Czy zawsze musi się powtarzać cykl demokracja–kryzys–chaos–dyktatura? Czy ludzie muszą doświadczyć wojny, żeby zrozumieć wartość pokoju? Czy uczymy się tylko przez bolesne nauczki?

W czasie cyklicznym nie ma początku i końca, jeden zamienia się w drugi, wszystko się powtarza. Stanowi to rodzaj przekleństwa cykliczności, z którego nie można się wyzwolić. To wyrok, który spadł na Prometeusza i na Syzyfa – wieczne potępienie. W świecie nieśmiertelnych to niekończące się dożywocie. Syzyf zawsze musi zaczynać od początku i zawsze kończy się tak samo. Cierpienie Syzyfa nie polega zresztą na tym, że toczy ku górze głaz, lecz na tym, że za każdym razem gdzieś blisko szczytu ma nadzieję i zawsze okazuje się ona złudna. To bolesny absurd egzystencji, z którego trudno się wyzwolić. Chyba że – podążając za radą Camusa i na złość okrutnym bogom – porzucić nadzieję, nie dać im, oprawcom, satysfakcji i schodząc ze szczytu, uśmiechać się.

Cykliczność, która dla jednych jest źródłem udręki, dla innych jest jednak źródłem nadziei. Zawsze przecież po nocy następuje dzień, po obumieraniu – narodziny, po zimie – wiosna, po potopie – nowe oblicze ziemi. Potop spada na ludzkość jako kara, ale także jako błogosławieństwo (jak wylewy Nilu). Niszczy, ale też oczyszcza i daje nadzieję na tworzenie nie tylko od nowa, lecz – co ważniejsze – także na nowo.

Greckie pojęcie kataklysmos zwykliśmy utożsamiać wyłącznie z katastrofą. A w oryginale oznacza ono coś więcej: powracający potop. Po dziś dzień w niektórych miejscach, np. na Cyprze (nie bez znaczenia jest fakt, że to wyspa), Kataklysmos to święto, które wyznawcy prawosławia obchodzą corocznie w dniu Pięćdziesiątnicy jako festiwal potopu. I jest to święto radosne, z licznymi obrzędami, w tym odpowiednikiem polskiego lanego poniedziałku. Dla katolików pięćdziesiąty dzień po Wielkanocy to Zesłanie Ducha Świętego.

Cykliczność, która dla jednych jest źródłem udręki, dla innych jest jednak źródłem nadziei

Radość zatem czy rozpacz? To chyba najważniejsze pytanie dla tych, którzy widzą, że historia wcale się nie kończy, ale się powtarza – w Polsce tym razem robi to szybciej, tak szybko, że aż wpadamy w wir. Czy naprawdę każde pokolenie musi mieć „swój faszyzm”? Rok temu czułem się skrępowany, mówiąc o nauczkach płynących z końcowych lat Republiki Weimarskiej. Teraz porównanie jest oczywiste. Czy zawsze musi się powtarzać cykl demokracja–kryzys–chaos–dyktatura? Czy ludzie muszą doświadczyć wojny, żeby zrozumieć wartość pokoju? Czy uczymy się tylko przez bolesne nauczki – tym bardziej się uczymy, im bardziej one są bolesne?

Warto pamiętać, że częścią przymierza, jakie Bóg zawarł z Noem, była obietnica, że Pan nie sprowadzi więcej na ziemię potopu. Tylko nie ma tam przewidzianej sytuacji, że sprowadzimy go na siebie sami… Może trzeba budować Arkę?

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, lato 2020

Więź, lato 2020

Kup tutaj