Pandemia powinna skłonić nas do narodowej dyskusji nie tylko o służbie zdrowia, lecz także o organizacji rynku pracy, a nawet szerzej – systemu społeczno-ekonomicznego.

Takiej uwagi jak w ostatnich tygodniach polska opieka zdrowotna nie przyciągała przez minionych trzydzieści lat ani razu. Ucichły głosy, jakie do tej pory nadawały ton: że Narodowy Fundusz Zdrowia ma dość pieniędzy, ale źle nimi zarządza. Zapominamy przy tym, że wieloletnie zaniedbywanie sektora ochrony zdrowia będzie wymagało zapewne równie długiego okresu, w którym zwiększone wydatki i reorganizacja w odczuwalny sposób poprawią dostępność i jakość świadczonych usług. O tym, by nagły zastrzyk gotówki uratował nas przed bardziej pesymistycznymi scenariuszami rozwoju pandemii, nie ma nawet co marzyć.

Ogromny wyłom powstał szczególnie w zasobach kadrowych: brakuje nie tylko lekarzy wielu specjalizacji, ale przede wszystkim ratowników medycznych, techników, salowych. Najgorzej jest chyba w zawodach położnej i pielęgniarki – w których średnia wieku zbliża się do 53 lat. Ponieważ w tym fachu 98 proc. pracowników to kobiety, za około pięć lat blisko połowa pielęgniarek i położnych będzie w wieku ochronnym (56 lat).

Aż 2,5 mln Polaków nie ma ubezpieczenia zdrowotnego

Polskę toczą jednak choroby systemowe daleko wykraczające poza sferę opieki zdrowotnej. Są przy tym o wiele groźniejsze i społecznie bardziej kosztowne – nie tylko podczas epidemii. Czy zastanawiali się Państwo, kto boi się pójść do lekarza mimo objawów infekcji? Albo kto nie może sobie pozwolić na chorowanie, choć rozsiewa zarazki mogące osłabić innych i czynić ich bardziej podatnymi na pochodzącą z Azji plagę? Pandemia powinna skłonić nas do narodowej dyskusji nie tylko o służbie zdrowia, lecz także o organizacji rynku pracy, a nawet szerzej – systemu społeczno-ekonomicznego.

Zacznijmy od tego, że poza systemem NFZ jest co najmniej 4,7 mln polskich obywateli. Tę liczbę możemy szczęśliwie zmniejszyć o połowę – to nasi emigranci zarobkowi, którzy przebywają poza granicami. Większość z nich ma ubezpieczenie zdrowotne na obczyźnie, a ponieważ większość naszej emigracji trafia do krajów Unii Europejskiej oraz krajów EFTA (m.in. Norwegia, Islandia i Szwajcaria), to nawet, jeśli pandemia zaskoczyła ich podczas pobytu w Polsce, mają oni prawo do korzystania z naszej służby zdrowia.

A jak to możliwe, że aż 2,5 mln Polaków nie ma ubezpieczenia zdrowotnego? Po pierwsze, według najbardziej konserwatywnych szacunków GUS, w 2017 roku (najnowsze dostępne dane) bez żadnej umowy pracowało w naszym kraju co najmniej 880 tys. osób. Spokojnie można założyć jednak, że ta liczba jest blisko dwukrotnie większa. Do tego dochodzi grupa osób pracujących wyłącznie na umowy o dzieło, które nie zapewniają dostępu do publicznej służby zdrowia. Trudno dokładnie ocenić ile jest takich osób – GUS w opracowaniu „Wybrane zagadnienia rynku pracy. Dane dla 2018 roku” podaje, że na podstawie umów cywilno-prawnych zatrudnionych jest w Polsce 1,3 mln. Systemu nie uszczelnia możliwość dobrowolnego ubezpieczenia w NFZ – z opcji tej korzysta zaledwie ok. 23 tys. osób. Dodatkowo mamy osoby bezrobotne, które nie zarejestrowały się w Powiatowym Urzędzie Pracy. W III kwartale 2019 roku (najnowsze dostępne dane), z grona 532 tys. osób dotkniętych bezrobociem aż 327 tys. nie trafiło do PUP-u. Spora ich część nie może liczyć na objęcie ubezpieczeniem przez małżonka czy ze względu na uczenie się lub studiowanie.

Jeśli zaś chodzi o obcokrajowców, to w końcu września 2019 roku w rejestrach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych znajdowało się 651 tys. osób, z czego 479 tys. stanowili Ukraińcy. Choć ZUS informuje o liczbie osób odprowadzających składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, można przyjąć, że w praktyce odpowiada to także liczbie obcokrajowców z ubezpieczeniem zdrowotnym. Tymczasem w 2019 roku wydano obcokrajowcom w naszym kraju 445 tys. zezwoleń na pracę (74 proc. przypadało na Ukraińców). Ponieważ 97 proc. z nich było zezwoleniami typu A, przy których maksymalny okres ważności to trzy lata, można założyć, że na podstawie tych zezwoleń pracuje u nas ok. 900 tys. osób (ok. 670 tys. Ukraińców).

Nawet 5 mln mieszkańców Polski nie stać na chorowanie

Oprócz tego w danej chwili w Polsce może pracować ok. 70 tys. osób na podstawie zezwolenia na pracę sezonową (99 proc. to Ukraińcy) – takie dokumenty ważne są pół roku, wystawiono ich w 2018 r. 121 tys., a w I połowie 2019 r. – 70 tys. No i w końcu – 1582 tys. osób, jakie w 2018 r. widniały na listach pracodawców, składających w urzędach pracy oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi (w I połowie 2019 r. było ich 846 tys., 90 proc. przypadało na Ukraińców). Ponieważ ta grupa także przyjeżdża na pół roku, po czym wraca do ojczyzny, możemy założyć, że w danym momencie przebywało ich w Polsce ok. 850 tys.

Uzyskujemy w ten sposób łącznie ok. 1,8 mln gastarbeiterów (1,5 mln Ukraińców), z których ok. 1,1 mln (1 mln Ukraińców) nie miało ubezpieczenia zdrowotnego. 

Zatem w chwili, gdy pandemia czyni kwestię opieki zdrowotnej sprawą kluczową, blisko 3,6 mln, a więc jedna dziesiąta mieszkańców naszego kraju może obawiać się wizyty u lekarza ze względu na koszty, jakie to może za sobą pociągnąć. Choć sytuacja kryzysowa sprawiła, że zasady sprawdzania uprawnień do uzyskania bezpłatnej pomocy w publicznej służbie zdrowia zostały zawieszone, to wielu przedstawicieli tej grupy może mieć obawy, czy po wszystkim nie zostaną jednak zobowiązani do pokrycia kosztów leczenia.

Ten lęk może być udziałem szczególnie cudzoziemców, którzy w większości przebywają u nas niezbyt długo, zderzają się z barierą językową, a doświadczenia z polską administracją (np. nawet roczne czekanie na zezwolenie na pobyt czy zezwolenie na pracę) skłaniają raczej do braku zaufania niż wiary w dotrzymanie reguł czy prymat moralności nad biurokracją. Do tej pory nie poświęcaliśmy temu problemowi szczególnej uwagi. Dziś musimy zdać sobie sprawę z potencjalnych kosztów tego zjawiska i jego wpływu na rozprzestrzenianie się wirusa.

Druga kwestia to prawo do chorobowego. Na utrzymanie choćby 80 proc. dochodów, jakie przysługują pracownikowi na podstawie zaświadczenia lekarskiego o czasowej niezdolności do pracy (popularnie zwanego L4), nie mają co liczyć osoby pracujące na czarno (1,8 mln) ani osoby pracujące na umowach cywilno-prawnych (1,3 mln), gdyż większość osób na umowach zlecenie nie płaci składki chorobowej. Jednak do tych 3,1 mln bez prawa do chorobowego należy doliczyć osoby, które nie mogą sobie pozwolić na chorowanie – ze względu na to, że to oznacza znaczący wyłom w miesięcznym budżecie ich gospodarstwa domowego. 

Rozwiązania, które składają się na tzw. tarczę antykryzysową, nie odpowiadają na cywilizacyjne i humanitarne wyzwania, z którymi mamy do czynienia

Po pierwsze, zdecydowana większość samozatrudnionych (jednoosobową działalność gospodarczą prowadzi wg GUS 1,3 mln osób) płaci najniższe możliwe składki, co oznacza również najniższy możliwy zasiłek chorobowy (zwykle mniej niż 2,2 tys. zł na rękę miesięcznie).

Po drugie, istotna część pracujących na umowę o pracę zarabia niewiele ponad minimalne wynagrodzenie (plus ewentualnie kilkaset złotych), ale pracodawca już poza umową płaci im „pod stołem”. W razie choroby pracodawca zwykle nie kwapi się do płacenia umówionej, niezarejestrowanej nigdzie premii – co ma wpływ na decyzję o pozostaniu w łóżku w razie choroby. Jaka była liczba osób, jak istotną część płacy otrzymują pod stołem lub – rzadziej – na podstawie umowy o dzieło wystawionej przez zaprzyjaźnioną firmę związaną personalnie lub kapitałowo z pracodawcą? Bardzo trudno coś takiego określić, ale z dużą dozą pewności więcej niż milion.

Po trzecie w końcu, duża część Polaków zarabia na tyle mało, że nawet jeśli nie ma do czynienia z przekrętami i płaceniem pod stołem, to nie może sobie pozwolić na utratę 20 proc. dochodów, co następuje w przypadku uzyskania zwolnienia lekarskiego. Ponad 34 proc. pracujących w firmach zatrudniających powyżej 9 pracowników otrzymywało miesięcznie nie więcej niż 2400 zł na rękę. A jak było w mikroprzedsiębiorstwach? Nie znamy dokładnych rozkładów statystycznych pensji, ale z góry można założyć, że było znacząco gorzej.

Wystarczy wspomnieć, że średnie wynagrodzenie dla pracowników mikrofirm wynosiło na rękę 2213 zł, a więc o 1340 zł mniej niż w przedsiębiorstwach powyżej 9 zatrudnionych. Trudno oczywiście powiedzieć, przy jakim poziomie dochodu pracownik nie może sobie pozwolić na chorowanie. Ale wiele analiz – w tym GUS i NBP – pokazuje, że ponad połowa gospodarstw domowych nie oszczędza i w praktyce nie może sobie pozwolić na nagły wydatek rzędu 1000 zł. Według badania przeprowadzonego na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych – Związku Pracodawców, w I kwartale 2019 roku oszczędzało 46 proc. dorosłych Polaków, 39 proc. nie było w stanie tego robić ze względu na dochody, 11 proc. przejadało oszczędności, a 4 proc. wpadało w długi.

Uczestnicy konferencji prasowej o tzw. tarczy antykryzysowej. W środku premier Mateusz Morawiecki
Uczestnicy konferencji prasowej o tzw. tarczy antykryzysowej. W środku premier Mateusz Morawiecki. Warszawa, 18 marca 2020 r. Fot: Krystian Maj / KPRM

Nie będzie dużym nadużyciem przyjęcie, że jedna trzecia pracujących będzie wolała pójść do pracy z objawami infekcji ze względu na obawę o to, czy wystarczy im na czynsz i opłaty.

Oznacza to, że nawet 5 mln mieszkańców Polski nie stać na chorowanie. Nic więc dziwnego, że badanie TNS, przeprowadzone w 2015 r. na zlecenie koncernu GlaxoSmithKline (GSK), wykazało, że 45 proc. chorych Polaków mimo dolegliwości udaje się do pracy. Przecież prócz presji ekonomicznej występują jeszcze naciski ze strony szefa, krzywe spojrzenia kolegów, na których spadły dodatkowe obowiązki oraz wewnętrzne poczucie odpowiedzialności i ambicje. W takich realiach mierzenie się z pandemią – nawet przy zamknięciu szkół i przedszkoli, odwołaniu imprez masowych i zawieszeniu odprawiania mszy – nie wystarczy i wirus ostatecznie zakazi większość populacji.

Czas zastanowić się, jak zmniejszyć do minimum zjawisko pracy na czarno, jak wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy, jak zapewnić ubezpieczenie zdrowotne wszystkim obywatelom kraju

To nie jest ostatnia pandemia, jaka dotyka nasz kraj, ani pierwszy kryzys, z którym mierzy się nasza gospodarka. Rozwiązania, które składają się na zaprezentowaną wczoraj tzw. tarczę antykryzysową, nie odpowiadają jednak na opisane tu cywilizacyjne i humanitarne wyzwania, z którymi mamy do czynienia: nieobjęcie ubezpieczeniem zdrowotnym 3,6 mln mieszkańców naszego kraju, formalna niedostępność zwolnienia chorobowego u kolejnych 1,3 mln oraz ekonomiczny przymus przychodzenia do pracy mimo dolegliwości chorobowych, jakiego doświadcza nawet 5 mln pracujących. Łącznie mówimy więc o jednej trzeciej dorosłych, w przeważającej części okupujących dolne szczeble drabinki dochodów i pozycji społecznej.

Co mówi to o naszym państwie i systemie społeczno-ekonomicznym, jaki w nim dominuje? Jakie koszty społeczne i ekonomiczne generuje taki stan rzeczy? Czy to są fundamenty, by dalej się rozwijać, biorąc pod uwagę, że przyszłość może nieść coraz więcej i więcej niespodzianek? I w końcu: czy nie mamy moralnego obowiązku, by zadbać o tych, którzy boją się pójść do lekarza i stawiają się na stanowisku pracy nawet z kaszlem i gorączką?

Wchodzimy w trzecią dekadę XXI wieku i należymy do czterdziestki najzamożniejszych, najbardziej rozwiniętych krajów świata – może już czas zastanowić się, jak zmniejszyć do minimum zjawisko pracy na czarno, jak wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy, jak zapewnić ubezpieczenie zdrowotne wszystkim obywatelom kraju. A także: jak rozciągnąć prawa, jakie zapewnia umowa o pracę, na wszelkie inne umowy tak, by elastyczność rynku pracy stała się realną opcją, a nie maską, za którą kryje się unikanie płacenia składek czy korzystanie z liniowego podatku dochodowego. Solidarność opłaca się nie tylko w czasie pandemii.