Od lat obserwuję politykę w regionie pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym. Pod względem debat prezydenckich dzielą nas od nich obecnie lata świetlne.

Wielu publicystów komentuje zawirowania wokół nieodbytej jak na razie debaty jeden na jeden między Andrzejem Dudą i Rafałem Trzaskowskim. Andrzej Gajcy stawia w Onecie słuszny wniosek, że niechęć obydwu kandydatów do swobodnej debaty wynika z tego, że polska polityka stała się podzielona i zamknięta jak bańki na Facebooku.

Strategie wsobne

Niewątpliwie przed kolejnymi wyborami w naszym kraju debatuje się – choć raczej tego czasownika należałoby użyć w cudzysłowie – jedynie na własnym, bezpiecznym gruncie. Kandydaci przemawiają głównie do zwolenników, swoich telewizji, portali i rozgłośni. Nie wierzą, że przekonają stronę przeciwną. Z dziennikarzami, którzy mogliby zadawać trudne pytania, nie rozmawiają w ogóle. Albo wręcz, jak często dzieje się to dzisiaj w relacjach prywatnych, blokują wszelkie próby kontaktu.

Odbywa się to nieraz w stylu, który znamy z sytuacji, gdy właściciel profilu na FB lub Twitterze wzywa wszystkich, którzy będą głosowali „na tego zdrajcę narodu, polskości, Kościoła, demokracji, faszystę, komunistę, liberała, socjalistę itd. (zaznaczyć odpowiednie) o łaskawe usunięcie się z listy znajomych”.

Dochodzi do tego coraz bardziej dwuznaczna rola wielu dziennikarzy i komentatorów. Stają się oni po prostu pracownikami wewnętrznych wydziałów public-relations obozów politycznych, z jakimi są związani i którym w istocie zawdzięczają byt w sferze publicznej. I, last but not least, już całkiem jednoznaczna, propagandowo-partyjna rola mediów wciąż formalnie „publicznych”.

W innych krajach regionu nie było pytań o przygotowania do Pierwszej Komunii podczas katechizacji ani o sprawy, które nie stanowią w ogóle przedmiotu debaty publicznej

W tym teatrze politycznym opartym na całkowicie nieadekwatnej, sztucznie podsycanej patetycznej poetyce, „nasz” kandydat to mieszanka świętego, anioła oraz wybitnego myśliciela, wodza i męża stanu, od którego niemal zależą losy świata i cywilizacji. Rywal to chodzący diabeł, przestępca, zdrajca i nie-Polak. Oczywiście, także koniunkturalista bez poglądów, któremu chodzi tylko o władzę i wpływy. Nie tak jak „nasz kochany lider”, dla którego władza jest – lub dopiero będzie – ciężkim krzyżem przyjętym w duchu odpowiedzialności za kraj, a sama praca na najwyższym urzędzie – rodzajem wręcz charytatywnego frajerstwa. A przecież wiadomo, że w biznesie można zarobić więcej niż pełniąc funkcję konstytucyjną. Tak więc ten teatr gra swój spektakl, a coraz mniej widzów i aktorów ma nawet ochotę powiedzieć: „król jest nagi”.

Unikanie debaty przez obydwu kandydatów jest z pewnością wynikiem bardzo konkretnych strategii komunikacyjnych każdego z nich. Są one w ponad 95 proc. strategiami wsobnymi, jeżeli wręcz nie narcystycznymi. Narracjami wyraźnie adresowanymi ku własnemu, twardemu elektoratowi. W drugiej turze wymaga on znów – przynajmniej według wyobrażeń liderów i ich sztabów – utwierdzenia w wierze. Prezydent starający się o reelekcję może więc mówić o „gangsterskich metodach zagranicznych stacji”, nie zauważając przy tym zupełnie żadnych nieprawidłowości lub złych metod na własnym podwórku medialnym. Kandydat opozycji – oskarżać rywala o bycie „cykorem”, zapominając, że sam nie chciał stanąć do debaty z głównym rywalem podczas wyborów na prezydenta Warszawy przed dwoma laty.

Od lat obserwuję politykę w regionie pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym. Na przestrzeni tego czasu oglądałem co najmniej kilka debat jeden na jeden przed drugą turą wyborów prezydenckich w tych krajach. I muszę stwierdzić, że pod względem debat prezydenckich dzielą nas od nich obecnie lata świetlne.

Debat nawet sześć

Na przełomie 2019 i 2020 roku, tuż przed pandemią, odbywały się wybory prezydenckie w Chorwacji. Debaty przed drugą turą, w której urzędująca prezydent Kolinda Grabar-Kitarović rywalizowała z późniejszym finalnym zwycięzcą, byłym premierem Zoranem Milanoviciem, były dwie. Pierwszą zorganizowała publiczna telewizja HRT, której daleko w programach informacyjnych do topornej i wulgarnej propagandy partyjnej, a w publicystyce – do programów w formule „czterech dyskutujących ze sobą dziennikarzy, z których każdy na swój oryginalny i odrębny sposób chwali władzę”. Drugą debatę widzowie mogli obejrzeć w prywatnej telewizji RTL. Właścicielem jej większościowego pakietu pozostaje niemiecki koncern Bertelsmann.

W marcu 2019 roku, podczas drugiej tury wyborów prezydenckich na Słowacji, zwycięska Zuzana Čaputová zmierzyła się z kandydatem rządzącej wówczas partii SMER Marošem Šefčovičem. Debat w formacie jeden na jeden było, uwaga… aż sześć! Pierwszą zorganizowała telewizja publiczna RTVS. Również w mojej opinii całkiem solidna stacja, w której w dzienniku (słow. „Správy”) na równych zasadach występują politycy koalicji rządzącej i opozycji, a informacje podawane są bez komentarzy i podtekstów.

Kolejne debaty obywały się na antenach radia publicznego oraz prywatnych stacji TV Markíza (własność regionalnego potentata medialnego Central European Media Enterprises, z 75-proc. pakietem akcji należących do WarnerMedia) i TA3, za którą stoi rodzimy biznes w postaci spółki Grafobal Group. W końcu, debatę zorganizował również dziennik „Denník N” o profilu liberalnym. Jeden z jego współwłaścicieli był zarazem współzałożycielem partii Postępowa Słowacja, która zgłosiła kandydaturę Čaputovej na prezydentkę republiki, ale trudno jednoznacznie ocenić z późniejszych relacji, aby debata była szczególnie stronnicza.

W sąsiednich Czechach na początku 2018 roku, podczas drugiej tury wyborów prezydenckich, urzędujący Miloš Zeman wystąpił ze swoim kontrkandydatem Jiřím Drahošem w pojedynkach zarówno w publicznej telewizji ČT, jak i w prywatnej stacji TV Prima. Tę ostatnią w 2017 roku zakupił miliarder Ivan Zach, a przedtem należała do mieszanego konsorcjum czeskiego kapitału i międzynarodowej kompanii Modern Times Group, działającej w Skandynawii i krajach bałtyckich.

Ponadto, w wyżej wymienionych krajach mieliśmy też do czynienia z solowymi wystąpieniami lub wywiadami kandydatów dla różnego rodzaju mediów elektronicznych.

Do głowy nie przychodzi odmówić

Treść tych wszystkich debat w krajach naszego regionu była oceniana różnie. Jedne z nich były bardziej błyskotliwe, inne – wręcz nużące i przydługie. Ale nie o to akurat tutaj chodzi. Ważne było, że kandydaci nie bali się stanąć w studiach zarówno solidnych telewizji publicznych, jak i nieco bardziej stronniczych, choć zachowujących zasady dobrego rzemiosła stacjach komercyjnych.

Nikt nie rozdzierał szat, nie mówił – przynajmniej na szczeblu najwyższej polityki – o gangsterstwie, dyktacie zagranicy ani cykorach. Nie było pytań o przygotowania do Pierwszej Komunii podczas katechizacji ani o sprawy, które nie stanowią w ogóle przedmiotu debaty publicznej. Pojedynki jeden na jeden cieszyły się sporym zainteresowaniem widzów i słuchaczy. Nikomu – ani późniejszym zwycięzcom, ani przegranym – nie przychodziło do głowy, aby wycofywać się lub w ogóle fundamentalnie i z góry odmawiać w nich udziału.

Najwyraźniej, inni mogą normalnie robić to, czego nie możemy zrobić nad Wisłą.

Tekst został dziś opublikowany przez autora na Facebooku. Tytuł, lid i śródtytuły od redakcji

Przeczytaj także tekst Łukasza Kobeszki „W jakiej Polsce obudzimy się po wyborach? Subiektywna prognoza”