Jeśli myśleć politycznie, to wzywanie do bojkotu majowych „wyborów” lepiej schować na razie do kieszeni. I robić, co możliwe, aby odbyły się one kiedy indziej.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wybory prezydenckie nie powinny odbyć się w zaplanowanym terminie majowym, lecz przynajmniej kilka miesięcy później. Już 10 dni temu pisałem, że wybory w maju to drugi zabójczy wirus.

Nie jestem jednak zwolennikiem nawoływania obecnie do bojkotu tego głosowania. Przecież sprawa nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona. Prawo i Sprawiedliwość zaledwie zdołało (i to z wielkim trudem) przepchnąć przez Sejm kuriozalną ustawę o – niewykonalnym w obecnej sytuacji rzetelnie i bezpiecznie – powszechnym głosowaniu korespondencyjnym, które mogłoby się odbyć w szczytowym okresie rozwoju pandemii.

Akt oburzenia czy akt polityczny

Wielu moich znajomych, w tym redakcyjny kolega Jerzy Sosnowski, już teraz wzywa do bojkotu tych „wyborów”. Podzielając moralne przesłanki w kwestii oceny okołowyborczych działań kierownictwa PiS, patrzę jednak na całą sytuację nieco inaczej i nie zgadzam się z wnioskami przedstawianymi przez zwolenników ogłaszania bojkotu – zwłaszcza ogłaszania go już teraz.

Należy raczej koncentrować się na działaniach mogących skutecznie doprowadzić do przełożenia wyborów niż na aktach moralnego oburzenia, które dowodzą zarazem politycznej bezradności

Wezwanie do bojkotu wyborów jest aktem moralnego oburzenia. Oburzenie to jest całkowicie słuszne. Ma ono dla mnie charakter właśnie moralny, bez żadnej motywacji ideologicznej czy partyjnej. Twierdzę bowiem, że wprowadzenie wirusa wyborczych podziałów w zmęczone ogólnonarodową kwarantanną społeczeństwo zaowocuje niekontrolowalną wojną wszystkich ze wszystkimi. A tego powinniśmy unikać za wszelką cenę, gdyż i tak nie jesteśmy daleko w polskim życiu publicznym od aktów przemocy. Jeszcze bardziej groźne społecznie jest doprowadzenie do sytuacji, w której do podważenia byłaby demokratyczna legitymizacja wyboru głowy państwa.

Niestety, Jarosław Kaczyński – nie pierwszy zresztą raz – postanowił rządzić poprzez zaognianie podziałów i usiłuje doprowadzić za wszelką cenę do przeprowadzenia wyborów w maju, licząc na lepszy wynik swojego kandydata. Nie liczy się natomiast ani ze zdrowym rozsądkiem, ani z oporem opinii publicznej, ani z osłabieniem legitymizacji prezydenta, ani z dalszym rozkładem państwa.

Rozumiem więc doskonale poczucie bezradności wobec działań władzy, która w tak fundamentalnej sprawie kieruje się wyłącznie własnym partykularnym interesem. Sęk w tym, że wezwanie do bojkotu wyborów jest nie tylko aktem moralnego oburzenia – jest także aktem politycznym. I to aktem nieodwracalnym. Jeśli się raz wezwie do bojkotu, to już przed tymi samymi wyborami nie można nagle zmienić zdania. Chyba że za cenę autokompromitacji.

Działać, a nie bojkotować  

W chwili obecnej wzywanie do bojkotu jest przede wszystkim zdecydowanie przedwczesne. Zachęcanie obecnie ludzi do bojkotu tych „wyborów” to przyjęcie założenia, że nie da się w inny sposób doprowadzić do ich przełożenia. Po akt ostateczny, jakim jest bojkot, można sięgać po wyczerpaniu wszystkich innych możliwości odwołania majowego głosowania. A tu przecież przed nami są jeszcze kolejne etapy procedury parlamentarnej: najpierw w Senacie, a potem ponownie w Sejmie.

Wezwanie do bojkotu wyborów jest nie tylko aktem moralnego oburzenia – jest także aktem politycznym. I to aktem nieodwracalnym

Jeśli w takiej sytuacji już dziś (a właściwie: już 29 marca) do bojkotu wyborów wzywa kandydatka partii, która w praktyce kontroluje wyższą izbę parlamentu, to jest to jej wotum nieufności wobec własnych senatorów. Jeśli bojkot już dziś wspierają zwolennicy ugrupowań opozycyjnych, to znaczy, że nie zachęcają swoich przedstawicieli do działań politycznych mogących rozmontować w tej sprawie – wiszącą, jak się już okazało, na włosku –większość sejmową.

Przede wszystkim zaś w grę wchodzi inny jeszcze, dużo ważniejszy czynnik: rozwój pandemii. Bardzo prawdopodobne jest, że nastąpi tak wysoki wzrost zachorowań, że również wśród rządzących Polską przeważy jednak – mniejszościowa obecnie – opcja, że trzeba pomyśleć o dobru Polski, a nie tylko o interesach własnej formacji politycznej, a więc przełożyć wybory na inny termin, korzystając z dostępnych prawnych możliwości. Taką rolę może spełnić np. zapowiadana na „po świętach” rekomendacja ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego o wpływie wyborów na stan zdrowia społeczeństwa.

Możliwe szybkie zmiany

Obecnie zatem – poza, rzecz jasna, wspieraniem motywacji do kontynuowania ogólnonarodowej kwarantanny i akcjami na rzecz skutecznej walki z pandemią – należy zatem raczej koncentrować się na działaniach mogących skutecznie doprowadzić do przełożenia wyborów niż na aktach moralnego oburzenia, które dowodzą zarazem politycznej bezradności.

Im głębiej PiS brnie w nonsens powszechnych wyborów korespondencyjnych w szczytowym okresie pandemii, tym bardziej czytelna – także dla części zwolenników obecnego obozu rządzącego – staje się niska motywacja tych działań. Coraz wyraźniejsze stają się też podziały, a wręcz już pęknięcia w obozie władzy. Dziś na przykład były wicepremier Jarosław Gowin przekonuje – w liście do członków Porozumienia ujawnionym przez RMF – że z jego podejściem do kwestii terminu wyborów zgadzali się premier Mateusz Morawiecki i minister Szumowski. Możliwe stają się więc niemożliwe do niedawna zmiany w rządzącej koalicji. Tym bardziej możliwe stają się – nawet bardzo szybkie – zmiany politycznych sympatii w społeczeństwie.

Im głębiej PiS brnie w nonsens powszechnych wyborów korespondencyjnych w szczytowym okresie pandemii, tym bardziej czytelna – także dla części zwolenników obecnego obozu rządzącego – staje się niska motywacja tych działań

Cała ta historia świadczy o niedostatkach myślenia politycznego wśród znacznej części opozycji. Polityka musi mieć fundament etyczny, ale nie można jej sprowadzić do moralnego odruchu. Polityka jest bowiem sferą nie tyle wyrażania przekonań moralnych, ile szukania skutecznych sposobów realizacji działań uznawanych za słuszne. Jeśli więc myśleć politycznie, to wzywanie do bojkotu majowych „wyborów” lepiej schować na razie do kieszeni. I robić, co możliwe, aby odbyły się one kiedy indziej. A do zrobienia jest wciąż wiele. Dlatego nawet i ja piszę tu o bieżącej polityce, choć z zasady czynię to bardzo rzadko.

To uważam ja, Nosowski Zbigniew

Na koniec nota „metodologiczna”. Podkreślam stanowczo, że niniejszy tekst wyraża moją opinię jako autora, a nie stanowisko środowiska „Więzi”. Jesteśmy bowiem w naszym kręgu przekonani, że z podzielanych przez nas wspólnie analogicznych założeń co do wiary i kultury można wyprowadzać różne, nawet mocno odmienne, wnioski w kwestiach bezpośrednio politycznych – a o takiej sprawie tu mowa.

„Więź” nigdy nie utożsamiała się z żadną partią czy ideologią polityczną i nie ma zamiaru tego czynić. Koleżanki i koledzy z redakcji, z wydawnictwa czy z Zespołu Laboratorium „Więzi” nie muszą też wcale zgadzać się z tym, co wyżej napisałem. A tym bardziej Czytelnicy. Nie jest dla nas pustym frazesem jedno z naszych haseł promocyjnych: „Różni ludzie – jedna WIĘŹ”.