Przed jakim ryzykiem osobistym ucieka biskup kaliski?

Nie milkną kontrowersje wokół postępowania bp. Edwarda Janiaka, wywołane filmem Marka i Tomasza Sekielskich „Zabawa w chowanego”. Nie pozwala zresztą na to sam hierarcha, publikując wpierw kontestujące oświadczenie po udostępnieniu obrazu opinii publicznej, a następnie list do innych biskupów, w którym bezpardonowo zaatakował delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. ochrony dzieci i młodzieży, prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka.

Biskup kaliski zrobił w tym liście nawet więcej – zakwestionował realną determinację hierarchów polskiego Kościoła do opowiedzenia się po stronie ofiar wykorzystywania seksualnego przez niektórych duchownych, a także pośrednio groził im ujawnianiem ich własnych nieprawidłowości. Trudno przecież inaczej odebrać zawartą w liście – zapisaną zresztą zawstydzająco złą polszczyzną – narrację.

Kolejne publikacje „Więzi” wzmagają wątpliwości co do kompetencji i prawości w postępowaniu bp. Edwarda Janiaka w sprawach związanych z przyzwalaniem na funkcjonowanie wśród kapłanów osób aktywnie występujących przeciwko rozwojowi psychoseksualnemu małoletnich lub gromadzących pornografię, w tym również tę z treściami dziecięcymi. W końcu bezprecedensową decyzją Stolicy Apostolskiej abp Grzegorz Ryś ustanowiony został administratorem apostolskim diecezji kaliskiej. Do rąk abp. Stanisława Gądeckiego, któremu wcześniej przekazano wyłączną jurysdykcję do zbadania nieprawidłowości zarzucanych bp. Janiakowi, trafiło natomiast kolejne zadanie, tym razem postępowanie wyjaśniające funkcjonowanie diecezjalnego seminarium duchownego. Nie sposób uciec przy tym od skojarzeń z kolejnymi reportażami śledczymi Zbigniewa Nosowskiego dotyczącymi wydarzeń w tej instytucji.

Pozornie naukowa obrona biskupa kaliskiego

Przypomnieć należy, że po emisji wspomnianego filmu abp Wojciech Polak – powołując się na zobowiązanie wynikające z motu proprio papieża Franciszka „Vos estis lux mundi” – złożył zawiadomienie o możliwości dopuszczenia się przez ordynariusza kaliskiego zachowania, mającego na celu zakłócanie postępowania kanonicznego, cywilnego lub karnego, w tym dochodzenia wyjaśniającego, przeciwko duchownemu.

Zgodnie ze wskazaną regulacją prawną obowiązek ten powstaje po otrzymaniu wiadomości lub powzięciu uzasadnionych powodów, by sądzić, że wskazane zdarzenie mogło mieć miejsce. Jest to obowiązek powszechny, ciąży na każdym z nas znajdujących się w tej sytuacji, jednak prymas podkreślił swoje szczególne zobowiązanie wynikające z pełnionej funkcji delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, która nie pozwala mu milczeć w tego rodzaju sytuacjach.

Zachowanie abp. Polaka spotkało się z ostrą krytyką zainteresowanego. Niestety – także ze zwracającym uwagę milczeniem niemal wszystkich innych biskupów, którzy nie zajęli publicznie absolutnie żadnego stanowiska w tej sprawie. Co więcej, spotkało się ono nawet z próbami noszącego pozory naukowości przekonywania, że bp Janiak nie naruszył żadnych swoich obowiązków wymaganych prawem, że to jego dobra zostały naruszone obrazem filmowym i późniejszą reakcją prymasa Polski, oraz że niesłusznie publicznie wydano już wyrok na negatywnego bohatera filmu.

Informacja, na podstawie której przełożony kościelny zobowiązany jest wszcząć dochodzenie kanoniczne, nie musi pochodzić od pokrzywdzonego i nie musi być złożona osobiście

Przykładem ostatniego typu reakcji jest opublikowanie przez portal Radia Maryja obszernej opinii prawnej pióra dr. Michała Skwarzyńskiego z Katedry Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Autor analizy nie ma żadnych wątpliwości co do własnej tezy o braku zawinienia po stronie bp. Edwarda Janiaka.

Będąc prawnikiem, nie mogę przejść obok tego tekstu obojętnie. Autorowi przyświeca wyraźnie cel obrony biskupa kaliskiego, co spowodowało odpowiedni dobór argumentów i pominięcie istotnych, niekorzystnych dla wydźwięku opinii, zagadnień prawnych. Przynajmniej w tym zakresie analiza prawna przedstawiona przez dr. Skwarzyńskiego jest wadliwa. Warto zatem parę spraw wyjaśnić.

Podejrzany, nie skazany

Kluczową sprawą jest rozróżnienie kilku sytuacji procesowych, w których może znaleźć się każdy, wobec którego powzięto wątpliwości związane z popełnieniem przestępstwa, w tym przestępstwa w prawie kanonicznym. Do rozwiązań Kodeksu prawa kanonicznego odnoszą się podstawowe gwarancje indywidualne, które chronią osobę niewinną przez niesłusznym skazaniem. Nakazują one rozróżnienie osoby, której postawiono zarzuty, od osoby uznanej wyrokiem sądu za winną popełnienia przestępstwa. Ta pierwsza jest w świetle prawa niewinna, a znane domniemanie niewinności każe traktować ją jako taką w świetle prawa. Jeszcze mocniej domniemanie to wybrzmiewa wobec osoby jedynie podejrzewanej o dopuszczenie się nieprawidłowości, ale której jak dotąd nie postawiono formalnie zarzutów.

W takiej to właśnie sytuacji znajduje się dzisiaj bp Edward Janiak. Może to medialne doniesienia i brak dyscypliny komunikacyjnej organów ścigania sprawiły, że w odbiorze społecznym podanie do wiadomości informacji o sformułowaniu wobec kogoś publicznych wątpliwości co do działania niezgodnego z prawem wiąże się z przekonaniem, że już definitywnie przesądzono o jego winie. Może to właśnie skłoniło bp. Janiaka do zawarcia w liście do braci biskupów oburzenia, że abp Wojciech Polak (nota bene w piśmie Janiaka ani razu nie został użyty tytuł „prymas Polski”) „uderzył w biskupa diecezjalnego i wydał na niego wyrok”.

Rozumiejąc warstwę emocjonalną tej wypowiedzi, trzeba jednak stwierdzić, że ma ona charakter zasadniczo błędny – prymas Polski jedynie uruchomił procedurę dotyczącą osoby podejrzewanej, a więc takiej, co do której zasadnie można postawić pytanie o to, czy nie dopuściła się ona jakiegoś poważnego przewinienia. Prymas nie miał mocy postawić formalnie zarzutów biskupowi kaliskiemu, ani tym bardziej wydać jakiegokolwiek wyroku, z powodu braku jurysdykcji w tym zakresie. Miał za to – wynikający, jak już wspomniałem, z papieskiego motu proprio – obowiązek złożenia zawiadomienia.

„Lepiej nie mogłem was potraktować”

Powołując się na obiektywne okoliczności ujawnione w materiale filmowym, prymas poddał te okoliczności ocenie. I może w tym właśnie znaczeniu – według słów biskupa kaliskiego – „wyrokował”? Przyjrzyjmy się zatem tej ocenie, zestawiając wypowiedzi abp. Polaka i bp. Janiaka.

Prymas stwierdził w swoim oświadczeniu: „Film «Zabawa w chowanego», który obejrzałem, ukazuje, że nie dochowano obowiązujących w Kościele standardów ochrony dzieci i młodzieży”. Zdanie to zawiera ogólną kwalifikację, stwierdzającą wystąpienie – w ocenie mówiącego – naruszenia obowiązującego prawa kościelnego. Jest ono następnie skonkretyzowane przez stworzenie listy tych nieprawidłowości – i to ona ma tutaj największe znaczenie.

Abp Polak pisał dalej: „Mam na myśli sposób traktowania osób pokrzywdzonych i ich rodzin, brak podjęcia odpowiednich działań w wyniku otrzymanych informacji o wykorzystywaniu seksualnym dzieci przez księdza, czyli niewypełnienie obowiązków nałożonych na przełożonego przez prawo kościelne.

Każda prawdopodobna wiadomość o wykorzystaniu seksualnym osoby małoletniej przez księdza, która wpływa do biskupa lub do kurii, musi być w Kościele uznana za zawiadomienie zobowiązujące do wszczęcia dochodzenia kanonicznego oraz do ograniczenia duchownego w czynnościach, […] niedopuszczalne jest przesuwanie podejrzanego księdza do miejsca, w którym może mieć jakikolwiek kontakt z dziećmi”.

Twierdzenie bp. Janiaka, że zawiadomienie musi pochodzić bezpośrednio od pokrzywdzonego, jest nie tylko nieprawdziwe, ale ma też rysy okrucieństwa

Jeżeli oglądaliśmy ten sam film i jeżeli nasze zmysły mogą być drogą poznania, to z pewnością w filmie „Zabawa w chowanego” zwróciliśmy uwagę na dramatyczną rozmowę bp. Janiaka z rodzicami chłopca skrzywdzonego zachowaniem obwinianego księdza. Biskup traktuje rozmówców jak interesantów, od których się opędza, w zasadzie najwięcej energii wkłada w zakończenie spotkania. W rozmowie pojawia się z jego strony oczekiwanie, że do kurii ma przyjść sam pokrzywdzony – „bo ja nie mogę reagować na osoby trzecie…”, „każda osoba może przyjść – mama, ciocia, siostra… musi być on”, „muszę rozmawiać twarzą w twarz [z pokrzywdzonym]”, „niech napisze”. Biskup mówi, że na podstawie zgłoszenia pochodzącego od osób trzecich „nie może” wszcząć formalnego postępowania.

W tej części rozmowy biskup kaliski utrzymuje zatem, że nie może przyjąć zgłoszenia o fakcie wykorzystania seksualnego osoby małoletniej przez księdza – mimo danych osobowych, które zanotował – wobec tego, że nie zostają spełnione wymogi formalne. Według jego twierdzeń zgłoszenie to musi być osobiste i pochodzić bezpośrednio od pokrzywdzonego. Kończące tę rozmowę słowa „Lepiej nie mogłem was potraktować” na długo zapadają w pamięć.

„Panowie tego nie zgłaszali”

Drugą istotną sceną, którą bezpośrednio oglądamy w filmie, jest rozmowa innego pokrzywdzonego z kanclerzem kurii kaliskiej, ks. Marcinem Papuzińskim, również dramatyczna i w formie, i w treści. Duchowny mówi: „Panowie do tej pory NIE [tu pada wyraźny akcent] zgłaszali tego do kurii diecezjalnej. […] Myśmy otrzymali pozew do zapłaty odszkodowania. […] To nie jest jednoznaczne. To nie jest to samo”.

W rzeczy samej ks. Papuziński myli się co do charakteru pisma procesowego – było to datowane na połowę 2019 r. zawezwanie do próby ugodowej, które w swej treści opisywało zdarzenia mające charakter wykorzystania seksualnego konkretnej osoby przez konkretnego duchownego, obu wskazanych z imienia i nazwiska, z szerokim opisem czynów oraz z zaznaczeniem braku przekazania sprawy do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.

Mając te sceny w pamięci, można wrócić do słów prymasa Polaka, który wskazuje na niedochowanie w zrelacjonowanych zdarzeniach obowiązujących w Kościele standardów, przedstawiając w uzasadnieniu odpowiednią kwalifikację prawną. Moje wnioski sprowadzają się do trzech głównych tez.

Zgłoszenie nie musi pochodzić od pokrzywdzonego

Po pierwsze, stwierdzić trzeba, że informacja, na podstawie której przełożony kościelny zobowiązany jest wszcząć wstępne dochodzenie kanoniczne, nie musi pochodzić od pokrzywdzonego, nie musi być złożona osobiście i nie wymaga bezpośredniej rozmowy.

Oczywiście najczęściej krzywdę zgłasza sama osoba pokrzywdzona i trudno jest prowadzić takie postępowanie bez jej udziału. Trzeba mieć jednak świadomość, że człowiek pokrzywdzony tego rodzaju przestępstwem jest przez system prawny szczególnie chroniony przed tzw. wtórną wiktymizacją. Oznacza to minimalizowanie, jak tylko się da, jego udziału w takim postępowaniu, czego dobitnym przejawem pozostaje zasada jednokrotnego przesłuchania takiej osoby.

Normalnie w procesie świadek, pokrzywdzony czy podejrzany mogą być przesłuchiwani wiele razy, można ich konfrontować z innymi. Jednak wobec osób pokrzywdzonych przestępstwami seksualnymi i wobec dzieci stosuje się w polskim procesie karnym regulację, która polega na pojedynczym przesłuchaniu przed sądem, z udziałem psychologa i pełnomocników prawnych, bez udziału domniemanego sprawcy – i ten dowód jest w zasadzie jedynym dowodem z bezpośrednim udziałem pokrzywdzonego w całym procesie.

Fałszywe niuansowanie

Zasadę tę trzeba dobrze rozumieć, bowiem – wobec obowiązku zgłoszenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wykorzystania seksualnego małoletniego do prokuratury przez delegata diecezjalnego – przesłuchanie pokrzywdzonego na etapie kościelnym będzie jeszcze powtórzone w postępowaniu karnym. Z tego powodu w praktyce często odwraca się kolejność tych czynności i – po powzięciu krótkiej informacji od pokrzywdzonego lub osoby mu bliskiej – przedstawiciel kurii kieruje sprawę do prokuratury, a następnie korzysta z protokołu przesłuchania podejrzanego. Dlatego zresztą kwestionowana w filmie „Zabawa w chowanego” odpowiednia współpraca prokuratury z delegatami prowadzącymi dochodzenia kanoniczne jest bardzo potrzebna i korzystna dla samych podejrzanych.

Twierdzenie bp. Edwarda Janiaka o tym, że zawiadomienie musi pochodzić bezpośrednio od pokrzywdzonego, jest zatem nie tylko nieprawdziwe, ale i – z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu – ma rysy okrucieństwa. Czy naprawdę MUSI przyjść do kurii człowiek pokrzywdzony przez księdza, stanąć przed mężczyzną w koloratce (czy on mu kogoś nie przypomina?), być może jeszcze o wrażliwości i empatii bp. Janiaka, i właśnie jemu ma to dokładnie opowiedzieć? Przypomina mi się jedna z pokrzywdzonych kobiet, której sprawę prowadzę w ramach współpracy z Inicjatywą „Zranieni w Kościele”. Słyszałem od niej, że do dziś ma w pamięci obraz księdza, który zmysłowo ją całuje i zapina jednocześnie sutannę pod szyją, bo spieszy się do konfesjonału. Jak ona ma o tym powiedzieć, przy zachowaniu minimalnego chociażby komfortu psychicznego (o który i tak trudno w podobnych sytuacjach), wobec mężczyzny ubranego w ten sam sposób, przepraszam?

Po drugie, informacja o wykorzystaniu seksualnym osoby małoletniej przez duchownego zawarta w piśmie procesowym, jest już złożeniem zawiadomienia, które obliguje biskupa do wszczęcia wstępnego dochodzenia kanonicznego. Odmienne twierdzenie, w którym kanclerz kurii z taką starannością rozdzielał jedno od drugiego, to intelektualnie fałszywe niuansowanie.

Wiedział, nie powiedział

Ale to nie koniec. Jest jeszcze „po trzecie”. W moim przekonaniu wymienione wyżej błędy to nie wszystkie prawdopodobne istotne zaniechania bp. Edwarda Janiaka. Nie wiadomo, które są poważniejsze.

Aby zachować odpowiednią precyzję w prezentacji stanowiska kurii kaliskiej, trzeba sięgnąć do oświadczenia bp. Janiaka opublikowanego po emisji dokumentu braci Sekielskich. Czytamy w nim (po przestawieniu kolejności akapitów, co wydaje się poznawczo wartościowe) co następuje:

„Odnosząc się do przedstawionych w filmie wydarzeń związanych z wizytą rodziców jednego z pokrzywdzonych, należy podkreślić, że miało to miejsce w 2016 roku, kiedy obowiązywały inne uregulowania prawne. Rodzice pokrzywdzonego w czasie wizyty w kurii usłyszeli, że powinien zgłosić się sam pokrzywdzony. Ukazane w filmie nagranie nie wyczerpuje całej rozmowy, brak jest stwierdzenia, że rodzice powinni jak najszybciej zgłosić sprawę do prokuratury.

Kuria Diecezjalna w Kaliszu została poinformowana o wszczęciu postępowania przez prokuraturę w sprawie ks. Arkadiusza H. w grudniu 2018 roku. Od samego początku – mając na uwadze dobro pokrzywdzonych, którzy nie zgłosili się do kurii oraz widząc konieczność wyjaśnienia sprawy – podjęta została współpraca z prokuraturą zgodnie z przepisami prawa karnego. Jednocześnie wszczęto wstępne postępowanie kanoniczne, powiadomiono Kongregację Nauki Wiary, do której przekazano dokumenty śledztwa, udostępnione przez prokuraturę zgodnie z art. 156 § 5 k.p.k”.

Czy zachowanie biskupa kaliskiego powinno być ocenione jako możliwe naruszenie art. 240 kodeksu karnego: przestępstwo niezawiadomienia o posiadaniu wiarygodnej informacji o przestępstwie seksualnym na szkodę małoletniego?

Przyjmijmy za dobrą monetę treść tego oświadczenia. Wydaje się, że biskup potwierdza w nim, iż nie zostało wszczęte wstępne dochodzenie kanoniczne po wizycie rodziców pokrzywdzonego, której zapis możemy wysłuchać w materiale filmowym. Akcentuje, że miało to miejsce w roku 2016, kiedy funkcjonowały inne uregulowania prawne, zaś działania w myśl prawa kanonicznego rozpoczęły się po poinformowaniu kurii przez prokuraturę w 2018 r. o prowadzonym postępowaniu karnym w sprawie podejrzewanego księdza. Do tego czasu – od momentu rozmowy w marcu 2016 r. z rodzicami pokrzywdzonego, w trudnej do odtworzenia procedurze prawnej – ksiądz objęty zarzutami został skierowany do posługi w kaplicy szpitalnej, gdzie nota bene mógł mieć swobodny kontakt z dziećmi przebywającymi w szpitalu.

Dlaczego bp Janiak tak mocno zaznacza te daty, podkreślając, że rodzice zostali pouczeni o konieczności udania się na prokuraturę? Myślę, że dzieje się tak z jednego podstawowego powodu. Jest nim zmiana treści art. 240 kodeksu karnego, która nastąpiła 13 lipca 2017 r. Po tej dacie każda osoba, która ma wiarygodną wiadomość m.in. o dokonaniu czynu wykorzystania seksualnego osoby nieletniej, wykorzystania seksualnego osoby pozostającej w stosunku zależności lub bardziej radykalnych form zgwałcenia, ma prawny obowiązek niezwłocznego zawiadomienia organu prowadzącego postępowanie. Jeżeli tego nie czyni – sama popełnia przestępstwo. Zaniechanie tego obowiązku jest możliwe tylko wtedy, gdy osoba ta ma dostateczną podstawę do przypuszczenia, że organ ścigania wie o tym zdarzeniu.

Wskazane przestępstwo należy do grupy tzw. przestępstw trwałych, popełnianych przez zaniechanie. Popełnia się je więc od momentu powstania obowiązku konkretnego działania aż do momentu, gdy ten obowiązek się skończy. Początek wyznacza słowo „niezwłoczność” zawiadomienia, co należy odnieść do innego punktu czasowego, jakim jest powzięcie wiarygodnej informacji o możliwości popełnienia przestępstwa.

Ryzyko osobiste

W 2016 r. ten przepis, a zatem obowiązek zgłoszenia, nie obejmował swoim zakresem czynu, o którym dowiedział się bp Edward Janiak. Ale przecież w dniu wejścia w życie znowelizowanego przepisu karnego posiadał on wiarygodną informację o konkretnym zdarzeniu wykorzystania seksualnego małoletniego z udziałem zidentyfikowanych osób. Wtedy powstał wobec niego obowiązek „niezwłocznego” zawiadomienia prokuratury o podejrzeniu wykorzystania seksualnego małoletnich przez jednego z księży diecezjalnych. Komunikat kurii kaliskiej pozwala mniemać, że do tego nie doszło.

Nie jest też dostatecznie ścisłe inne stwierdzenie komunikatu mówiące o tym, że rodzice usłyszeli, iż mają złożyć zawiadomienie do prokuratury. To rodzice w trakcie odtwarzanej w filmie „Zabawa w chowanego” rozmowy powiedzieli, że wobec bierności biskupa będą zmuszeni udać się do prokuratury, na co biskup odpowiada: „proszę zgłaszać wszystko, co jest…”.

Czy na bazie tej trwającej nie więcej jak 5 minut rozmowy bp Janiak mógł powziąć „dostateczną podstawę do przypuszczenia” – jak jednoznacznie zapisano w ustawie karnej – że rodzice złożyli zawiadomienie do prokuratury? Rozmowa przebiegała w dość specyficzny sposób. Biskup kilkukrotnie ją kończył z powodu zarzucenia mu kłamstwa, jakoby o sprawie już wiedział. Nie wykazywał żadnej dociekliwości i zwykłej cierpliwości. Nie próbował słuchać ani niczego wyjaśnić. A w końcu podkreślił urzędniczy wymiar tej rozmowy („ja przyjąłem” interesantów). Wszystko to wygląda jak opędzanie się od muchy.

Czy podłożem ewentualnego zaniechania złożenia zawiadomienia nie było przekonanie biskupa o tym, że po zmianie przepisów w 2017 r. obowiązek niezwłocznego zawiadomienia prokuratury nie dotyczy spraw starych, znanych wcześniej?

Przed jakim ryzykiem ucieka zatem bp Janiak, akcentując, że rozmowa z rodzicami pokrzywdzonego odbyła się w 2016 roku, kiedy to obowiązywały inne przepisy? W tej sprawie należy postawić pytanie o to, czy już po zmianie przepisów karnych doszło do złożenia przez bp. Edwarda Janiaka zawiadomienia. A jeżeli tak się nie stało – na co wiele wskazuje – czy powinno to być ocenione jako możliwe naruszenie art. 240 kodeksu karnego, a więc jako przestępstwo niezawiadomienia o posiadaniu wiarygodnej informacji o przestępstwie seksualnym na szkodę małoletniego.

Nie przesądzam niczego w tym zakresie. Jedynie formułuję wątpliwość. Poważnie zastanawiam się jednak nad tym, czy podłożem ewentualnego zaniechania złożenia zawiadomienia (o ile miało ono miejsce) nie było przekonanie biskupa o tym, że obowiązek niezwłocznego zawiadomienia prokuratury powstaje tylko w przypadku powzięcia nowej – czyli: po zmianie przywołanych przepisów w 2017 r. – wiarygodnej wiadomości dotyczącej wykorzystania seksualnego, nie dotyczy to zaś spraw starych, znanych wcześniej. Jeżeli tak było i jeżeli takie przekonanie może być udziałem innych przełożonych kościelnych – to sytuacja ta może być źródłem kolejnych komplikacji.

Niekompetencja i arogancja

Piszę to wszystko głównie z tego powodu, że w ostatnich tygodniach w kręgach kościelnych – zwłaszcza w środowiskach zbliżonych do osób zaangażowanych w prowadzenie postępowania wyjaśniającego sytuację w diecezji kaliskiej – zaczynają krążyć opinie, że trudno dostrzec naruszenie procedur w działaniu biskupa Edwarda Janiaka. Ile w tym prawdy – nie wiem.

Gdyby w takim twierdzeniu była choćby część prawdy, oznaczałoby to, że film „Zabawa w chowanego” jest skrajnie nierzetelny. Może to jednak równie dobrze oznaczać, że osoby badające tę sprawę – z reguły księża i kanoniści – nie mają dostatecznego wyczucia z zakresu powszechnego prawa karnego i procesu karnego, by prawidłowo ocenić zreferowane zdarzenia. Zwłaszcza że sam zainteresowany nie zaprzeczył faktom, które opisałem powyżej, podając ich prawdopodobną ocenę prawną – a nawet w części je potwierdził.

Jako prawnicy często unikamy zbyt daleko idących ocen, mówiąc, że nie możemy ich sformułować bez zapoznania się z aktami sprawy, albo zastrzegamy, że ocena może ulec zmianie w razie ujawnienia się nowych istotnych okoliczności. Tak jest i tym razem. Nie wiem tylko, jakie musiałyby to być okoliczności, aby zmienić ocenę dotyczącą niekompetencji prawnej i arogancji biskupa, który z dokładnością krupiera – z niezrozumiałego powodu, ale za to z pasją – podaje na rozprawie sądowej liczby pedofilów osadzonych w zakładach karnych, skrupulatnie rozróżniając wśród nich księży i nie księży, ale rodziców ofiary nazywa osobami trzecimi, a nie najbliższymi, jak chce tego polskie prawo. Ile w tym ignorancji, a ile arogancji? Wobec kogo jeszcze trzeba będzie zadać to samo pytanie?

Inicjatywa „Zranieni w Kościele” otwiera grupę wsparcia dla osób skrzywdzonych przemocą seksualną

Zranieni w Kościele