Iwaszkiewicz pisał o śmierci, przede wszystkim jednak dawał literacki wyraz samej śmiertelności i kruchości ludzkiego istnienia.

Jarosław Iwaszkiewicz (zm. 2 marca 1980) znów inspiruje, jest chętnie czytany, wydawany i opisywany – informowała dwa lata temu Justyna Sobolewska. Do dzisiaj nic się w tej materii nie zmieniło, a do tego jego twórczość z niesłabnącą siłą przykuwa uwagę badaczy. Autor „Panien z Wilka”, który w wieku 83 lat w tomie wierszy „Mapa pogody” wykreował postać „Starego poety”, swoje alter ego, jak przystało na wybitnego twórcę, wciąż ma nam coś ważnego do powiedzenia. Tyle że właśnie jego przesłanie skutecznie ginie w internetowej kakofonii epitetów w rodzaju: „pierwszy homoseksualista PRL-u”, „reżymowy kolaborant”, „piewca stalinizmu” czy „na własne życzenie pochowany w stroju górnika”.

Zamierzam przypomnieć tu o jednym z kluczowych przesłań Starego poety dla naszych czasów – o starości i śmierci, na początek jednak krótkie słowo o wspomnianych epitetach.

Internetowa kakofonia

„Pierwszy homoseksualista PRL-u”. To określenie można znaleźć w „Homobiografiach” Krzysztofa Tomasika. Część poświęcona pisarzowi zaczyna się tu mottem ze Stefana Kisielewskiego: „A w ogóle to dziwnie jest z tymi pederastami: wydaje się, że coraz ich więcej, klan osobliwy. A król to Iwaszkiewicz”. Obu tych autorów wypada poprawić: poeta był biseksualistą, do tego mężem, kochającym i troskliwym, Anny, z domu Lilpop, z którą miał dwie córki. Z żoną przeżył ponad 57 lat, a po jej śmierci tak pisał do Romana Jasińskiego: „Złoty mój, zawsze Cię w sercu chowam za to, że za Twoim pośrednictwem znalazłem ten skarb jedyny, który był moją miłością, moją męką, moim strachem – i w gruncie rzeczy wszystkim, naokoło czego splotło się moje życie, moja twórczość, moje istnienie. Pięćdziesiąt osiem lat pożycia – to jest kawał czasu”. 22 lata wcześniej notował w „Dziennikach”: „Nikt nie wie, nawet ona – może najbardziej ona – jak bardzo ją kocham, cenię i szanuję”.

„Reżymowy kolaborant”. Ludzi nierzadko zaskakuje fakt, że Iwaszkiewicz nie należał do komunistycznej partii… Poeta, który długie lata kierował Związkiem Literatów Polskich, niewątpliwie był konformistą, lubującym się w zaszczytach i zbytkach, ale nie zasłużył na miano kolaboranta. Bliski jest mi pogląd Konstantego Jeleńskiego, wieloletniego współpracownika paryskiej „Kultury”: „ktoś w Polsce musiał się podjąć tej oficjalnej roli «partnera» partii i rządu w sprawach literatury; […] gdyby tego nie zrobił Iwaszkiewicz, los tej literatury byłby zapewne jeszcze o wiele gorszy”.

„Piewca stalinizmu”. Na dowód przywołuje się zwykle – i wyłącznie – wiersz „List do prezydenta Bieruta” i opowiadanie „Ucieczka Felka Okonia”. Jeleński w „Kulturze” w 1953 r., przy okazji śmierci Stalina, skompilował wiersz ku czci tego zbrodniarza złożony z autentycznych zwrotek autorstwa ówczesnych polskich poetów. Nie znajdziemy tam Iwaszkiewicza. Takich rzeczy on nie pisał. Niektórzy z naszych znaczących poetów, którzy doświadczyli socrealistycznego ukąszenia, by ostatecznie przejść na stronę opozycji demokratycznej, wiele by dali, by w swoim niechlubnym dorobku mieć wyłącznie „List do prezydenta Bieruta” i „Ucieczkę Felka Okonia”.

Późna twórczość Iwaszkiewicza wybuchła w jego życiu niczym wulkan, wydatnie wzbogacając naszą kulturę

„Na własne życzenie pochowany w stroju górnika”. Medialnego newsa, że Iwaszkiewicz miał w testamencie domagać się pochówku w stroju górnika, rozwiała Ludwika Włodek, prawnuczka pisarza, w książce „Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”:„Nad przebiegiem ceremonii [pogrzebowej] czuwał Szymek [Piotrowski, sekretarz poety]. To on decydował o wszystkim. Także o tym, jak Iwaszkiewicz będzie ubrany. Istotnie – mój pradziadek został pochowany w mundurze górniczym. Ale nieprawdą jest, że stało się tak na jego wyraźne życzenie. Nigdy nie zrobił też żadnego zapisu w testamencie na ten temat, a fragment ostatniego listu ze szpitala, o koszuli i butach do trumny, dobitnie pokazuje, że nie widział siebie wyruszającego w ostatnią drogę w tym stroju”.

„Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Warto w tym miejscu przypomnieć, bo – jak się zdaje – niewielu wie o tym, że Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie weszli do panteonu izraelskiej wdzięczności 21 stycznia 1988 r. W czasie hitlerowskiej okupacji uratowali kilkudziesięciu Żydów. W „Księdze sprawiedliwych wśród narodów świata. Ratujący Żydów podczas Holokaustu. Polska” czytamy: „Polski pisarz i poeta Jarosław Iwaszkiewicz mieszkał z żoną Anną w swym majątku w Podkowie Leśnej w pobliżu Warszawy. W czasie okupacji Iwaszkiewiczowie pomagali prześladowanym znajomym, opiekowali się nimi i znajdowali im kryjówki. Pomogli m.in. małżeństwu Muszkatów i ich córce Anieli […]. Inny żydowski uchodźca, nazwiskiem Gelbart, oraz jego syn Wiesław znaleźli schronienie w domu Iwaszkiewiczów […]. Iwaszkiewiczowie pomogli również rodzinie Karwasserów […]. Państwo Iwaszkiewicz ukrywali też panią Kramsztyk wraz z córką Joanną […] pomogli również ocalić życie lekarzowi żydowskiemu, profesorowi Ludwikowi Wertensteinowi, i jego córce Wandzie”.

Bogactwa starości

Cóż zatem po Starym poecie w czasie nowoczesnym? Pytanie to, oczywiście, jest parafrazą pytania, które w XIX w. postawił Fryderyk Hölderlin: „Cóż po poecie w czasie marnym?”. Zakładam, że „czas nowoczesny” to także „czas marny”, bo każdy czas – z punktu widzenia poezji – jest czasem marnym, choć na różne sposoby, w zależności od konkretnych niepokojów epoki, jej bied, cierpień i chorób… Poeci są po to, by je nazywać i wyrażać… 

Nasza epoka, która nieustannie z mozołem wydłuża trwanie życia ludzkiego, nie bardzo wie, co zrobić ze starością. Staje się na nią coraz bardziej głucha, oferując jej izolację w domach starców i szpitalach. Zachód zohydził sobie starość, traktuje ją jako wstydliwy i uciążliwy produkt uboczny postępu i rozwoju…

Iwaszkiewicz nie idealizował starości. Na sobie samym doświadczał jej udręk i boleści. Mówił i pisał o nich… Ale jednocześnie widział jakąś wartość starości, jej bogactwo. W „Dziennikach” notował: „Narzeka człowiek na starość, ale tylko starość obdarza nas takimi doświadczeniami. […] tylko starość potrafi dostrzec te sprawy i nagle odkrywają one przed nami nieskończone perspektywy wieków, rzuty trwania sięgające w nieskończoność”. Bez Starego poety nie powstałyby choćby takie perły liryki jak „Stary poeta”:

Poeta mówi:
Żono! […]
Nie odchodź
bądź przy mnie
Bo chcę być sam
sam
taki zupełnie sam

[…]

A kiedy będziemy przed Panem Nicości
już zaraz
nic to nie będzie znaczyło
że byliśmy piękni
że tańczyliśmy na chłopskich weselach
i na królewskich pokojach […]

czy „Do siostry” (tom „Muzyka wieczorem”):

Umarłaś w mrozy. Jakie były śniegi!
Już nie ma kogo spytać: czy pamiętasz?
Musi wystarczyć przechadzka na cmentarz.
Samotna pamięć wątłe snuje ściegi,

A dzisiaj w nocy śniły się pokoje
Domu, co dawno zgasł jak świeczka w dłoni.
Lekko kołysał echem ucho moje
Stukot przed domem kopyt naszych koni.

Świadectwem bogactwa starości jest cała późna twórczość samego Iwaszkiewicza, która wybuchła w jego życiu niczym wulkan, wydatnie wzbogacając naszą kulturę. Kilka przykładów. Proza: tom opowiadań „O psach, kotach i diabłach” – 1968; przekład z duńskiego „Bojaźni i drżenia” Kierkegaarda – 1969; zbiór opowiadań „Ogrody” – 1974; tłumaczenie „Albo, albo” Kierkegaarda – 1974; eseje „Petersburg” – 1976, „Podróż do Polski, Podróże do Włoch” i „Szkice o literaturze skandynawskiej” – 1977; opowiadania „Biłek” i „Tano” – 1978. Poezja: „Krągły rok” – 1967; „Xenie i elegie” – 1970; „Śpiewnik włoski” – 1974; „Album tatrzańskie” – 1976; wiersze „Mapa pogody” – 1977, „Muzyka wieczorem” – 1980.

Starość ma coś wyjątkowego, sobie właściwego do powiedzenia… Żadna inna faza życia nie powie tego, co mogą powiedzieć starcze słowa, wyznania, westchnienia, wspomnienia, łzy i uśmiech, ból i cierpienie, świadomość zbliżającej się śmierci. „Narzeka człowiek na starość, ale tylko starość obdarza nas takimi doświadczeniami”.

Kruchość istnienia

Czesław Miłosz w wierszu „Mistrz mego rzemiosła” tak pisał o Iwaszkiewiczu:

Czy w jego wierszach uwodziły mnie czyste kolory
czy też jego zakochanie w śmierci?
Bo niewątpliwie był zakochany w śmierci,
Ona była jego prawdą i treścią istnieniowej ułudy.

Wielu poetów zajmowało się tematem śmierci, choćby Miłosz, ale Iwaszkiewicz należał do elitarnego grona tych, którzy pisali tak, jakby sama śmierć za pośrednictwem ich słowa ożywała w ludziach. Jednocześnie Stary poeta pisał przeciwko śmierci – w tym sensie bliski był doświadczeniu Paula Ricoeura, francuskiego filozofa, notującego w swojej starości: „Istnieje proste szczęście bycia jeszcze przy życiu, i ponad wszystko, miłość życia, dzielona z tymi, których kocham, tak długo, jak długo jest mi to dane. Czyż życie nie jest rozpoczynającym wszystko darem?”. Stary narrator starczego opowiadania Iwaszkiewicza „Sérénité” pisze w liście do Agaty, którą kochał w latach młodości: „wszystko to, co przeżyliśmy, wszystko, co mówiliśmy, wszystko, czym byliśmy, to był jeden wielki pean na cześć życia. Wielka miłość życia. To była sama esencja życia – i właśnie w tej esencji to życie wydawało się nam sensowne”.

Iwaszkiewicz pisał o śmierci, przede wszystkim jednak – i w tym widzę wyjątkowe jego artystyczne mistrzostwo i wielkie przesłanie dla nowoczesności – dawał literacki, szczególnie poetycki wyraz samej śmiertelności, doświadczeniu i przeżywaniu przemijalności, wątłości, kruchości ludzkiego istnienia. Doświadczenie to jawi się u niego warunkiem koniecznym życia w pełni ludzkiego, wręcz pełni życia.

Należał do elitarnego grona tych, którzy pisali tak, jakby sama śmierć za pośrednictwem ich słowa ożywała w ludziach

Przeżywanie własnej śmiertelności i żywa pamięć o niej należy do doświadczenia metafizycznego, właściwego wyłączenie istotom ludzkim. Kryje ono w sobie niepokój istnienia, jego tragiczność, bojaźń i drżenie egzystencjalne, niepojętość świata, przeżywanie życia w kategoriach tajemnicy, słowne/bezsłowne pytanie o cierpienie i rozkosz, o winę i grzech, o miłość i nienawiść, o nadzieję i rozpacz, o bycie i nicość, o Boga… Tymczasem nasze czasy, nowoczesność – która zamieszkała przede wszystkim w mediach, w internecie – zapomina o śmiertelności. Zza sterty medialnych obrazów śmierci nie wyziera kruchość istnienia. Raczej nowoczesność robi wiele, by zapomnieć o śmiertelności, zamienia ją w tymczasowe defekty, choroby, schorzenia, na które w końcu niewątpliwie znajdzie się lek czy antidotum, lub w medialne obrazy, które można wyłączyć, zastąpić innymi. Nowoczesność od-metafizycznia życie, pozbawia głębi i tragiczności, a tym samym warunku autentycznego piękna.

Stary schorowany narrator „Sérénité”, czekający na śmierć i świadomy własnej śmiertelności, w zakończeniu tego opowiadania ostatecznie wyznaje: „I pomyśleć, że pomimo tylu zachwytów, tylu cierpień, tylu śmiałych myśli, tylu mądrych słów – ta gwiazda zaranna nad moją głową na zawsze będzie dla mnie czymś niezrozumiałym. […] I nie wiem, kto mnie przyjmie na swoje łono: nicość, materia czy Bóg? Bóg – to znaczy to, z czego powstał, narodził się ten przerażający świat. Przerażający swoją zupełną niezrozumiałością, tym pierwiastkiem, który był dla mnie zawsze symbolem istnienia. To, z czego powstało wiecznie niepojęte, jest niezmienne, wszechświat, czyli materia, czyli Bóg, czyli my. To właśnie jest najważniejsze.

Que rien ne t’épouvante,
Tout passe
Rien ne change – [1]”.


[1] Fr.: „Niech cię nic nie przeraża/ Wszystko przemija/ Nic się nie zmienia”.