Przez 15 lat od ujawnienia przestępstwa diecezja kaliska nie rozpoczęła dochodzenia kanonicznego w sprawie duchownego prawomocnie skazanego za znęcanie się nad ośmiolatkami i molestowanie ich.

Do niedawna diecezja kaliska nie cieszyła się szerszym zainteresowaniem na skalę krajową. Wydawała się mało istotna z ogólnopolskiego punktu widzenia. Błyskawicznie zmieniło się to po filmie „Zabawa w chowanego” braci Sekielskich. Ujawnienie sposobu, w jaki bp Edward Janiak potraktował rodziców młodego mężczyzny wykorzystanego seksualnie w dzieciństwie przez jednego z księży tej diecezji, postawiło Kalisz w centrum uwagi opinii publicznej.

Prymas Polski natychmiast złożył do Watykanu, za pośrednictwem nuncjatury apostolskiej, zawiadomienie o możliwości popełnienia przez biskupa kaliskiego czynu określanego w motu proprio „Vos estis lux mundi” jako „działania lub zaniechania, mające na celu zakłócanie lub uniknięcie dochodzeń cywilnych lub kanonicznych”. W tym przypadku chodzi o – trwające co najmniej dwa lata – zaniechanie rozpoczęcia postępowania kanonicznego, pomimo posiadania wiarygodnej informacji o fakcie wykorzystania seksualnego osoby małoletniej.

Trudna ta bezradność

Co jeszcze ważniejsze, podnieśli głowy także kaliscy księża. Jak informowaliśmy jako pierwsi na łamach Więź.pl, dziewięć dni po premierze filmu, 25 maja br., Rada Kapłańska Diecezji Kaliskiej odmówiła podpisania przedstawionego jej listu poparcia dla oskarżonego o krycie i tuszowanie pedofilii bp. Janiaka. Po gorącej dyskusji Rada Kapłańska – zamiast długiego, trzystronicowego listu poparcia – uzgodniła wystosowanie innego pisma. Jest to krótki list do papieża Franciszka z prośbą o wyjaśnienie postawionych biskupowi zarzutów i z zapewnieniem o modlitwie za sytuację w diecezji.

To sytuacja w Polsce bezprecedensowa. Wcześniej oskarżani o nadużycia czy zaniedbania biskupi – np. abp Paetz czy abp Głódź – potrafili skutecznie organizować poparcie dla siebie ze strony duchowieństwa. Nie było dla nich wtedy istotne, czy jest to poparcie autentyczne, czy też wymuszone. Liczył się dokument z podpisami, jaki się przedstawiało w Watykanie, a nie polska opinia publiczna.

Kaliscy księża mają dość. Jeden z nich mówi mi: „To, o czym donoszą media, to tylko niewielki ułamek problemów, jakie tu mamy”

W Kaliszu stało się inaczej. Tamtejsi księża mają dość i rozwiązały im się języki, a wiedzą dużo. Jeden z nich mówi mi: „To, o czym media donoszą, to tylko niewielki ułamek problemów, jakie tu mamy. Każdy, kto to widzi, ma poczucie totalnej bezradności”. Moi rozmówcy wdzięczni są, że ktoś chce bardziej szczegółowo opisać dotychczasowe sposoby działania diecezji kaliskiej. Bo może medialna presja pozwoli coś wreszcie zmienić.

Wolą nie występować pod nazwiskami, bo jednak tkwią wewnątrz tych struktur. Widzą zachowania, które budzą ich bunt. Reagują bezskutecznie, co rodzi frustrację. A oni chcieliby po prostu móc głosić ludziom Dobrą Nowinę, nie zaś tłumaczyć się za zachowania swojego biskupa. „Strasznie trudna jest ta bezradność” – słyszę od zasmuconego księdza, który właśnie obchodził swój jubileusz kapłaństwa. „To nie tak miało być”.

Mechanizmy, nie nazwiska

Jak zatem traktowano w diecezji kaliskiej oskarżenia duchownych o wykorzystywanie seksualne dzieci i młodzieży? Trzeba to pokazać na znaczących indywidualnych przypadkach. Zacznę od historii, do przedstawienia której nie trzeba żadnych ukrytych kamer czy dyktafonów, ani tajnych informatorów, ani też ukrywających tożsamość świadków. Wszystko jest do znalezienia w internecie. Tylko trzeba wiedzieć, czego szukać. Dziękuję tym, którzy mi podpowiedzieli kierunek poszukiwań.

Nie podam tu nazwiska sprawcy, choć jest ono znane publicznie. Chodzi mi bowiem nie o piętnowanie tego człowieka, lecz o pokazanie procederu, jaki stosowali jego przełożeni (te nazwiska padną). Mamy tu bowiem do czynienia z mechanizmem podobnym, jak w słynnym już przypadku ks. Kani, który – mając we Wrocławiu prokuratorskie zarzuty za wykorzystywanie seksualne chłopców – przeniesiony został, niby nic, do pracy duszpasterskiej w diecezji bydgoskiej (w przenosinach znaczący udział miał obecny biskup kaliski Edward Janiak, wówczas biskup pomocniczy archidiecezji wrocławskiej).

Reakcja biskupa Napierały na prawomocny wyrok sądowy to: milczenie, zaniechanie podjęcia działań nakazanych prawem kościelnym, ukrywanie sprawcy poprzez transfer do innej diecezji

Dodam, że do większej delikatności w pisaniu o sprawcach skłania mnie inna niedawna tragiczna historia z diecezji kaliskiej. Chodzi o popularnego w diecezji 40-letniego duchownego, duszpasterza młodzieży. Lubiany był także przez biskupa. Jak na standardy tej diecezji, dość młodo został proboszczem. Niby tylko na wsi pod Ostrowem Wielkopolskim, ale jednak dla księdza to awans dający samodzielność. Ten duchowny w marcu br. popełnił samobójstwo po ujawnieniu efektów prowokacji przeprowadzonej przez znanego internetowego tropiciela grzechów księży (jego nazwisko też pomijam, żeby tej wysoce kontrowersyjnej postaci nie robić promocji).

Podstawiony prowokator nawiązał kontakt z duchownym, przedstawiając się jako 16-latek. Po pewnym czasie rozmówcy umówili się na seks. Proboszcz ze szczegółami opisywał swoje preferencje. W rzeczywistości w umówionym miejscu pod marketem zamiast młodzieńca pojawił się zdecydowanie starszy mężczyzna, na dodatek trzymając w ręku włączoną kamerę. Ksiądz natychmiast odjechał samochodem. Wkrótce w internecie opublikowane zostały jego dane osobowe i nagranie rozmowy telefonicznej, w której duchowny błagał prowokatora: „Daj mi, chłopie, szansę nawrócenia się”. Tej szansy już nie dostał. Wieczorem w dniu publikacji kompromitujących materiałów ksiądz przedawkował leki. Trafił do szpitala. Został błyskawicznie odwołany z urzędu proboszcza i zawieszony w wykonywaniu czynności kapłańskich. Wkrótce zmarł…

Nie będę więc pisał o sprawcach po nazwisku.

Ksiądz ugryzł chłopca w szyję

W przypadku ks. Łukasza (imię zmienione) chodzi o dzieci dużo młodsze: ośmioletnie.

Jego problemy prawne zaczęły się we wrześniu 2004 r. Sąd Rejonowy w Wieluniu najpierw tymczasowo zaaresztował 47-letniego duchownego, proboszcza nieodległej wiejskiej parafii. Polska Agencja Prasowa informowała wtedy, że pokrzywdzone dzieci to chłopiec i dziewczynka – oboje w wieku 8 lat. Do zdarzeń miało dojść w 2003 i 2004 roku, a ksiądz miał m.in. dotykać intymnych części ciała dzieci. Według relacji rodziców pokrzywdzonych, ksiądz bił je wskaźnikiem i stosował kary fizyczne. Jednemu z chłopców naderwał ucho i ugryzł go w szyję. Proboszczowi zarzucano także obmacywanie dziewczynek.

W dobrze poinformowanej w takich sytuacjach prasie lokalnej z tamtego okresu można znaleźć nieoficjalne informacje o poleceniach, jakie ksiądz miał wydawać dzieciom na plebanii. Rzekomo otrzymywały one polecenie rozbierania się: dziewczynki od pasa w górę, chłopcy od pasa w dół.

Szkoła wiedziała, nie powiedziała

Wstrząsające szczegóły sprawy opisywała w 2004 r. „Gazeta Wyborcza”. Przytaczano tam najpierw relację matki ośmioletniego ucznia, która jako pierwsza zgłosiła sprawę. To właśnie jej syna ksiądz – podczas lekcji religii – najpierw zaczął szarpać, a potem ugryzł w szyję i naderwał mu ucho. „Przyjechał do mnie i przeprosił, ale to nie był pierwszy raz. Poszłam na policję, bo syn ze strachu nie chciał chodzić do szkoły” – opowiadała kobieta.

Gdy policja wszczęła dochodzenie, „zaczęli się zgłaszać kolejni świadkowie. M.in. matka ośmioletniej dziewczynki, którą proboszcz miał w zeszłym roku podczas lekcji łapać za krocze. Kolejni rodzice opowiadali o karach cielesnych wymierzanych dzieciom podczas religii”.

Bp Napierała uwierzył w tłumaczenia skazanego księdza, a nie dał wiary prawomocnemu wyrokowi sądu, który uznał duchownego za winnego

W krótkim tekście „Wyborczej” przytoczone są również wypowiedzi dzieci: „Ksiądz był niedobry, bił nas po rękach linijką”, „Kazał całą lekcję klęczeć za karę na podłodze, bił wieszakami”, „Dziewczynki sadzał na kolanach i głaskał po plecach”.

Okazało się, że skargi docierały do kierownictwa szkoły już wcześniej. Dyrektorka po każdym incydencie wzywała proboszcza na rozmowę. Pod nazwiskiem mówiła dziennikarzowi: „Trzy lata temu dotarły do nas skargi rodziców, że ksiądz bije dzieci wskaźnikiem. Mówiłyśmy mu, żeby tego nie robił, chowałyśmy nawet przed nim wskaźnik. Tłumaczył się, że czasem puszczają mu nerwy”.

Oskarżenie i wyrok

Wieluńska prokuratura uznała zeznania dzieci za wiarygodne. Postawiła duchownemu zarzuty molestowania seksualnego ośmioletnich dzieci i znęcania się nad nimi. Podczas przesłuchania proboszcz przyznał się tylko do drugiego zarzutu. Swoje zachowanie nazywał „dyscyplinowaniem młodzieży”.

Wyrok sądowy w sprawie zapadł 18 lipca 2005 r. przed sądem rejonowym w Wieluniu. Sąd uznał ks. Łukasza za winnego obu zarzutów i skazał go na karę 1 roku i 8 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata oraz na czteroletni zakaz wykonywania zawodu nauczyciela. Podstawa prawna to czyny z artykułów 200 (seksualne wykorzystanie małoletniego) i 207 (znęcanie się fizyczne lub psychiczne) kodeksu karnego. W trakcie procesu sądowego duchowny konsekwentnie nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów z art. 200 kk.

Wyrok sądu rejonowego został później podtrzymany przez sąd okręgowy w Sieradzu i stał się prawomocny.

Z Kalisza do Siedlec

Na kilka lat słuch o ks. Łukaszu zaginął. Wtajemniczeni opowiadają, że po wyroku przebywał za granicą, m.in. pracował w Anglii przy produkcji farb proszkowych. Jednak w grudniu 2010 r. wrócił do pracy duszpasterskiej – tyle że już nie w swojej diecezji, lecz na terenie diecezji siedleckiej.

Nie wyszłoby to na jaw, gdyby nie pierwszy film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Jak podają lokalne media, to po premierze dokumentu dawni parafianie zastanawiali się, co dzieje się teraz z księdzem, który tak tragicznie zapisał się w ich pamięci. I odnaleźli go właśnie w Siedlcach. Pracował tam w jednym z domów pomocy społecznej jako kapelan.

Biskupi okazywali duchownym sprawcom tanie miłosierdzie. Tanie, czyli takie, które nic od nich nie wymaga

Jak się wkrótce okazało, ks. Łukasz trafił do Siedlec na mocy porozumienia ówczesnych biskupów: kaliskiego Stanisława Napierały i siedleckiego Zbigniewa Kiernikowskiego. Gdy w 2019 r. media ujawniły przeszłość kapelana DPS, diecezja siedlecka wydała obszerne oświadczenie wyjaśniające szczegółowo sytuację. Podkreślono w nim, że ks. Łukasz „jest kapłanem diecezji kaliskiej oddelegowanym przez swojego ordynariusza do pracy w diecezji siedleckiej”. Wyjaśniano, że w Siedlcach pojawił się on po upływie zasądzonego zawieszenia wykonania kary i po upływie czasu zakazu wykonywania zawodu nauczycielskiego. Ponadto zgodnie z polskim prawodawstwem jego wyrok uległ zatarciu.

Duchownego do pracy w Siedlcach przyjął – na okres próbny dwóch lat – biskup siedlecki, po zasięgnięciu opinii biskupa kaliskiego. W oświadczeniu kurii siedleckiej z maja 2019 r. można przeczytać, że bp Kiernikowski poinformowany został o zarzutach i wyroku sądowym dotyczącym ks. Łukasza i w związku z tym nie skierował go do bezpośredniej pracy parafialnej. Będąc kapelanem Domu Pomocy Społecznej, duchowny zamieszkał przy jednej z siedleckich parafii, gdyż DPS nie dysponował mieszkaniem dla kapelana.

Kar nie miał, skarg nie było

Okres próbny był później kontynuowany. Być może przyczyniły się do tego także zmiany personalne, jakie nastąpiły w obu diecezjach. W 2012 r. biskupem kaliskim został bowiem – w miejsce Stanisława Napierały – Edward Janiak, a bp Kiernikowski w 2014 r. objął diecezję legnicką (do Siedlec trafił zaś bp Kazimierz Gurda z Kielc).

Kuria siedlecka wyjaśnia, że w czasie swojej pracy na terenie tej diecezji ks. Łukasz nie miał bezpośredniego kontaktu z dziećmi i młodzieżą. „W ciągu 9 lat pracy w diecezji siedleckiej nie wpłynęła żadna skarga na jego posługę czy zachowanie, szczególnie w zakresie czynów wskazanych w wyroku sądowym”. Zapewniano również, że w czasie swojej posługi w diecezji siedleckiej duchowny „był pod stałą kontrolą odpowiednich władz diecezjalnych”.

Ani prokuratorzy, ani sędziowie, ani biskupi nie zdawali sobie sprawy z dalekosiężności destrukcyjnych i traumatycznych skutków molestowania seksualnego w dzieciństwie dla osób skrzywdzonych

Wyjaśnienia te wydają się jednak wątpliwe, gdyż dostępnych jest wiele informacji wskazujących, że ks. Łukasz bardzo aktywnie działał duszpastersko. Udzielał wypowiedzi prasowych. Był duchowym opiekunem nocnych pielgrzymek pieszych do podsiedleckiego sanktuarium. Pełnił w razie potrzeby inne obowiązki diecezjalne, np. spowiadał w katedrze siedleckiej, nawet w Wielki Piątek 2018 r. Mieszkał przy parafii. Uczestniczył w życiu wspólnoty neokatechumenalnej.

Wydaje się więc, że – choć ksiądz Łukasz zasadniczo pracował w DPS z osobami w wieku podeszłym – w zakresie kontaktu z dziećmi i młodzieżą albo nie miał w Siedlcach nałożonych żadnych ścisłych ograniczeń, albo nic sobie z nich nie robił. Na brak restrykcji wskazuje również inne zdanie z oświadczenia kurii siedleckiej: „Ponieważ nie otrzymał kary suspensy, sprawował sakramenty święte jak każdy kapłan”.

„Osobą decyzyjną jest biskup kaliski”

I tu dochodzimy do najważniejszego punktu oświadczenia dyrektora siedleckiego Diecezjalnego Biura Prasowego z maja 2019 r. Cały dokument jest niezwykle szczegółowy, ale ostatni punkt brzmi bardzo lakonicznie: „W sprawie ewentualnego kanonicznego postępowania względem ks. [Łukasza] osobą decyzyjną jest Biskup Kaliski”.

Wygląda to na zwykłe stwierdzenie faktu, w rzeczywistości jednak jest to dla uważnego czytelnika informacja, że na temat kanonicznych konsekwencji czynów duchownego diecezja siedlecka co najmniej nie ma nic do powiedzenia – a właściwie: nic o nich nie wie. Trzeba o to pytać w Kaliszu.

Zacząłem więc pytać w Kaliszu – tym bardziej, że po ujawnieniu przeszłości kapelana DPS diecezja siedlecka błyskawicznie zakończyła z nim współpracę. Ks. Łukasz trafił z powrotem do macierzystej diecezji. Mieszka obecnie w jednym z kaliskich domów dla księży.

Nawet jeśli bp Janiak „do 2019 r. nie miał wiedzy” co do tej sprawy, to jest to ignorancja zawiniona. Czyli sytuacja, w której ktoś nie wiedział, choć wiedzieć powinien

Jeden z tamtejszych duchownych mówi mi, że biskup Janiak przekazał księżom, iż ks. Łukasz wrócił do diecezji, gdyż ktoś z jego oskarżycieli na łożu śmierci wyznał, że zmyślił całą historię – a oskarżenie księdza było aktem zemsty w ramach jakiegoś konfliktu. Tej informacji nie udało mi się zweryfikować. Traktuję ją jednak jako pokrętne wyjaśnienia, w istocie zaciemniające sytuację. Gdyby bowiem tak w istocie było, to logika wskazywałaby na konieczność podania tego faktu do wiadomości publicznej, w celu rehabilitacji duchownego.

Jak zaznaczałem we wstępie, chcę tu jednak opisać nie tyle przypadek księdza, ile sposób reagowania przełożonych. Być może bowiem ks. Łukasz po 2005 r. żadnego dziecka już nie ugryzł w szyję, nie uderzył linijką, nie głaskał po plecach i nie łapał za miejsca intymne. Ale mógł to robić ponownie, skoro za takie właśnie czyny został skazany, a na forach internetowych można też znaleźć ślady wspomnień o jego brutalności wobec dzieci z poprzedniej parafii, w której pracował.

Jak więc zareagował biskup kaliski? Można tę reakcję sprowadzić do trzech postaw: milczenie, zaniechanie podjęcia działań nakazanych prawem kościelnym, ukrywanie poprzez transfer do innej diecezji.

Czy i kiedy?

Z punktu widzenia odpowiedzialności kościelnych przełożonych najważniejsze pytania w tej sprawie brzmią: czy w przypadku ks. Łukasza diecezja kaliska przeprowadziła wstępne dochodzenie kanoniczne oraz czy – wobec stwierdzenia winy oraz skazania duchownego przez sąd państwowy, m.in. za molestowanie seksualne ośmiolatków – zawiadomiła o sprawie watykańską Kongregację Nauki Wiary. Obie te czynności należą do elementarnych obowiązków biskupa w przypadku otrzymania wiadomości, przynajmniej prawdopodobnej, o popełnieniu przestępstwa (powinność powiadamiania KNW wprowadza motu proprio „Sacramentorum sanctitatis tutela” z 2001 r.).

Cytowane już oświadczenie kurii siedleckiej szczegółowo przedstawia przebieg sprawy karnej kaliskiego duchownego, ale całkowicie milczy o dochodzeniu kanonicznym. To bardzo ważna poszlaka wskazująca, że do maja 2019 r. takiego dochodzenia w tej sprawie w ogóle nie rozpoczęto.

Tę hipotezę udało mi się zweryfikować na miejscu. Z dobrze poinformowanych źródeł w diecezji kaliskiej dowiedziałem się, że działania kanoniczne w sprawie ks. Łukasza zostały rozpoczęte dopiero w drugiej połowie roku 2019, po ponownym opisaniu sprawy w mediach, gdy duchowny musiał wrócić z Siedlec do Kalisza.

Odpowiedź z kurii

Kilka pytań dotyczących kwestii prawnokanonicznych tego przypadku przesłałem do kanclerza kurii kaliskiej, ks. Marcina Papuzińskiego (zarazem rzecznika kurii) oraz do ks. Bogumiła Kempy, diecezjalnego delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży. Po dwóch dniach otrzymałem odpowiedź od ks. Papuzińskiego. Stwierdza on, że Kuria Diecezjalna w Kaliszu „nie posiada dokumentów świadczących o wszczęciu w roku 2005 postępowania kanonicznego” w sprawie ks. Łukasza. „Dochodzenie wstępne w jego sprawie zostało wszczęte natychmiast po jego powrocie do diecezji kaliskiej, tzn. w 2019 r. Wtedy też została powiadomiona Kongregacja Nauki Wiary”.

Kanclerz i rzecznik kurii kaliskiej zapewnia mnie równocześnie – choć o to nie pytałem – że bp Edward Janiak „do 2019 r. nie miał wiedzy co do sprawy” ks. Łukasza. Wedle słów kanclerza duchowny „powrócił do diecezji kaliskiej z dniem 1 lipca 2019 r. na wyraźną prośbę biskupa siedleckiego”. Od tego dnia „nie pracuje w duszpasterstwie; mieszka w domu księży emerytów, […] ma obecnie w diecezji status sine officio” (bez urzędu – Z.N.).

Wedle dostępnej mi wiedzy oświadczenie ks. Papuzińskiego należałoby jednak uzupełnić o istotne fakty. Owszem, ks. Łukasz nie ma przydzielonych zadań duszpasterskich, ale też nie ma żadnych ograniczeń sprawowania sakramentów. Na przykład w lutym br. odprawiał główną Mszę odpustową i głosił przez cały dzień okolicznościowe kazania w parafii pod Kaliszem.

Milczeć dla dobra wszystkich

Cytowane wyżej słowa kanclerza kurii kaliskiej są jednak niesłychanie ważne, gdyż potwierdzają fakt, że przez 15 lat od ujawnienia przestępstwa, w tym 14 lat od wyroku sądu państwowego, diecezja kaliska nie rozpoczęła dochodzenia kanonicznego w sprawie duchownego prawomocnie skazanego w 2005 r. za znęcanie się nad ośmiolatkami i molestowanie ich.

Obowiązek ten spoczywał na ówczesnym biskupie Stanisławie Napierale. To właśnie on – dziś biskup senior diecezji kaliskiej, zastępując skompromitowanego następcę podczas niedawnych święceń kapłańskich – mówił nowo wyświęconym księżom: „są sytuacje, gdy trzeba milczeć dla dobra wszystkich, […] jeśli komuś zależy na Kościele, nie mówi o kapłanach źle”. Nic więc dziwnego, że rozumując w ten sposób, bp Napierała w 2004 r. uznał, że reakcją właściwą w przypadku ks. Łukasza jest właśnie milczenie.

Gdy w 2012 r. rozmawiałem z abp. Michalikiem, zachęcając go do kontaktu z osobami skrzywdzonymi przez księdza z Tylawy (otrzymał wyrok w zawieszeniu), usłyszałem: „przecież nie poszedł siedzieć, czyli sprawa nie była wcale taka jednoznaczna”

Jeden z kaliskich duchownych wyjaśnia mi, że biskup senior to dobroduszny człowiek starej daty (ur. 1936), któremu w głowie się nie mieści, że ksiądz mógłby w ogóle „robić takie rzeczy”. Zapewne mając takie nastawienie, biskup uznał całą historię za nieprawdopodobną, więc zwolnił się z podejmowania działań kanonicznych. To go jednak nie usprawiedliwia.

Znaczy to bowiem, że – nie badając sprawy – uwierzył w tłumaczenia księdza Łukasza (ten podczas procesu sądowego nie przyznał się do zarzucanych mu czynów z art. 200 kk), a nie dał wiary wyrokowi sądu, który uznał duchownego za winnego i właśnie za to m.in. przestępstwo wydał wyrok skazujący. A czyż może istnieć w takiej sferze wiadomość bardziej prawdopodobna niż prawomocny wyrok sądu wydany w dwóch instancjach po przeprowadzonym procesie?

Nie poszedł siedzieć

Tu pojawia się jednak jeszcze inny aspekt sprawy, pozwalający wyjaśnić (co nie znaczy: usprawiedliwić) postawę biskupa Napierały. Chodzi o łagodny wyrok sądu powszechnego. Była to, co prawda, kara pozbawienia wolności, ale wymierzona została nie bezwzględnie, lecz w zawieszeniu. Przypuszczam, że w dyskusjach w kaliskiej kurii właśnie zawieszenie wyroku mogło być używane jako argument na rzecz niewinności duchownego. No bo przecież gdyby był naprawdę winny, to poszedłby siedzieć – a nie poszedł…

Tego typu argumentację znam dobrze z archidiecezji przemyskiej, gdzie w głośnej sprawie proboszcza z Tylawy również zapadł wyrok w zawieszeniu. W tamtym procesie sąd w Krośnie w czerwcu 2004 r. uznał duchownego winnym skrzywdzenia sześciu dziewczynek, ale wyrok brzmiał: dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat oraz osiem lat zakazu wykonywania zawodu nauczyciela.

Biskupi mieli subiektywne przekonanie, że przenosząc sprawcę w inne miejsce, chronią dzieci. W istocie: ukrywali, tuszowali, bagatelizowali

Gdy w styczniu 2012 r. rozmawiałem z metropolitą przemyskim, abp. Józefem Michalikiem (wówczas także przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski), zachęcając go do kontaktu z osobami skrzywdzonymi przez księdza z Tylawy i przeproszenia ich, usłyszałem z jego ust właśnie argument: „przecież nie poszedł siedzieć, czyli sprawa nie była wcale taka jednoznaczna”. Nota bene, do dziś żaden przedstawiciel archidiecezji przemyskiej nie zadał sobie trudu skontaktowania się z kobietami skrzywdzonymi w Tylawie, mimo upływu prawie 20 lat od ujawnienia sprawy.

Wydawanie wyroków w zawieszeniu w tego typu sytuacjach było dość częstą praktyką polskich sądów na początku XXI wieku. Łagodność ta dotyczyła wówczas bynajmniej nie tylko sprawców duchownych, lecz to przypadki księży są najlepiej znane. Niestety, łagodność sędziów owocowała pobłażliwością kościelnych przełożonych. Wydaje się, że ani prokuratorzy, ani sędziowie, ani biskupi nie zdawali sobie wówczas sprawy z dalekosiężności destrukcyjnych i traumatycznych skutków molestowania seksualnego w dzieciństwie dla osób skrzywdzonych.

Tylko podotykał

Część kościelnych przełożonych mogła też mieć, a niektórzy być może do dziś mają – absolutnie zawinione jak na nauczycieli moralności – osobiste przekonanie o nieszkodliwości łagodniejszych form molestowania. Niektórzy sądzą zapewne, że za wykorzystanie seksualne można uznać tylko gwałt. A przecież on tylko sobie pogłaskał, podotykał, pomasował…

Dlatego być może – nawet jeśli w sądzie zapadł prawomocny wyrok, a przepisy watykańskie jednoznacznie nakazywały biskupom rozpoczynanie dochodzeń kanonicznych – oni jednak nie wszczynali postępowań. Wierzyli naiwnie w zapewnienia sprawców, że to się nie powtórzy. Przenosili ich do innych parafii lub diecezji. Mieli nawet subiektywne przekonanie, że przenosząc sprawcę w inne miejsce, chronią dzieci. W istocie: ukrywali, tuszowali, bagatelizowali.

Działając w ten sposób, biskupi okazywali duchownym sprawcom tanie miłosierdzie. Tanie, czyli takie, które nic od nich nie wymaga. Jednocześnie całkowicie ignorowali osoby pokrzywdzone, o których w oficjalnym nauczaniu Kościoła mówi się, że to właśnie one powinny stać w centrum kościelnych działań w zakresie przemocy seksualnej. Na tego typu błędy wielokrotnie wskazywali w ciągu ostatnich 20 lat eksperci, publicyści i wielu po prostu uczciwych ludzi. Bezskutecznie. Cenę za te karygodne zaniedbania biskupów płaci obecnie cały Kościół w Polsce.

Zawiniona ignorancja?

Zaniechanie podjęcia nakazanych kościelnym prawem działań przez bp. Janiaka, które stało się podstawą zawiadomienia złożonego przez prymasa Polski, trwało co najmniej dwa lata. W opisywanym przypadku zaniechanie bp. Napierały (kontynuowane od 2012 r. przez bp. Janiaka jako jego następcę) to aż piętnaście lat zwłoki. Sprawcę usiłowano ukryć w innej diecezji. Dochodzenia kanonicznego nie przeprowadzono. Nie powiadomiono Stolicy Apostolskiej. Dopiero po 15 latach… Czy ktoś poniesie konsekwencje tak karygodnego zaniedbania?

Kanclerz kurii kaliskiej broni swego obecnego szefa, pisząc – jak cytowałem wyżej – że bp Edward Janiak „do 2019 r. nie miał wiedzy co do sprawy” ks. Łukasza. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, gdyż znali dobrze tę sprawę i poprzedni biskup kaliski, i ówcześni kurialiści, którzy przecież z diecezji nie wyparowali, i wiele innych osób. Nawet jednak przyjmując wersję ks. Papuzińskiego, że bp Janiak o sprawie nie wiedział, to – mówiąc językiem kościelnym – jest to ignorancja zawiniona. Miał on bowiem, jako biskup diecezjalny, skąd się dowiedzieć. A ignorancją zawinioną nazywa teologia moralna sytuację, w której ktoś nie wiedział, choć wiedzieć powinien.

Co w tej sprawie stwierdzi kościelne dochodzenie? Formalne zawiadomienie w trybie motu proprio „Vos estis lux mundi” jest już w drodze (z załączoną treścią niniejszego artykułu). Pierwotnie miało trafić do nuncjusza apostolskiego. Jednak zgodnie z najnowszą decyzją watykańskiej Kongregacji ds. Biskupów – która „przeniosła na arcybiskupa metropolitę poznańskiego wyłączną kompetencję do zajmowania się sprawami oskarżeń o nadużycia seksualne wysuwanych wobec duchownych diecezji kaliskiej, czy to będących już w toku, czy też nowych” – wysłałem to zgłoszenie do abp. Stanisława Gądeckiego.

Przeczytaj również: „Jak to się robiło w diecezji kaliskiej (2)”