92 proc. szkół miało być przygotowanych do zdalnego nauczania. Na podstawie jakich danych powstał ten wniosek? Dziś widzimy, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

Drodzy nauczyciele i rodzice, piszcie do nas o własnych doświadczeniach z nauczaniem on-line

Nauczyciele skarżą się, że już pierwszego dnia zdalnego nauczania padły Librus, Vulcan, Microsoft Teams. A Messenger i Facebook od rana ledwo zipał… bo jak poprzednie narzędzia zawiodły, to nauczyciele próbowali i tymi sposobami udowodnić, że pracują. To jakieś szaleństwo zmuszać dzieci, nauczycieli i coraz mocniej przeciążonych i w wielu przypadkach również pracujących zdalnie rodziców do brania udziału w tym cyrku.

Przedstawiając założenia ustawy o nauczaniu zdalnym, nikt w Ministerstwie Edukacji nie zastanawiał się, jak mają zrealizować je dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych, dzieci z rodzinnych domów dziecka, których nie stać na zakup komputera i stałego łącza zdolnego wytrzymać pracę kilkunastu, czasem kilkudziesięciu osób jednocześnie. Placówek, które podczas kwarantanny nie zakupią każdemu dziecku smartfona z dostępem do internetu.

Dzieci, które mają pecha urodzić się w rodzinach dysfunkcyjnych lub biednych – znów dostaną lekcję od życia, a w zasadzie od MEN, pokazującą, że lepszym zawsze będzie lepiej, a one zawsze będą miały pod górę

Myślę o rodzicach dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, którzy również mają obniżone możliwości intelektualne, o babciach samotnie wychowujących wnuczki, które stały się dla nich rodziną zastępczą po różnych przykrych wydarzeniach rodzinnych.

Myślę o miejscach, w których nawet GPS traci swój zasięg i nie można sobie udostępnić hotspota, bo nie ma czego udostępniać. Myślę o tych miejscowościach, w których kiedyś prowadziłam szkolenia rad pedagogicznych. I o chwilach, kiedy z przerażeniem odkrywałam, że tam nic nie działa, niczego nie ma. Zostają tradycyjne metody nauczania.

Myślę o tych wszystkich ludziach, bo potrafię wczuć się w ich położenie. Czy ktoś w MEN myśli?

92 proc. szkół miało być przygotowanych do zdalnego nauczania. Na podstawie jakich danych powstał ten wniosek? Dziś widzimy, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. W takim razie te 92 proc. placówek jest przygotowanych do czego? Do udawania, że to, co teraz robią, ma sens? Nie ma! Absolutnie żadnego!

Nauczyciele bojąc się o swoje wynagrodzenia, słysząc ministerialne słowa „otuchy”, żeby pokazali, że nie tylko potrafią strajkować, będą robili wszystko co w ich mocy, by udowodnić, że na te pieniądze zasługują.

Rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko i sami zostali zobowiązani do pracy zdalnej, będą wściekać się na ilość materiału zadanego do realizacji, brak możliwości pogodzenia wszystkich obowiązków, wytchnienia i odpoczynku.

Dzieci, które mają pecha urodzić się w rodzinach dysfunkcyjnych, biednych, które straciły wcześnie swoich rodziców – znów dostaną lekcję od życia, a w zasadzie od MEN, pokazującą, że lepszym zawsze będzie lepiej, a one zawsze będą miały pod górę.

Jak mają zrealizować nauczanie zdalne dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych, z rodzinnych domów dziecka, których nie stać na zakup komputera i stałego łącza?

Nierówności społeczne pogłębią się jeszcze bardziej, gdy dojdzie do egzaminów ósmoklasisty i maturalnych. Jak przygotować ma się do tych egzaminów samodzielnie młody człowiek mieszkający w rodzinie z problemem alkoholowym, mający rodziców niepełnosprawnych intelektualnie, dysfunkcyjnych, kiedy problemem jest już samo odizolowanie społeczne i konieczność wytrzymania w domu rodzinnym? Jak silną wolą będzie musiał wykazać się ten, którego rodzice piją i biją się każdego dnia, a nauczyciel organizuje webinar i każe uruchomić kamerę obnażającą całe jego domowe nieszczęście przed kolegami z klasy?

A co ma zrobić dziecko z depresją i myślami samobójczymi, które każdego dnia dzięki ministerialnej próbie malowania trawy na zielono przekonuje się, że nic nie wie, niczego nie rozumie, nic nie znaczy? Czy MEN pamięta te przerażające statystyki, że Polska jest na drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw wśród dzieci i młodzieży? To nie jest tak, że pojawienie się koronawirusa zneutralizowało wszystkie inne problemy dzieci!

Mogłabym pokusić się o stwierdzenie poparte badaniami naukowymi, że już sama długotrwała izolacja może prowadzić do pogorszenia zdrowia psychicznego u osób niewykazujących wcześniej podobnych trudności, a w przypadku istniejących wcześniej problemów tylko je wzmocni. Tak więc dziecko lękowe może zacząć panicznie bać się o to, że jego rodzice nie wrócą z zakupów, umrą, nie dotrą do domu z pracy. Dziecko agresywne, nadpobudliwe, przeładowane nadmiarem obowiązków i koniecznością nieustannego kontaktu z wysokimi technologiami może zacząć sprawiać jeszcze większe problemy wychowawcze. Te problemy będą narastać! Skoro z niektórymi trudnościami nie mogli poradzić sobie specjaliści i terapeuci w różnego rodzaju placówkach i ośrodkach, to jak ma uporać się z tym rodzic zmuszony do ślęczenia z dzieckiem przed komputerem i odhaczania kolejnych zadań z podstawy programowej?

A co z dzieckiem, które mając 14-18 lat, opiekuje się piątką swojego młodszego rodzeństwa, bo rodzice muszą iść do pracy w Żabce, Biedronce, Pogotowiu Ratunkowym, a jego bracia i siostry nie mają dokąd iść, dlatego od 16 marca wszyscy siedzą na kupie na 40-50 metrach kwadratowych?

A jak powinien się zachować maturzysta, kiedy przed komputerem w tym samym czasie ma uczyć się jego 14-letni brat i siostra chodząca do przedszkola?

Dobrze, że jeszcze żłobki nie wprowadziły zdalnej nauki. Mogłabym tak do jutra mnożyć przykłady tego „przygotowania” do nauczania zdalnego. Tylko po co?

A gdyby tak od września powtórzyć naukę na tym samym poziomie? Powiedzieć dzieciom, że sytuacja jest wyjątkowa, że w związku z tym mogą skorzystać z oferty przygotowanej przez nauczycieli, ale nie muszą

Nie jesteśmy przygotowani do nauczania on-line. Są miejsca, które bez odpowiedniego wsparcia nigdy do takiego nauczania przygotowane nie będą. Taka nauka, jaką MEN chce dziś uskuteczniać, nie ma absolutnie żadnego sensu – robi więcej szkody niż pożytku. Jako specjaliści, profesjonaliści, nauczyciele możemy próbować coś robić dla uczniów i ich rodzin, możemy być dostępni, być w stałym kontakcie, próbować pomóc zająć dzieciaki jakimiś pasjami, rozwijać ich zainteresowania, ale nie da się niczego sensownego nauczyć w taki sposób, w jaki to się dzieje w tym momencie.

Jest jakaś część nauczycieli, która od lat wykorzystywała nowoczesne technologie. Jest jakaś część, która uczy się wszystkiego razem z dziećmi. Jest też i grupa, która tego nie ogarnie w ciągu tygodnia, dwóch. Są też warunki, na które nauczyciele nie mają wpływu. Moje limity internetu skończyły się po tygodniowej próbie takich działań – dokupiłam większy pakiet… A co, jeśli kogoś nie stać? Jeśli właśnie stracił źródło utrzymania, bo pracował na umowę zlecenie, prowadził restaurację, firmę eventową, transportową, kosmetyczną czy jakąkolwiek inną, która z powodu ograniczeń dziś nie funkcjonuje? Jak wytłumaczyć dziecku, że nie może brać udziału nawet w świetnie przygotowanych zajęciach on-line, bo mamusi nie stać na chleb, nie mówiąc już o dokupieniu pakietu internetowego?

Żal mi tych dzieci (przemęczonych, przestraszonych i przytłoczonych nadmiarem, o których zdrowie psychiczne nie troszczy się już prawie nikt), żal nauczycieli (niepewnych swojej przyszłości, którzy zamiast wsparcia dostają połajanki, że powinni więcej szybciej, teraz, już.. z których trudnymi przeżyciami – lękiem, strachem, bezradnością – MEN się zupełnie nie liczy), żal umęczonych tym całym szaleństwem rodziców.

Gdyby MEN umiało oddzielić to, na co ma wpływ, od tego, na co nie ma wpływu – podjęłoby mądre, wspierające wszystkich decyzje. Nie mamy wpływu na pojawienie się wirusa, ale na to, co zrobimy ze wspólnie spędzonym czasem, już tak. Wystarczy mądra ustawa…

Już sama długotrwała izolacja może prowadzić do pogorszenia zdrowia psychicznego u osób niewykazujących wcześniej podobnych trudności, a w przypadku istniejących wcześniej problemów tylko je wzmocni

A gdyby tak od września powtórzyć naukę na tym samym poziomie? Powiedzieć dzieciom, że sytuacja jest wyjątkowa, że w związku z tym mogą skorzystać z oferty przygotowanej przez nauczycieli, ale nie muszą; że mogą skorzystać z pomocy psychologów, pedagogów i terapeutów z poradni, ale też nie muszą; że mogą rozwijać swoje zainteresowania i pasje, ale nie muszą; że w TVP (podobno telewizja z misją społeczną, tak obficie ostatnio dotowana) będą realizowane programy edukacyjne i powtórki materiału szkolnego, a także eksperymenty naukowe, z których można, ale znów nie trzeba skorzystać.

A gdyby tak dać dzieciom wskazówki, jak radzić sobie z tą nową dla wszystkich sytuacją? Sprawdzić, jakie są faktyczne możliwości zdalnego nauczania wszystkich dzieci w Polsce, a w tym czasie nauczyć nauczycieli, jak uczyć zdalnie. Gdyby zamiast wymagać i rozliczać być wsparciem dla dzieciaków, które w tej nierównej walce z wirusem być może stracą także swoich bliskich? A gdyby tak pozwolić dzieciom i rodzicom na kontakt mailowy, skype’owy, telefoniczny z nauczycielami, ale na spokojnie, bez budowania murów niechęci i zasiek obojętności, bez udowadniania kto pracuje, a kto się leni?

Czasem mniej naprawdę znaczy więcej. A gdyby tak pokazać tym dzieciom, że ich życie może być piękne, że mogą odkryć siebie, swoje powołanie, zainteresowanie, pasję, że to wszystko ma jakiś sens, i choć to trudny czas, to mogą wyjść z niego mocniejsi, mądrzejsi, dojrzalsi?

Ale żeby dojść do takich wniosków, ktoś w MEN musiałby myśleć… A może to gorączka mnie odebrała rozum?

Drodzy nauczyciele i rodzice, piszcie do nas o własnych doświadczeniach z nauczaniem on-line

Tekst ukazał się 25 marca na Facebooku autorki. Tytuł od redakcji