Inni twierdzą, że dla dobra Kościoła trzeba różne rzeczy ukrywać. A ja uważam, że dla właściwie rozumianego dobra Kościoła trudne kwestie trzeba otwarcie podejmować – mówi były retor kaliskiego seminarium duchownego.

Zbigniew Nosowski: Czuje się Ksiądz bohaterem?

Ks. Piotr Górski: Nie. Absolutnie nie.

Ale dobrze Ksiądz wie, że to sytuacja absolutnie wyjątkowa, aby urzędujący rektor seminarium duchownego złożył skargę na swojego biskupa ze względu na niewłaściwe reagowanie przez niego na przypadki wykorzystywania seksualnego osób małoletnich przez księży i tolerowania aktywnego homoseksualizmu wśród duchownych.

– Owszem, to sytuacja bardzo rzadka w Kościele. Ale skoro Pan pyta o to, czy czuję się bohaterem, to zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie. Po prostu zrobiłem to, co do mnie należało.

Tyle że tym czymś było przeciwstawienie się własnemu biskupowi z powodów moralnych. Jak połączył to Ksiądz z posłuszeństwem, które ślubują duchowni przy święceniach?

– Posłuszeństwo nie zwalnia z myślenia, nie może być bezrefleksyjne. A tym bardziej posłuszeństwo nie zwalnia z własnej odpowiedzialności. Jeśli za coś odpowiadam, to nie mogę się zasłaniać wolą mojego przełożonego. A za dopuszczanie kleryków do święceń odpowiada rektor seminarium. Potwierdzam moje słowa przytoczone w Pańskim artykule „Jak to się robiło w diecezji kaliskiej (2)”, że nie mogłem na swoje sumienie wziąć decyzji o dopuszczeniu do święceń właściciela pedofilskich zdjęć i filmów pornograficznych – nawet jeśli biskup się tego domagał.

Była to dla Księdza samotna walka?

– Może nie całkiem samotna, ale na pewno nierówna. Bo wobec biskupa zwykły duchowny jest z góry na pozycji przegranej.

Bał się Ksiądz?

– Zależy czego. Nie bałem się degradacji, utraty stanowiska. Przecież nie dlatego zostałem księdzem, że chciałem robić karierę albo że nie miałem co robić w życiu. Poszedłem do seminarium w przekonaniu, że Pan Bóg tego ode mnie oczekiwał. Dzięki temu w tej godzinie próby wiedziałem, że On jest po mojej stronie. A księdzem mogę być gdziekolwiek, niekoniecznie pełniąc funkcje w instytucjach diecezjalnych. Bylebym mógł głosić Dobrą Nowinę i odprawiać Eucharystię.

O co Ksiądz wtedy walczył?

– O Kościół i o prawdę. Od razu dodam, że – choć tak to zewnętrznie niektórzy postrzegają – nie walczyłem z biskupem.

To św. Jan Paweł II wprowadził kiedyś to rozróżnienie, przestrzegając Polaków, by nasza walka za czasów PRL nie stała się walką z kimś, lecz walką o coś.

– Tak to właśnie rozumiem. Bp Edward Janiak nie był dla mnie wrogiem czy przeciwnikiem. Szanuję go cały czas jako mojego biskupa. Ale sytuacja wymagała konfrontacji.

Posłuszeństwo nie zwalnia z myślenia ani z odpowiedzialności, nie może być bezrefleksyjne. Jeśli za coś odpowiadam, to nie mogę się zasłaniać wolą mojego przełożonego

Użyję formuły stosowanej często w celu zamiatania trudnych spraw pod dywan: zrobiłem to dla dobra Kościoła. Inni twierdzą, że dla dobra Kościoła trzeba różne rzeczy ukrywać. A ja uważam, że dla właściwie rozumianego dobra Kościoła trudne kwestie trzeba otwarcie podejmować.

A co by Ksiądz odpowiedział tym, którzy uważają, że w ten sposób atakuje się diecezję kaliską?

– Nie sadzę, żeby decyzja papieża Franciszka była atakiem na diecezję kaliską. A to on zdecydował najpierw o mianowaniu administratora apostolskiego sede plena diecezji kaliskiej, a później o przeprowadzeniu wizytacji w naszym seminarium duchownym. Bp Janiak został zaś całkowicie odsunięty od sprawowania władzy i otrzymał polecenie przebywania poza diecezją na czas toczącego się przeciwko niemu postępowania.

Tyle że bardzo długo musiał Ksiądz czekać na jakiekolwiek efekty swojej skargi złożonej w warszawskiej nuncjaturze już ponad dwa lata temu.

– Niestety, to już nie ode mnie zależało.

A spotkał się Ksiądz z życzliwością ze strony nuncjatury?

– Tak. Również ostatnio – dwie godziny przed opublikowaniem papieskiej decyzji o wizytacji w kaliskim seminarium – otrzymałem wiadomość z nuncjatury, że nuncjusz prosił o poinformowanie mnie o tej decyzji.

Czy będzie Ksiądz brał udział w tej wizytacji?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Być może jeszcze jest na to za wcześnie. Rzecz jasna, jeśli zostanę o to poproszony, to mógłbym co najmniej wskazać sprawy, które wymagają sprawdzenia przez wizytatorów. Jest też spora dokumentacja mojej korespondencji, w tym pisma i zapytania do kurii, na które nigdy nie otrzymałem odpowiedzi.

Co teraz Ksiądz odczuwa, gdy sprawa skargi na biskupa stała się własnością publiczną – i okazało się, że wreszcie jest jakaś reakcja?

– Najkrócej mówiąc: sądziłem, że już po mnie, a teraz jakbym miał nowe życie.

Brzmi to jednak bardzo groźnie: „sądziłem, że już po mnie”?

– Bo, jak już wcześniej wspomniałem, jednak pewnych rzeczy się bałem. Obawiałem się nawet, że może wydarzyć się coś, co sprawi, że – wbrew mojej woli – będę musiał odejść z kapłaństwa. A to jest moje życie! Starsi koledzy ostrzegali mnie, że mogę paść ofiarą jakiejś prowokacji. Albo że ktoś wymyśli na mnie jakieś oskarżenie. Całe szczęście nic takiego się nie stało.

A w jakim sensie zaczęło się dla Księdza nowe życie?

– Choć wszystkie procesy są jeszcze w toku, to dla mnie ta historia już się w jakimś sensie skończyła. Skoro sprawa ujrzała światło dzienne, to już nie da się jej zamieść pod dywan. Jeżeli papież podejmuje decyzję o odsunięciu biskupa, nawet tymczasowym – to znaczy, że są ku temu poważne przesłanki. Nie znam sytuacji, żeby po czymś takim odsunięty biskup wrócił do diecezji. A zresztą gdyby wrócił, ja bym to zaakceptował.

Dlaczego?

– Bo mi nie chodzi o zemstę na biskupie czy o jego krzywdę. Chciałem przedstawić sprawę Kościołowi, w przekonaniu, że Stolica Apostolska oceni ją i podejmie decyzje, które zawsze zaakceptuję.

Cały czas modli się Ksiądz „za naszego biskupa Edwarda”?

– Oczywiście, on jest nadal moim biskupem. Wymieniam go we Mszy świętej, modlę się też za niego jako człowiek i ksiądz. W moim przekonaniu on pobłądził, ale zawsze ma szansę nawrócenia. Pewnie nie wypada, żeby zwykły ksiądz mówił o biskupie, że ten powinien się nawrócić. Ale co mi tam! Św. Augustyn powiedział o sobie: „dla was jestem biskupem, z wami jestem chrześcijaninem”. I podkreślał, że to pierwsze jest przyjętym obowiązkiem, a drugie łaską. W tym właśnie sensie mogę powiedzieć biskupowi – jak jeden chrześcijanin drugiemu – że potrzebuje nawrócenia. Musi tylko przyznać się do swoich pomyłek. A wtedy może jeszcze rozpalić w sobie charyzmat Boży, jak mówi św. Paweł.

Przez pół roku był Ksiądz mobingowany przez biskupa jako rektor seminarium. Potem przyszły kolejne groźby i szykany. Nie miał Ksiądz wtedy pokusy, żeby wyjechać za granicę, co biskup proponował? Byłby spokój…

– Spokój byłby. Ale byłaby to też ucieczka od problemu. Zresztą nuncjusz apostolski – wiedząc, że jestem nakłaniany przez biskupa do wyjazdu zagranicznego – też mnie prosił, żebym nie wyjeżdżał i spokojnie na miejscu czekał na zakończenie sprawy.

Bp Edward Janiak nie był dla mnie wrogiem czy przeciwnikiem. Szanuję go cały czas jako mojego biskupa. Ale sytuacja wymagała konfrontacji

Za granicę na pewien czas mógłbym pojechać, ale nie w tamtej sytuacji. I nie na zawsze. Mogłoby to być dla mnie ciekawe doświadczenie Kościoła w innym kraju. Inne miejsce, inny Kościół, inni ludzie…

A jak jest Księdzu na parafii w Tursku?

– Bardzo dobrze! Mój kłopot z Turskiem nie polegał na tym, że mnie się tu nie podoba, albo że uważam to miejsce za degradację. To piękna parafia! W samym Tursku i okolicznych wsiach mam łącznie 1054 parafian. Można budować wspólnotę. W mojej sytuacji trudność bycia administratorem, a nie proboszczem, polegała na braku stabilności. Każdego dnia mogłem znaleźć w skrzynce na listy dekret wysyłający mnie gdzie indziej. Ponieważ nie dałem się zmusić do wyjazdu za granicę, mogłem być traktowany jako zapchajdziura w diecezji.

Nie tęskni Ksiądz za kierowaniem seminarium duchownym?

– Jako ksiądz mam pójść tam, dokąd pośle mnie biskup. W Tursku jestem na takim właśnie miejscu. Owszem, patrząc w szerszych kategoriach, skoro jestem całkowicie odsunięty od seminarium, nie mogę tam nawet wykładać, to nie są w diecezji wykorzystywane wiedza i doświadczenie, jakie zdobyłem.

Marnowanie talentów?

– Można i tak to nazywać. Ale żadną miarą nie chodzi mi o jakąś kościelną karierę.

A jak parafianie z Turska zareagowali na publikację informacji, których o Księdzu nie znali?

– Wieczorem od razu przyszło parę osób z wyrazami wsparcia. Usłyszałem wiele ciepłych słów. Potem była niedziela, więc niektórzy się spodziewali, że coś więcej powiem. Ale uznałem, że Msza święta nie jest miejscem na moje komentarze w tej sprawie. Powiedziałem, że w internecie można znaleźć sporo informacji, więc nic już nie będę dodawał. Ludzie się śmiali i dopytywali, czy mnie zabierają z Turska – to było dla nich najważniejsze.

A zabierają?

– Na razie w Tursku zostaję. Tego typu decyzje personalne będą – o ile wiem – podejmowane po ostatecznym zakończeniu spraw badanych obecnie przez Watykan.

Parafianie z Turska się cieszą. A jak reagują na tę sytuację koledzy księża?

– Miałem ostatnio w ciągu 10 dni trzy ważne wydarzenia: publikację Pańskiego artykułu, urodziny i imieniny. Z tych osobistych okazji sporo ludzi się odzywało, więcej niż zazwyczaj. Także koledzy duchowni. A publikacja zaowocowała licznymi wiadomościami o wsparciu, jakie otrzymałem nawet z Australii.

Są jakieś głosy krytyczne?

– Do mnie bezpośrednio nie trafiły. Ale koledzy mówią, że kaliscy kurialiści wydzwaniają po księżach, szukając tych, co donoszą mediom. Jeden z kurialistów miał stwierdzić, że są w naszej diecezji trzy kategorie księży: ci, którzy donoszą; ci, którzy szukają rozgłosu w mediach (to niby ja!); i ci, co ciężko pracują.

A w Księdza sercu? Jest pokój?

– Tak, zdecydowanie. Żal tylko zmarnowanego czasu. Dlaczego trzeba było aż takiego wstrząsu, żeby coś się ruszyło? Choć z drugiej strony patrząc, jest to także lekcja Kościoła. Bo okazuje się, że do odnowy Kościoła potrzebni są świeccy dziennikarze, którzy pokażą prawdę. Byleby tylko wtedy nie krzyczeć, że oni atakują Kościół, lecz pokornie się przyznać do win i zaniedbań.

O czym Ksiądz myślał, gdy niedawno – już po premierze filmu „Zabawa w chowanego” – odbywały się w atmosferze sporego zamieszania święcenia kapłańskie kleryków, których Ksiądz wychowywał w seminarium?

– Przede wszystkim cieszyłem się, że otrzymują święcenia. A wiem dobrze, że to piękne, choć trudne powołanie. Mogłem im wcześniej przez 4 lata towarzyszyć. Gdy musiałem odejść z seminarium, wielu z nich mnie odwiedzało. Chcieli mnie nawet wspierać finansowo podczas mojego rocznego urlopu. Cieszyłem się więc, że zostają księżmi.

Mi nie chodzi o zemstę na biskupie czy o jego krzywdę. Chciałem przedstawić sprawę Kościołowi, w przekonaniu, że Stolica Apostolska oceni ją i podejmie decyzje, które zawsze zaakceptuję

Przykry, rzecz jasna, był fakt, że dokonywało się to w takich okolicznościach. Że oni wcześniej musieli być w seminarium świadkami scen gorszących. Wielu na skutek tych doświadczeń bardzo dojrzało. Skoro nie odeszli, przeżywając tamten trudny czas w seminarium, to można mieć nadzieję, że teraz będą dobrymi księżmi.

A jak to się robi, że gdy Ksiądz zostawał rektorem kaliskiego seminarium, to było zaledwie trzech kandydatów na pierwszy rok, zaś dwa lata później było ich siedemnastu?

– Wtedy trwał Nadzwyczajny Rok Świętego Józefa. To przede wszystkim Jego zasługa. Poza tym my też jako seminarium staraliśmy się ciężko pracować, aby pojawiały się nowe powołania. Nie przypisuję tu sobie szczególnych zasług. Ja jedynie pozwoliłem, żeby seminarium duchowne było otwartym domem i miejscem doświadczania wiary. Odbywały się w seminarium warsztaty liturgiczne, rekolekcje, inne spotkania. Młodzi chłopcy przyjeżdżali tu, spotykali się z klerykami i wkrótce traktowali to miejsce jako swój dom. To rodziło dobre owoce.

Wychodziliśmy z założenia, że seminarium diecezjalne powinno dawać klerykom doświadczenie Kościoła jako wspólnoty wspólnot, a nie zamknięcia przed światem. Dlatego kaliscy klerycy wyjeżdżali m.in. do Kazachstanu, Izraela czy Holandii. Chciałem, żeby mieli szerszy ogląd Kościoła powszechnego. Żeby widzieli, że Kościół to nie tylko Polska. Dojrzewali w ten sposób.

Nie dlatego zostałem księdzem, że chciałem robić karierę albo że nie miałem co robić w życiu. Poszedłem do seminarium w przekonaniu, że Pan Bóg tego ode mnie oczekiwał. Dzięki temu w tej godzinie próby wiedziałem, że On jest po mojej stronie

Po pierwszym roku takiej pracy było dziesięciu nowych kandydatów do kapłaństwa, a rok później – rzeczywiście siedemnastu. Trudno to jednak zmierzyć linijką. Pod tym względem nie ma jasnych zależności. Raz przychodzi niewielu, innym razem dużo więcej. Trudno to jednoznacznie wyjaśnić ludzkimi działaniami. Czasem trzeba się odwołać do czynników nadprzyrodzonych.

Co dziś najbardziej zagraża Kościołowi w Polsce? I o co trzeba się najbardziej troszczyć?

– Do Kościoła przychodzi się jak do studni. Musi więc w nim bić źródło wody żywej! Dlatego najbardziej nam zagraża to, że nasza studnia może okazać się pusta. A troszczyć się trzeba najbardziej o to, żeby była pełna.

Zespół Luxtorpeda śpiewał kilka lat temu utwór „Pusta studnia”. Jego przesłanie uważam za współczesne memento dla naszego Kościoła: „W serce placu wbito studnię z granitowymi murami / Taka piękna, ale nie ma w sobie wody / Pusta studnia, monument, zbudowany dla ozdoby. […] Zdobny dach osłaniał studnię przed brudem tego świata / Z kałuży piłem mętną wodę tak łapczywie / To kałuża tuż przy studni uratowała życie. […] Pusta studnia, kraina się wyludnia / Pusta studnia, kraina się wyludnia // Z głębokiej wołam otchłani / By usłyszeć głos człowieka / A studni zimny kamień / Dał wodę, na którą czekam”.

Ks. Piotr Górski – ur. 1981, duchowny diecezji kaliskiej, doktor teologii dogmatycznej. W latach 2015–2018 rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Kaliszu. Od grudnia 2019 r. administrator parafii w Tursku i kustosz tamtejszego sanktuarium maryjnego.