Wśród potencjalnych skutków pozytywnych pandemii widzę możliwość częściowego oczyszczania naszej religijności z pewnej źle rozumianej obrzędowości – pisze Sławomir Sowiński z Instytutu Politologii UKSW w odpowiedzi na ankietę KAI o Kościele w Polsce wobec pandemii koronawirusa.

Czy epidemia COVID-19 pokazała/uświadomiła/ujawniła jakąś prawdę oKościele w Polsce? Czy pokazała coś ważnego? Czy ten obraz skłania do zadowolenia czy raczej niepokoju?

– Nie wydaje mi się, żeby epidemia odsłoniła jakiś szczególnie zaskakujący obraz Kościoła, którego byśmy nie znali. Odwrotnie. Skłonny jestem raczej sądzić, że ten szczególny czas pokazał Kościół i polski katolicyzm w całym jego realizmie. W ostatnich bardzo trudnych miesiącach epidemii dowiedzieliśmy się, że – niezależnie od swych ułomności, o których słusznie znów dużo mówimy – Kościół katolicki w Polsce to dla wielu z nas przede wszystkim, jak ujął kiedyś to ks. prof. Tischner, „zwyczajny wiatrak, mielący mąkę dla tych, co nie samym chlebem żyją”. A więc rzeczywistość wymykająca się wielu medialnym sporom czy dyskusjom.

Ważną częścią tej prawdy, którą przypomniała nam epidemia, jest fakt, że sercem i ośrodkiem nerwowym Kościoła jest wspólnota parafialna. Bo zamknięcie naszych parafialnych kościołów w pierwszych dniach epidemii, wprowadziło całą wielką instytucję Kościoła w stan swoistego letargu czy hibernacji. Podobnie, z całą dramaturgią uświadomiliśmy sobie, jak bardzo wzajemnie potrzebni są sobie duchowni i świeccy. Czy również, jak istotne znacznie mają w naszym życiu sakramenty.

Po wtóre, znów przypomnieliśmy sobie dobrze znaną prawdę, że jako wierzący nie mamy innego, lepszego, chrześcijańskiego świata, w którym moglibyśmy odgrodzić się od tego świeckiego. Odwrotnie. Droga nasza wiedzie przez te same bolączki i problemy, które przeżywają nasi niewierzący siostry i bracia. Te same maseczki, które nosić musimy także w naszych świątyniach, te same ograniczenia, ten sam niepokój i odpowiedzialność za innych.

Z całą dramaturgią uświadomiliśmy sobie, jak bardzo wzajemnie potrzebni są sobie duchowni i świeccy

Po trzecie, w czasie epidemii, głównie za sprawą transmisji internetowych – które by tak powiedzieć – wirtualnie znacznie poszerzały możliwość naszej „oferty duszpasterskiej”, jeszcze raz uświadomiliśmy sobie jak Kościół nasz jest pod tym względem różny i różnorodny. I jak wiele zależy od dobrze przygotowanej liturgii, czy dobrego, żywego słowa.

I sprawa wreszcie czwarta. Socjologicznie czas epidemii pokazał, że – dotąd chyba niedocenianą – siłą polskiego katolicyzmu, są nie tyle miliony Polaków deklarujące swój katolicyzm, i nie tyle katolickie elity, prezentujące Kościół na zewnątrz, ale cicha, niezbyt może liczna, ale bardzo wierna „armia” tych, którzy starają się być w swych świątyniach na co dzień, a nie tylko w niedzielę i od święta. To oni z zamykanych w marcu kościołów ze smutkiem odchodzili ostatni, i to oni do otwieranych świątyń, w sytuacji ograniczeń i ryzyka wracali, pierwsi.

Czy okres izolacji, związany nieuchronnie z przeżywaniem liturgii w domu, mógł wpłynąć na pogłębienie wiary i oczyszczenie jej z pewnych zbędnych elementów, czy grozi raczej oddaleniem, uśpieniem, skłonnością do pozostania na wygodnej kanapie?

– Na pełniejszy obraz skutków epidemii na naszej religijności przyjdzie jeszcze poczekać. Kilka miesięcy, albo kilka lat. Tu i teraz, na gorąco, wśród potencjalnych skutków pozytywnych widzę możliwość częściowego oczyszczania naszej religijności z pewnej, źle rozumianej obrzędowości, która czasem może (choć nie musi) zacierać sens eschatologiczny naszej wiary.

Na przykład Wielkanoc bez „święconki” burzyła być może pewien tradycyjny obrzęd czy rytuał, ale tym samym, ci którzy chcieli Wielkanoc w tym roku świętować, mieli szansę zadać sobie zadać pytanie: o co właściwie chodzi w noc Paschy? Podobnie majowe i I komunie. Konieczność odwołania dużych rodzinnych uroczystości, to zapewne ogromna strata dla rodzin, dziadków, rodziców i krewnych. Ale tam gdzie zdecydowano się na indywidualny sposób przeżywania tego wydarzenia, i dla dzieci i ich najbliższych, otwierała się przestrzeń na głębsze przeżycie komunii, jaką daje Eucharystia.

Przypomnieliśmy sobie dobrze znaną prawdę, że jako wierzący nie mamy innego, lepszego, chrześcijańskiego świata, w którym moglibyśmy odgrodzić się od tego świeckiego

Wśród potencjalnych niebezpiecznych pastoralnych skutków czasu epidemii widzę ryzyko ekskluzywizmu i indywidualizacji naszej religijności. Wspomniana wyżej możliwość wyboru z szerokiej wirtualnej „oferty duszpasterskiej” może rodzić w nas niebezpieczeństwo religijności à la carte, gdzie bycie w żywej wspólnocie parafialnej, ze wszystkimi jej blaskami i cieniami, zastępuje się poszukiwaniem „atrakcyjnego kaznodziei”, czy „ciekawego przeżycia”. To oczywiście – zwłaszcza w dużych miastach – zjawisko nie nowe (nazywane z przekąsem churchingiem). Ale wzmocnione efektem duszpasterstwa wirtualnego umacniać może niestety oczekiwanie Kościoła jako wielkiego supermarketu z religijną (duchową) usługą, którą można sobie wybierać, jak na wielkim zakupowym portalu, a nie wspólnoty, której się towarzyszy, którą się współtworzy i za którą się odpowiada całe życie.

Czy okres ten zaowocował jakimiś nowymi inicjatywami ewangelizacyjnymi, będącymi w polu Pana widzenia?

– Nie mam wiedzy o nowych akcjach ewangelizacyjnych w czasie epidemii. Ale jeśli ewangelizację rozumieć w sensie podstawowym jako świadectwo wiary, to w najbardziej dramatycznych tygodniach w DPS-ach wielkie świadectwo wiary dawały siostry zakonne, duchowni i świeccy, którzy tam szli.

KAI