„Degul przyjechał!” – oświadczyłem uroczyście po powrocie od fryzjera. „De gol” – poprawiła mnie matka i moje zwiastowanie mesjasza z Zachodu zapadło się w nieskończoną próżnię obojętności. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić – przy wózku dziecięcym (handel był obwoźny) wypełnionym degolówkami.

Wybrałem bawełnianą niebieską – właśnie wracaliśmy z miechocińskiego cmentarza – i znacząco popatrzyłem na matkę. „Nie mam przy sobie pieniędzy” – powiedziała, patrząc gdzieś w bok. Wzorem innych dzieci powinienem rzucić się wtedy na ziemię, wbić pazury w cementowe trylinki, wyrzucić z ust pianę histerii, zawyć jak ranny wilkołak. Ale nie zrobiłem tego. Przecież chodziłem na Sorbonę. Przyznam jednak, że od tak dramatycznego przedstawienia dzielił mnie już tylko krok, bo matka dorzuciła: „Nie będziesz chodzić w rondelku”.

Tak, nawet słabe kobiety potrafią z zadziwiającą sprawnością uderzyć w splot słoneczny, a nawet poddać w wątpliwość pedagogię pana Rudominy, budującą z mozołem, krok po kroku, moją świadomość historyczną – Geschichtsbewusstsein, jak nazywają to wykształceni Niemcy.

Matka tych speców od historii traktowała jak powietrze, za to miała zawsze ironiczny stosunek do Francuzów. Dwoma rękami gotowa była się podpisać pod złośliwą recenzją tego narodu autorstwa Sienkiewicza: „Waleczne słowa – a marne czyny, nadskakująca grzeczność – a zepsucie moralne, zarozumiałość – a niechlujstwo”.

Podejrzewałem, że były to wciąż niezaleczone rany po szkolnej katastrofie, bo profesor francuskiego, Tartuffe, strzelił jej kiedyś taką dwóję, że jej echo wciąż odbijało się w widłach Wisły i Sanu. Nie, nie za brak wiadomości, podobno moja Eurydyka za bardzo się wystroiła do szkoły. „Ulica Sarg. Ulica w deszcz. Rozpaczliwa, panowie, ulica”.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, lato 2020

Więź, lato 2020

Kup tutaj