Arcybiskupa Głódzia może odwołać jedynie papież. Ale musi najpierw otrzymać wiarygodne zarzuty – a żaden z kanałów przepływu informacji nie jest odpowiednio drożny.

Powodów, dla których abp Sławoj Leszek Głódź powinien zostać odwołany z urzędu, jest wiele. I właściwie wszystkie znane są od dawna. Sprowadzając je do wspólnego mianownika i wyrażając językiem kościelnym, powiedziałbym, że chodzi o antyświadectwo.

Operując językiem świeckim, trzeba mówić o moralnej kompromitacji człowieka reprezentującego instytucję, która akurat w dziedzinie moralności oczekuje spełniania wysokich standardów – sama powinna więc stawiać sobie oczekiwania jeszcze wyższe.

Arcybiskupa może odwołać jedynie papież, bo to on jest jego zwierzchnikiem. Żeby tak się stało, Franciszek powinien najpierw otrzymać wiarygodne zarzuty dotyczące danego hierarchy, przedstawione zazwyczaj przez nuncjusza apostolskiego, jedną z watykańskich kongregacji bądź kierownictwo krajowego episkopatu.

Wśród świeckich katolików nastroje mocno się radykalizują. Dalsze ich ignorowanie może uruchomić silne procesy odśrodkowe – a odpowiedzialność za to poniosą nie protestujący, lecz ignorujący

Z tych trzech rutynowych kanałów przepływu informacji żaden nie jest jednak odpowiednio drożny. Nuncjusz Pennacchio, jak mówi się w kręgach kościelnych, bywa częstym gościem w Gdańsku. Watykańskie kongregacje działają powoli i zachowawczo. Natomiast wewnątrz Konferencji Episkopatu Polski pozycja gdańskiego metropolity jest na tyle silna, że żadnych działań podważających jego narrację ze strony tego gremium nie można się spodziewać.   

Pozostają więc działania niestandardowe. Wiele takich podejmowano w przeszłości. Jedni pisali listy do co mądrzejszych polskich hierarchów, drudzy próbowali zaalarmować papieża i/lub jego najbliższe otoczenie, inni „gardłowali” publicznie. Nic z tego nie wynikało, poza frustracją autorów tych działań.

Jeden przykład. Dokładnie rok temu 355 świeckich katoliczek i katolików – pochodzących z 75 miejscowości i z bardzo różnych środowisk ideowych polskiego katolicyzmu – zaapelowało do członków Rady Stałej KEP m.in. o to, aby „pilnie spowodowali powołanie przez metropolitę gdańskiego kościelnej komisji do zbadania zarzutów wobec ks. Henryka Jankowskiego […] – tak, aby osoby zgłaszające krzywdę mogły doświadczyć troski i sprawiedliwości ze strony Kościoła”. Po dwóch miesiącach odpisał im sekretarz generalny KEP bp Artur Miziński: „Sprawa ks. prał. Henryka Jankowskiego pozostaje w kompetencji Metropolity Gdańskiego. Jako członek Rady Stałej KEP zapoznał się on z treścią listu”. Kropka. Zero wstydu.

Z zapowiedzianego wstępnie na 29 lutego protestu gdańskich katolików pod warszawską nuncjaturą też zapewne nic konkretnego nie wyniknie. Determinacja jego organizatorów to jednak wyraźny znak, że wśród aktywnych świeckich członków Kościoła nastroje mocno się radykalizują. Dalsze ich ignorowanie może uruchomić silne procesy odśrodkowe – a odpowiedzialność za to poniosą nie protestujący, lecz ignorujący.

Jeśli coś w tej sprawie może przynieść efekt, to raczej kolejne, wciąż podejmowane działania „niestandardowe”. Słabo wierzę w ich powodzenie, ale chciałbym, żeby w tym sensie okazało się, że jestem niewierzący…

Komentarz opublikowany w tygodniku „Wprost” nr 9/2020.

Sobotni protest pod nuncjaturą został odroczony, a delegacja jego organizatorów ma spotkać się z nuncjuszem w przyszłym tygodniu.