Czyli o tym, jak intelektualna uczciwość czasem wygrywa ze środowiskową solidarnością – na przykładzie tekstów ze stron Radia Maryja i Polonia Christiana.

Kiedy przeczytałem list pasterski abp. Andrzeja Dzięgi sugerujący, że nie można zarazić się koronawirusem przez wodę święconą ani przez Komunię przyjętą do ust, byłem szczerze zaskoczony. Jak profesor KUL-u, w dodatku biskup, może głosić tezy stojące w jawnej sprzeczności z podstawami katolickiej sakramentologii? Przecież konsekrowana hostia zachowuje wszelkie fizyczne właściwości hostii, a konsekracja nie usuwa z jej powierzchni ewentualnych wirusów.

Podobnego uczucia doznałem, gdy jakiś czas później ks. Tadeusz Guz (także profesor lubelskiej uczelni) przekonywał słuchaczy Radia Maryja (a później czytelników „Naszego Dziennika”) o tym samym – że przyjmując Komunię z uświęconych rąk kapłana jesteśmy absolutnie bezpieczni. No tak, pomyślałem sobie, magiczne podejście do sakramentów i skrajnie klerykalne do kapłaństwa (na dłoniach wszystkich może się przenosić wirus, tylko nie na dłoniach kapłańskich, wiadomo) ma się w polskim Kościele dobrze. I to, jak widać, także wśród księży i hierarchów, w dodatku z tytułami naukowymi.

Szybko ułożyłem sobie to wszystko środowiskowo – abp Dzięga to przedstawiciel skrajnie konserwatywnego skrzydła episkopatu, ks. Guz zdążył już nie raz skompromitować się swoimi wypowiedziami (m.in. broniąc prawdziwości mitu o żydowskich mordach rytualnych). Do tego – co też kluczowe – wypowiedzi obu były nagłaśniane i promowane przez określone media – prawicowe i skrajnie konserwatywne (Guz od lat jest stałym gościem w Toruniu). Nie dalej jak wczoraj powiedziałem mojej Babci, by modliła się dalej za pośrednictwem Radia Maryja, ale by absolutnie nie słuchała przygotowywanych tam audycji kościelno-publicystycznych (i tak, jak się okazało, ich nie słucha). Co więcej, w prywatnych rozmowach zdążyłem już przekonywać znajomych, że koronawirus może skończyć się u nas schizmą.

Terminy takie jak „substancja” (w znaczeniu tomistycznym, a nie potocznie używanym), „przypadłość” czy „transsubstancjacja” nie są znane większości katolików, niewielu zaprząta sobie nimi głowę

Oba zdania podtrzymuję. Co do drugiej kwestii – już widać, że postacie pokroju ks. Guza (umówmy się, nie jest on pojedynczym przypadkiem, raczej wyraża sposób myślenia wcale niemałej grupy naszych księży i świeckich) nie będą miały teraz – przynajmniej oficjalnie – lekko z kościelną hierarchią, zwłaszcza po publikacji świetnego dokumentu Komisji Nauki Wiary KEP o zachowaniu katolików podczas pandemii. A co, jeśli obecny stan związany z ograniczonym dostępem do sakramentów – jak wszystko na to wskazuje – potrwa jeszcze co najmniej kilka tygodni lub miesięcy, wyostrzając i tak już skrajne stanowiska?

A jednak na moim oglądzie sytuacji pojawiło się pewne załamanie. Robiąc poranny przegląd prasy (nieregularnie, ale jednak obejmuje on tytuły od prawa do lewa) natknąłem się na dwa sensowne teksty odpowiadające na pytanie o to, czy Komunia może roznosić śmiercionośnego wirusa. Zostały napisane w taki sposób, że już przystępniej by się nie dało (ale przy zachowaniu wysokiego teologicznego poziomu). Miłym zaskoczeniem było dla mnie miejsce ich publikacji – portal Polonia Christiana (PCh24) i strona Radia Maryja. Dodam, że nie znam autorów (kojarzę tylko książki jednego z nich, wydawane przez WAM i Tyniec).

Przyznałem powyżej, że dziwiły mnie wywody abp. Dzięgi i ks. Guza (oraz aprobata dla nich określonych środowisk). Wynikało to z mojego naiwnego założenia, że sprawa, której dotyczą, jest prosta. Może i jest, może tęgie głowy chrześcijaństwa na przestrzeni wieków próbowały wyrazić w języku (na ile to oczywiście możliwe) tajemnicę, w jaki sposób Jezus obecny jest w eucharystii. Ale przecież terminy takie jak „substancja” (w znaczeniu tomistycznym, a nie potocznie używanym), „przypadłość” czy „transsubstancjacja” nie są znane większości katolików (myślę teraz o świeckich), to wyrazy oderwane od codziennego słownictwa, obce mu i niewielu zaprzątało sobie nimi głowę (a duchowni, jak pokazują wymienione przeze mnie przykłady, mogli – jak to w życiu – niewystarczająco uważać na wykładach w seminarium).

O co tak naprawdę chodzi? Wyjaśnia Jan P. Strumiłowski OCist na łamach PCh24: „W języku metafizyki substancja oznacza istotę rzeczy, samo jej sedno, to czym sam byt jest. W takim znaczeniu substancja jest czymś różnym od przypadłości (czyli od tego, jakie coś jest)”, zaś „podczas konsekracji przypadłości nie zmieniają się, natomiast zmienia się sama substancja”. „Jeśli konsekracja powoduje przemianę samej istoty, a nie przypadłości, to znaczy, że nawet właściwości chleba nie zostają przez konsekrację zmienione. Stąd też gluten w konsekrowanej hostii nadal szkodzi osobom uczulonym na gluten” – dodaje. Jak to się ma do koronawirusa? Komunia może być takim samym „medium” zarażenia jak każda inna rzecz – wyjaśnia cysters. „Zarazić się można bowiem nie od Ciała Pańskiego, ale od zarażonej osoby, która ma kontakt z tym Ciałem”.

Jeszcze lepiej tłumaczy to ks. Mateusz Markiewicz IBP (tradycjonalista!) w tekście „Kielich, życia, kielich śmierci” opublikowanym na stronie radiomaryja.pl. Przywołuje on św. Tomasza z Akwinu, który radził ówczesnym duchownym, co mają zrobić, jeśli po konsekracji wina dowiedzą się, że zostało ono zatrute (takie widać były czasy). „Gdyby kapłan spostrzegł, że do kielicha wlano truciznę, w żadnym razie nie powinien spożywać zawartości i nie dawać jej do spożycia innym osobom, by kielich życia nie stał się kielichem śmierci” – stwierdzał Akwinata w swojej „Sumie teologicznej”. „Wino zmieszane z trucizną jest zatrutym winem, zaś konsekracja nie zmienia jego właściwości chemicznych, lecz coś o wiele bardziej ważnego, jego istotę. Krew Chrystusa jest w kielichu pod postacią zatrutego wina” – dodaje od siebie ks. Markiewicz.

Jak zauważa dalej, wystarczy teraz zamienić truciznę na koronawirusa. „Na przyjmowanej Komunii jak najbardziej mogą znajdować się wirusy, których słowa konsekracji nawet nie dotyczą. Świętość przyjmowanego sakramentu nic tutaj nie zmienia. Podobnie należy powiedzieć o kapłańskich dłoniach, które owszem są namaszczane, by uwidocznić otrzymaną w sakramencie święceń władzę błogosławienia rzeczy. Nie przeszkadza to im jednak w byciu nośnikiem bakterii czy wirusów. (…) Dłonie kapłana nie są obdarzone darem sterylizacji, automatycznego czyszczenia wszystkiego, co dotykają” – czytamy. Duchowny apeluje też: „pozbądźmy się magicznego myślenia w dziedzinie sakramentów, Łaska Boża nie niszczy natury, lecz ją doskonali”. „Nie myślmy także w sposób magicznych o kapłanach, jakby byli czarodziejami zdolnymi odpędzać najgorsze potwory, oczyszczającymi wszystko przez swój dotyk! Jesteśmy wyłącznie sługami Pańskimi, mającymi czynić, co On nam kazał. On zaś nam kazał zajmować się duszami, nie ciałami ludzi. Od leczenia ludzi są lekarze” – zaznacza.

„Gdyby kapłan spostrzegł, że do kielicha wlano truciznę, w żadnym razie nie powinien spożywać zawartości i nie dawać jej do spożycia innym osobom, by kielich życia nie stał się kielichem śmierci” – radził św. Tomasz z Akwinu

Wszystko to elementarz i nic nowego? Jasne, że tak. Wiem też, że jako pierwsi teologiczne błędy abp. Dzięgi punktowali Piotr Sikora oraz ks. prof. Alfred Wierzbicki (później też m.in. Józef Augustyn SJ). A jednak – umówmy się – ich tekstów nie przeczytają raczej (choćby ze względu na nieufność wobec redakcji, na których łamach zostały opublikowane) ci, którzy najgorliwiej chcą uczestniczyć w liturgii w czasie zarazy. Dopiero teraz katolicka nauka o istocie i przypadłości, klarownie wyjaśniona, ma szansę dotrzeć do sympatyzujących z toruńską rozgłośnią emerytów (tezy ks. Guza są przecież nie tylko klerykalno-pseudonaukowe, ale też narażały ich wręcz na śmierć) oraz przynajmniej do części osób, widzących w tym, co się obecnie dzieje, atak na Kościół i dyskryminację katolików.

Można oczywiście powiedzieć, że „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, że redakcyjna polityka prawicowych mediów to w tym przypadku być może gra w dobrego i złego policjanta. Można również utyskiwać na to, że tekst ks. Markiewicza trafił na stronę internetową rozgłośni, a nie został wygłoszony w eterze (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Lepiej chyba jednak w tym trudnym dla wszystkich czasie dostrzegać przebłyski światła w miejscach, których się nie spodziewamy (wspomnę tylko, że kiedyś – za sprawą recenzji „Kleru” – trafiłem na łamy PCh24 jako przykład „młodego, pseudochrześcijańskiego dziennikarza”).

Może zresztą sprawa jest znacznie prostsza – żaden uczciwy intelektualnie teolog nie może przyznać racji tezie, że Komunia w żadnym wypadku, nigdy nie roznosi zarazków. I to niezależnie od takich czy innych wewnątrzkościelno-środowiskowych sympatii.