Są pytania, które wymagają natychmiastowej odpowiedzi.

Od kilku dni obawy dotyczące epidemii koronawirusa (SARS-CoV-2; COVID-19) istotnie wzrosły: pojawiły się ogniska epidemii na Bliskim Wschodzie oraz – co dla nas zapewne znacznie bardziej niepokojące – we Włoszech. W tym ostatnim kraju liczba potwierdzonych przypadków zakażenia szybko wzrasta. Według informacji zamieszczonych na stronie włoskiego Ministerstwa Zdrowia w poniedziałek 24 lutego o godzinie 12 wiadomo było o 219 osobach zakażonych. Z tej liczby pięć osób zmarło, jedna wyzdrowiała, pozostałe 213 znajduje się pod obserwacją. Warto dodać, że większość została hospitalizowana (122 osoby), w tym 23 przebywają na intensywnej terapii. 

Dotknięte wirusem rejony to przede wszystkim północ Włoch: Lombardia (163), dalej Wenecja Euganejska (36), Emilia-Romania (18) i Piemont (4). Dwie osoby w Lacjum to chińscy turyści, o których wiadomo od stycznia. Decyzją włoskiej Rady Ministrów zamknięto miejscowości, w których pojawiły się ogniska wirusa. Nie można do nich wjechać, nie można ich opuścić. Nie wiadomo jak dotąd, jak doszło do zakażenia, to znaczy kto był tym pierwszym zakażonym, od którego zaczęła się epidemia.

Nadal nie ma możliwości zaszczepienia się przeciw nowemu wirusowi (niedawno przedstawiciel WHO informował, że pierwsze szczepionki pojawią się za około 18 miesięcy). Nie ma też leków skutecznie hamujących jego namnażanie, choć pojawiały się obiecujące doniesienia po zastosowaniu preparatów będących w trakcie badań klinicznych. Mimo wszelkich naszych wysiłków, by człowiekowi pomóc, ostatecznie organizm musi zwalczyć zakażenie sam.

Zwykle sobie radzi. Ciężki przebieg ma kilkanaście do dwudziestu procent przypadków, a jedynie kilka procent zakażonych (ostatnio mówi się o około 3 proc.) umiera. Najczęściej dotyczy to osób starszych i obciążonych innymi chorobami, zwłaszcza serca lub płuc. Statystycznie niewiele, ale jeśli dojdzie do pandemii śmiertelność w liczbach bezwzględnych może okazać się olbrzymia. Przy milionie zakażeń 3 proc. oznacza 30 tysięcy zgonów. Stąd tak ważne staje się szybkie wykrywanie i izolacja podejrzanych o zachorowanie. Nie mamy jak zabezpieczyć najsłabszych.

Koronawirus jest dziś zdecydowanie bliżej nas. Trzeba zapytać, czy jesteśmy na niego przygotowani. Główny Inspektor Sanitarny w komunikacie z 23 lutego „nie zaleca podróżowania do Chin oraz Korei Południowej, Włoch (w szczególności do regionu Lombardia, Wenecja Euganejska, Piemont, Emilia Romania, Lacjum), Iranu, Japonii, Tajlandii, Wietnamu, Singapuru i Tajwanu (ze względu na szerzenie się wirusa w populacji)”. To znaczy: do Mediolanu, Turynu, Wenecji, Bolonii i Rzymu (to ostatnie miejsce wydaje się być najbezpieczniejsze, trudno tam mówić o ognisku epidemicznym). Mówimy o regionie popularnym wśród polskich turystów, a przecież dopiero wczoraj zakończyły się ferie zimowe. Ilu Polaków odwiedziło ostatnio północne Włochy?

Osoba, która w ostatnich 14 dniach przebywała na obszarze utrwalonej transmisji wirusa lub miała kontakt z potwierdzonym lub prawdopodobnym przypadkiem zakażenia, jeśli ma objawy, powinna zostać zbadania w izbie przyjęć szpitala zakaźnego. Nawet jednak jeśli nie ma żadnych objawów, o jej pojawieniu się powinna zostać poinformowana stacja sanitarno-epidemiologiczna, w której powinna zapaść decyzja o konieczności ograniczenia kontaktów społecznych lub społeczno-zawodowych przez 14 dni.

Koronawirus pojawił się w północnych Włoszech. Ilu Polaków odwiedziło ostatnio podczas ferii ten popularny turystycznie region?

Tyle mówi algorytm zamieszczony kilka dni temu na stronie GIS. Czy jeśli u kogoś z turystów w ciągu najblizszych dwóch tygodni pojawi się gorączka, kaszel, duszność, powinien zgłosić się wprost na oddział zakaźny? Czy pasażerowie samolotów przylatujących z Turynu czy Mediolanu podlegają lub będą podlegali podobnej kontroli jak ci, którzy powracają z Azji? Na czym ta kontrola będzie polegała? Co powinni zrobić ci, którzy już wrócili – samolotem, pociągiem, autobusem, prywatnym samochodem – i których nikt nie kontrolował? Czy wskazane jest, by pozostali w domach, jak zalecają to już niektóre prywatne szkoły i firmy?

Czy jest planowana szersza kampania informacyjna, która pozwoliłaby uniknąć paniki, ale także wskazywałaby sposoby postępowania tym, którzy podejrzewają u siebie zakażenie wirusem SARS-CoV-2? Potencjalni zakażeni nowym koronawirusem nie powinni przecież pojawiać się w POZ, wśród osób starszych i obciążonych wieloma chorobami. Są dla nich potencjalnie śmiertelnym zagrożeniem. Czy planuje się uruchomienie infolinii, która wyjaśniałaby wątpliwości? 

Powyższe pytania, a właściwie kryjące się za nimi postulaty, wymagają odpowiedzi lub pilnej reakcji instytucji państwowych. Dodałabym jeszcze dwa pytania, dotyczące naszych możliwości opieki nad zakażonymi. 

Niedawno pojawiały się w mediach informacje o francuskich przygotowaniach na epidemię, polegających na poszerzaniu możliwości diagnostycznych. Chciałabym wiedzieć, jak u nas wygląda sytuacja w tej dziedzinie? Ile mamy w Polsce laboratoriów, które są w stanie potwierdzić lub wykluczyć zakażenie, ile testów mogą wykonać dziennie?

We Włoszech w ciągu kilku dni hospitalizowano ponad sto osób, w tym blisko trzydzieści w oddziałach intensywnej terapii (zakładam, że pięć osób, które zmarły, przez intensywną terapię przeszło). Nie sposób nie zapytać, ile mamy realnie miejsc w szpitalach zakaźnych, w tym miejsc na oddziałach intensywnej terapii, które pozwalałyby na izolację zakażonego od pozostałych pacjentów? Czy jesteśmy gotowi na tak szybki przyrost liczby chorych?

O naszym przygotowaniu na zagrożenie epidemią nie będą świadczyły słowa, tylko konkretne fakty. I takich faktów oczekuję.