Przy Jeanie Vanierze dowiedziałem się, czym jest Kościół. A jednak prawda o jego drugim obliczu jest sprawdzona i dowiedziona. Wyrażam głęboki szacunek kobietom, które zdecydowały się o tym mówić – pisze w liście do członków „Wiary i Światła” oraz „Arki” bp Gérard Daucourt, ich były doradca ekumeniczny.

List otwarty do członków wspólnot „Wiara i Światło” oraz „Arka”:

Drodzy przyjaciele,

Odkąd dotarły do nas przerażające wiadomości dotyczące Jeana Vaniera, bardzo wielu z was stara się mnie wesprzeć wyrażając mi swoją sympatię i dzieli się ze mną swoimi odczuciami. Dziękuję wam za przyjaźń i modlitwy.

Sam jestem oszołomiony, a przede wszystkim głęboko zasmucony nadużyciami ze strony Jeana, współczuję osobom, które padły ich ofiarą; współczuję także wspólnotom „Arki”, od których tak wiele otrzymałem, a które ten skandal boleśnie dotknął.

Wyrażam głęboki szacunek kobietom, które zdecydowały się mówić po to, by wspólnota „Arka” odnalazła drogę sprawiedliwości i prawdy, i na przyszłość mogła uniknąć podobnych błędów. Uświadamiam sobie, jak wiele one wycierpiały. Podziwiam to wszystko, co zrobili, napisali i powiedzieli odpowiedzialni za „Arkę”, Stéphane Posner, Stacy Cates-Carney, Pierre Jacquand i biskup d’Ornellas, abyśmy znali prawdę. Dzięki temu wspólnoty „Arki” będą żyły w większej wolności.

Jestem głęboko zasmucony i wstrząśnięty. Od ponad pięćdziesięciu lat Jeana i mnie łączyła silna więź. Bardzo mi pomógł, relacja z nim wiele mi dała. On sam i członkowie wspólnot „Arki” wywarli silny wpływ na moją posługę kapłańską i biskupią, sami o tym wiecie, sami mieliście możność to zaobserwować. Jean zawsze był dla mnie mądrym doradcą. Raz czy dwa uratował mnie nawet przed zatonięciem, kiedy w mojej posłudze kapłańskiej zalały mnie wody ciężkich doświadczeń. Dobro, które mi wyświadczył, podobnie jak tysiącom osób, jest ogromne i trwałe. Przy nim i we wspólnotach „Arki” dowiedziałem się, czym jest Kościół: jest wspólnotą miłosierdzia i nadziei, świętowania, przebaczenia i posługi, wspólnotą łączącą ubóstwo i bogactwo jej członków, którzy wzajemnie siebie potrzebują (zob. mycie stóp), aby móc wzrastać i iść naprzód. Jean i wspólnota „Arche” doprowadzili mnie do serca Ewangelii i pozwolili mi w nim trwać. Jestem im za to ogromnie wdzięczny i wdzięczność tę zachowam.

Na tych świetlistych wyżynach nagle poczułem zawrót głowy, bo musiałem spojrzeć również w to dotychczas ukryte oblicze Jeana, które zostało przed nami odsłonięte. Nie mogę w to uwierzyć, nie mogę tego zrozumieć. A jednak jest to prawda, sprawdzona i dowiedziona. Gdyby Jean zawinił odstępstwami od czystości i właściwego postępowania chrześcijańskiego żałowałbym, że tak się stało, ale nie wydawałbym osądu mając pełną świadomość, że nie mam prawa pierwszy rzucać na niego kamień. Ale stało się coś gorszego: Jean naruszył wolność i integralność wielu kobiet. Wykorzystał je w ramach towarzyszenia duchowego, także seksualnie, i przyprawił o cierpienie, co w pełni zasługuje na potępienie.

Ale to jeszcze nie wszystko i tu muszę przyznać, że nic już nie rozumiem. To Ojciec Tomasz wprowadził Jeana w te skandaliczne praktyki. Przynajmniej do 2005 roku Jean wyznawał erotyczno-pseudo-mistyczne teorie tego zakonnika. Jakim sposobem Jean Vanier, wykładowca filozofii, człowiek wielkiej kultury, człowiek o międzynarodowej renomie, przyjaciel i obrońca uciskanych i wszystkich ubogich mógł uwierzyć, że punktem wyjścia tych równie szkodliwych co niedorzecznych teorii i praktyk jest tajemnica powierzona Ojcu Tomaszowi (przez Boga? Przez Dziewicę Maryję? W każdym razie w ramach jakoby duchowego doświadczenia rodzącego perwersję)? Tajemnica, której „Kościół chwilowo nie był w stanie zrozumieć” (tak powiedział Ojciec Tomasz i on sam w swoim czasie nie dziwił się, że Jan XXIII prosił Jeana Vaniera, by „odłączył się od Ojca Tomasza”, bo ten papież „nie potrafił zrozumieć!”).

Nie wiem jak to się stało, że Jean mógł w to uwierzyć i tym żyć, i słuchać tego „cichego głosu sumienia”, o którym tak często nam mówił. Przemilczał te swoje działania i skłamał twierdząc, że nic nie wiedział o działaniach Ojca Tomasza. Czy postąpił tak dlatego, że sam uznawał je za złe? A może również uważał, że my „chwilowo nie jesteśmy w stanie zrozumieć?”. W każdym razie jest to nie do przyjęcia, to przerasta nasze możliwości rozumienia, szczególnie jeśli się kochało Jeana Vaniera, znało głębię jego przesłania i promieniowanie jego osobowości. A mimo to nie mam innego wyjścia jak tylko potwierdzić prawdziwość tych niedorzecznych zjawisk; mogę tylko zadawać sobie pytania i z bólem przyznać, że nie mam na nie odpowiedzi. Dlaczego do końca się wypierał (może z wyjątkiem rozmowy z jedną z tych osób, na krótko przed śmiercią, ale nawet wówczas powiedział: „myślałem, że to będzie dla ciebie dobre”)? Ktoś wyraził opinię, że Jean mógł być „schizofrenikiem dotkniętym amnezją, którego czyny pozostawały poza świadomością”. Nie wiem, czy taka opinia znalazłaby potwierdzenie w psychologii i psychiatrii. W każdym razie w niczym nie zmniejsza to powagi popełnionych czynów, ani wielkości zadanego cierpienia, ani ogromu naszego smutku. Pokazuje to też, że Jean od młodości do śmierci pozostawał pod nieprawdopodobnym wpływem Ojca Tomasza.

Te wszystkie ujawnione czyny mają nieobliczalne konsekwencje. Mam na myśli przede wszystkim wspólnoty „Arki” i „Wiary i Światła”, które doznały strasznego wstrząsu. Wierzę w ich przyszłość, bo jestem przekonany, że to właśnie osoby niepełnosprawne, poprzez swoją prostotę i siłę do życia chwilą teraźniejszą, pomogą nam wszystkim pójść naprzód dzięki łasce Bożej. Czyż one wszystkie, jako tajemnicza obecność Jezusa, który się z nimi utożsamił, nie są źródłem jedności?

Cała ta sprawa uderza również w misję Kościoła i tych wszystkich, którzy poza Kościołem służą ubogim, niepełnosprawnym, wykluczonym, ciemiężonym. Mam na myśli także wszystkich ludzi szukających sensu, którzy zwracają się lub zwracali się ku Bogu, ku Ewangelii. Nie mogę zapomnieć o tych, którzy bezustannie atakują chrześcijan („hipokrytów w pełnym hipokryzji Kościele”). Ci ostatni znajdą tu wodę na swój młyn.

Zmuszeni jesteśmy uznać, że te wydarzenia zadziałały jak hamulec w głoszeniu Dobrej Nowiny. Nie szukam łatwych słów pocieszenia, ale staram się umocnić moją wiarę i nadzieję, by przejść przez tę ciemną dolinę. Moja wiara pozostaje niezmienna, ale zadaję sobie pytania, a moja wiara nie udziela mi odpowiedzi ani rozwiązań na wszystko. Nie chcę pobożnymi słowami nadawać tej tragedii fałszywie „duchowego” wymiaru, ale idę naprzód przekonany, że „ani śmierć, ani życie … ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8, 38-39).

Zastanawiam się nad jeszcze jedną konsekwencją. To Jean Vanier, poprzez swoje rekolekcje i konferencje, książki i kontakty, utrzymuje historyczną i duchową więź między „Arką” i jej kolebką, to znaczy Ewangelią, czyli Panem Jezusem. Odniesienie do samego Jeana z pewnością osłabnie, a więc także jednoznaczne odniesienie do kolebki „Arki”. Aby zapewnić przyszłość wspólnoty otwartej dla wszystkich należy mieć nadzieję, że zawsze będą w niej chrześcijanie zdolni słowem i czynem zaświadczyć o tym, co ona otrzymała u swoich początków, bo Ewangelia stanowi część tożsamości „Arki”. W każdym razie ja jestem o tym głęboko przekonany.

Drodzy przyjaciele, „w modlitwie jestem z wami pośród ruin Jeruzalem”, napisał do mnie przyjaciel zakonnik. Owszem, pozostały ruiny i wszyscy mieszkańcy kraju Arki są na wygnaniu, i my razem z nimi. Nie ma już „proroka”, a nam z trudem przychodzi słuchać jego głosu z przeszłości, chociaż ten głos wciąż ma wartość. Ale „świątynia” (=„Arka” + „Wiara i Światło”) nie została zburzona, a mali i ubodzy są prorokami wzywającymi do miłości, owocu współczucia, sprawiedliwości i prawdy. Wszyscy mamy tak postępować, by nasze wygnanie zakończyło się wyjściem, które poprzez tę ciężką próbę zaprowadzi nas do wolności ziemi obiecanej. Obaj międzynarodowi koordynatorzy „Arki” w przesłaniu do wspólnot napisali: „to, o czym się dziś dowiedzieliśmy, jest ciężką próbą i zachwiała naszą równowagę, ale to, co straciliśmy z poczucia pewności mamy nadzieję odzyskać w dojrzałości; mamy nadzieję prowadzić Arkę bardziej sprawiedliwie i z większą wolnością”. Wierzę, że ciężka próba może nas przyprawić o utratę czegoś, co odzyskamy w większej ilości i lepsze jakościowo. A nawet, że: „ciernie przeszkadzające nam w marszu zasilą ogień, który oświeci drogę”, jak napisał brat Alojz z Taizé. Oprzyjmy się na Panu Bogu. Prośmy o światło i siłę Ducha Świętego. Módlmy się za „Arkę”, za „Wiarę i Światło”, za wszystkich ich członków i przyjaciół. Oby wszyscy mogli już teraz śpiewać: „Oto Bóg przychodzi mi z pomocą. Bóg jest z tymi, którzy mnie wspierają. Śpiewam Tobie, bo Ty mnie podnosisz” (Taizé).

Z modlitwą w intencji was wszystkich i z przyjaźnią.

+ Gérard Daucourt

Tłum. Maria Żurowska

Gérard Daucourt, emerytowany biskup Nanterre, był m.in. pracownikiem Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan oraz przewodniczącym komisji ds. ekumenizmu francuskiej konferencji biskupów. W 1991 został biskupem Troyes, a w 1998 biskupem Orleanu. W czerwcu 2002 został przeniesiony na urząd biskupa diecezjalnego Nanterre. Przeszedł na emeryturę w 2013 r. Przez wiele lat był ekumenicznym doradcą ruchów „L’Arche” oraz „Wiara i Światło”.

Tekst „Najsmutniejsza wiadomość świata” Zbigniewa Nosowskiego.