wezwani do zachowania szczególnej ostrożności, powściągliwości i umiaru.

Pułapka kryteriów

Pomimo dość jasnej i stanowczej treści oficjalnych kościelnych dokumentów, politycznie zaangażowani duchowni mogą szukać inspiracji w niektórych stanowiskach polskich biskupów.

W opublikowanym w kwietniu apelu członkowie episkopatu – oprócz wyważonego i neutralnego wezwania do zgodnego rozwiązania kwestii zaplanowanych na maj wyborów – zawarli krótką refleksję na temat wyboru kandydata na urząd prezydenta. Do takich przymiotów idealnego kandydata jak prawość moralna, biskupi dodali kilka bardziej szczegółowych kryteriów. Według nich, wybierający kandydata wierni powinni wziąć pod uwagę jego „szacunek dla zasad demokracji, kierowanie się fundamentalnymi zasadami etycznymi, poszanowanie dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci, gwarancję dla prawnej definicji małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety, promocję polityki rodzinnej oraz gwarancje dla rodziców w zakresie prawa do wychowywania dzieci zgodnie z wyznawaną wiarą i wartościami”. Innymi słowy, jeśli chodzi o konkrety, podczas głosowania katolik powinien uwzględniać poszanowanie demokracji, wsparcie rodziny przez państwo oraz kwestie obyczajowo-bioetyczne. Jak widać, te ostatnie zostały ujęte najobficiej i najbardziej szczegółowo. 

Kwietniowe przesłanie biskupów nie stanowi wyjątku, jeśli chodzi o treść postulatów wobec polityka starającego się o najwyższy urząd w państwie. Najdalej chyba poszedł w swoim apelu metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski, zwracając się kilka dni temu do swoich diecezjan z prośbą, by „zgodnie z właściwie ukształtowanym sumieniem opowiedzieli się za tym kandydatem na urząd prezydenta, którego polityczny program jest bliski nauce społecznej Kościoła ze względu na obronę fundamentalnej wartości życia oraz tradycyjnie pojmowaną instytucję małżeństwa i rodziny, a także troskę o zagwarantowanie rodzicom prawa do wychowywania ich dzieci”. W tym przypadku znaczenie katolickiej nauki społecznej zostało ograniczone do kwestii ochrony życia i rodziny. Jak można się domyślać, zdaniem autora apelu przeciętnemu katolikowi nie powinno sprawić wiele trudności ani zdecydowanie, który kandydat spełnia te kryteria, ani też uzasadnienie, dlaczego jest nim urzędujący prezydent.

Nikt nie reprezentuje „woli Kościoła”

Warto zauważyć, że zgodnie z ugruntowanym stanowiskiem Kościoła, wyrażonym zresztą między innymi we wspomnianym wyżej dokumencie synodalnym, żadna partia polityczna nie jest w stanie w pełni lub bezpośrednio zrealizować wezwań katolickiej doktryny etycznej. Nawet partia, która na poziomie retoryki, deklarowanego systemu wartości i doboru politycznych priorytetów wydaje się inspirować kościelnym nauczaniem. Kościół głosi, że ze względu na skutki grzechu pierworodnego rozwiązania prawne i polityczne nigdy nie osiągną stanu idealnego, stąd też nie warto i nie należy uważać, że jakakolwiek formacja polityczna reprezentuje „wolę Kościoła”. Mówiąc jeszcze inaczej, nie ma sensu „pokładanie ufności w książętach”. 

Co więcej, katolickie nauczanie społeczne nie przekłada się wprost na konkretne, szczegółowe rozwiązania prawne, których tworzenie zawsze wymaga uwzględnienia wielu panujących uwarunkowań. Kościół w swoim nauczaniu nie stara się więc dostarczyć planu naprawy rzeczywistości społecznej. Przeciwnie, ocenia ją i inspiruje jej zmianę przez pryzmat takich kluczowych zasad jak godność człowieka, dobro wspólne, solidarność czy pomocniczość. Sugerowanie określonych rozwiązań bez uszanowania złożoności tych zasad skutkuje zwulgaryzowaniem katolickiego nauczania.

Żadna partia polityczna nie jest w stanie w pełni lub bezpośrednio zrealizować wezwań katolickiej doktryny etycznej

Widać to na przykładzie zaangażowania ludzi Kościoła w popularne konflikty dotyczące spraw obyczajowych. Kościół, również we wspominanym tu dokumencie, głosi dążenie do „integralnego rozwoju osoby ludzkiej”, starając się przedstawić jej godność i wielowymiarowość.

Czy zatem podążanie przez Kościół za politycznymi uproszczeniami i nagminne podkreślanie – wzorem wielu mediów – seksualności człowieka na forum publicznym paradoksalnie nie jest sprzeczne z integralnym, wielowymiarowym spojrzeniem na osobę? Czy odpowiedzią Kościoła na kulturowe wojny takie jak ta o LGBT nie powinno być przede wszystkim przypominanie, że nie mogą one zostać rozstrzygnięte poprzez głośne deklaracje i realizację partyjnych programów? Czy zamiast włączania się do konfliktu, rolą Kościoła nie jest raczej proponowanie uczciwej debaty, bezpośrednich ludzkich relacji i solidarności?

Popyt i rezygnacja

Co zrozumiałe, instytucjonalny Kościół nie może wypowiadać się na wszystkie ważne tematy życia politycznego i społecznego. Zamiast tego jego zadaniem jest pilnowanie etycznych „zawiasów” życia wspólnoty, zwłaszcza obrona podstawowych praw człowieka, a także wspieranie solidarności społecznej i sprawiedliwości. Pozostaje jednak tajemnicą, dlaczego stanowiska biskupów nie wspominają o podstawowych prawach tak wielu osób: cierpiących z powodu rozpoczynającego się kryzysu gospodarczego, ofiar przemocy domowej, osób narażonych na niesprawiedliwy proces, bezdomnych, uchodźców ze Wschodu odsyłanych na naszych granicach albo nie wpuszczanych do Polski w ramach korytarzy humanitarnych

To, co znalazło się wśród podawanych przez biskupów kryteriów oraz to, na co zabrakło wśród nich miejsca, zaskakuje szczególnie w kontekście sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się Polska i Europa. Wydaje się, że dawno nie było takiego „popytu” na katolickie nauczanie społeczne. Już od kilku lat dramatycznie aktualne są takie jego wątki jak pokojowe rozwiązywanie sporów w demokracji, trójpodział władz, znaczenie integracji europejskiej czy solidarność z migrantami i uchodźcami. Ostatnio do tych problemów doszły skutki kryzysu pandemii: zagrożenie miejsc pracy i wielu przedsiębiorstw, wizja ekonomicznego zaciskania pasa, ochrona zdrowia członków najstarszego pokolenia. 

Kościół powinien zachowywać dystans do konkretnych problemów aktualnej polityki, a jednocześnie promować wartości i postawy na „głębszym” poziomie etycznym

Na tle tych wyzwań razi to, jak skromne wymagania wobec polityków wydaje się mieć wielu duchownych i społecznie zaangażowanych świeckich. Trudno oprzeć się wrażeniu, że duża część z nich od kandydatów oczekuje wyłącznie – poza prowadzeniem polityki prorodzinnej – przedłużenia lub ewentualnego wzmocnienia prawnych rozwiązań dotyczących aborcji, związków homoseksualnych czy edukacji seksualnej. W internecie te skromne oczekiwania księża przekładają na bezwiedne „podawanie dalej” wulgarnie uproszczonych i bazujących na emocjach memów, skojarzeń, oskarżeń, postulatów, wyjętych z kontekstu informacji i wypowiedzi. 

Możliwe, że w dłuższej perspektywie czasowej spadek zaufania do duchownych nie będzie największą szkodą wynikającą z pośredniego zaangażowania po stronie jednej z partii. Jeszcze wyższą ceną za to zaangażowanie może być abdykacja Kościoła z roli podmiotu współtworzącego w naszym kraju to, co wspólne. Innymi słowy, ludzie Kościoła rezygnują z poważnej części swojego posłannictwa. Rezygnują pośrednio. Z pozoru poprzez swoje wypowiedzi bronią katolickich wartości. Faktycznie jednak, bezwiednie naśladując narracje rozgrzewające polityczne emocje, kładą nacisk na zaledwie fragment własnego przesłania. Tymczasem każdy fragment, pozbawiony kontekstu całości i przedstawiony w uproszczony sposób, zawsze zamienia się w groteskę. Ludzie Kościoła podążają więc za medialnymi i partyjnymi kliszami, rezygnując z aktywnego i podmiotowego udziału w życiu publicznym. Na czym jednak miałby polegać ten udział?

„Meta-” czy po prostu „polityka”?

Przy okazji omawiania roli Kościoła w polityce często mówi się o „meta-polityce”. Ma to oznaczać, że Kościół może i powinien angażować się raczej w „spór o spory polityczne” niż bezpośrednio w bieżące konflikty. Powinien zachowywać dystans do konkretnych problemów aktualnej polityki,
a jednocześnie promować wartości i postawy na nieco „wyższym” czy też „głębszym” poziomie etycznym. Ma przypominać o podstawowych zasadach moralnych, upominać się o poszanowanie praw człowieka, nawoływać do pokojowego rozwiązywania sporów.

W obecnej sytuacji być może jednak bardziej potrzebne jest pojmowanie roli Kościoła jako zaangażowania politycznego we właściwym znaczeniu tego pojęcia. Nauka społeczna Kościoła zgadza się na definicję polityki jako roztropnej troski o dobro wspólne, przywołaną np. w encyklice „Laborem exercens” Jana Pawła II. Coraz trudniej uznać dziś działania partii politycznych, podporządkowanych im organizacji pozarządowych i mediów za realizację tak rozumianej polityki. Roztropność i racjonalność sporu pada ofiarą budowania kapitału politycznego na resentymencie i strachu przed przeciwnikiem. Troska o jakkolwiek pojmowane dobro wspólne najczęściej ustępuje staraniom o dobra partykularne (partyjne, frakcyjne, ekonomiczne) i w efekcie prywatyzacji sfery publicznej.

Na tym tle rozważne zaangażowanie Kościoła mogłoby stanowić politykę par excellence. Taka polityka polegałaby na przykład na strzeżeniu obecności w debacie publicznej wątków najistotniejszych z punktu widzenia dobra zwyczajnych obywateli. Czy nie byłby to jeden ze sposobów realizacji zakorzenionej w Tradycji Kościoła preferencyjnej opcji na rzecz ubogich? Kościół może upominać się o to, by zamiast spraw obyczajowych w programach i debatach wyborczych dominowały („były preferowane”) takie tematy jak choćby dostęp do opieki zdrowotnej, los osób tracących pracę w czasie pandemii czy też sytuacja Polek i Polaków zatrudnionych na umowach śmieciowych. 

Polityka tego rodzaju polegałaby zatem na przestawianiu sporów publicznych na bardziej racjonalne tory, na inicjowaniu dyskusji idących w poprzek partyjnych programów i kulturowych wojen. Kościół mógłby w ten sposób starać się włączać do sfery publicznej głosy często w niej pomijane, na przykład poprzez promowanie ustaleń naukowych. Nauka nie jest już współcześnie rywalką, ale potencjalną partnerką w działaniach podejmowanych przez Kościół. Ludzie nauki i ludzie Kościoła mogliby współpracować z pożytkiem dla politycznej i medialnej obecności kwestii takich jak choćby strategie walki ze zmianami klimatycznymi czy z pandemią i jej skutkami. 

Kościół mógłby upominać się o to, by zamiast spraw obyczajowych w programach i debatach wyborczych dominowały takie tematy jak dostęp do opieki zdrowotnej, los osób tracących pracę w czasie pandemii czy sytuacja Polek i Polaków zatrudnionych na umowach śmieciowych

W dużej mierze tak właśnie rozumianą politykę w latach 80., gdy powstała wspomniana encyklika, prowadzili przedstawiciele Kościoła współpracujący z „Solidarnością”. To wtedy Kościół współtworzył język, którym opisywano rzeczywistość polityczną i przy pomocy którego rozwiązywano konflikty w pokojowy sposób. Tego rodzaju polityka jest również treścią działań papieża Franciszka, gdy apeluje o europejską solidarność jako odpowiedź na populizmy, gdy proponuje, by rozważyć wprowadzenie powszechnej pensji podstawowej lub gdy na kolanach prosi polityków o pojednanie.

W Polsce tak pojmowana polityczna aktywność nie stanowiłaby zagrożenia dla wspólnoty politycznej, o ile Kościół szanowałby zasadę przyjaznego rozdziału od państwa (dziś część ważnych duchownych w Polsce jej nie szanuje). Przedstawiciele Kościoła musieliby zaakceptować jego rolę jako jednej z wielu sił obecnych na współczesnym forum idei i debaty publicznej. Musieliby zrezygnować z prób zdobywania wpływu i poparcia poprzez mniej lub bardziej oficjalne relacje z politykami. 

Zamiast tego mogliby starać się o wpływ na rzeczywistość poprzez budowanie autorytetu wyważonego i racjonalnego uczestnika dyskusji. W Polsce to Kościół ma szansę na wejście w tę rolę, idącą pod prąd niebezpiecznym uproszczeniom, fake newsom i celowo podsycanym konfliktom.

Choć od 1989 roku kościelni liderzy niejednokrotnie bywali mediatorami w sporze politycznym, nadszedł czas na to, by również zwykli wierni mogli postrzegać swój Kościół jako podmiot neutralny, ale jednocześnie zaangażowany i społecznie samoświadomy. Do czynów miłosierdzia należy wprowadzanie pokoju, a nie podążanie za schematem sporu proponowanym przez polityków. Miłosierdzie powinno się też okazywać pocieszając tych, którym ideolodzy różnych partii mogą zaoferować jedynie strach przed przeciwnikiem. Kościół z tego rezygnuje. W polskim życiu publicznym sól już nie smakuje, a światło niczego już nie oświetla.