Wedle Nowosielskiego w złej rzeczywistości empirycznej nic naprawdę dobrego wydarzyć się nie może. Kto tego nie akceptuje, nie tylko tkwi w błędzie. Naraża się właściwie na duchowe lenistwo.

Jerzy Nowosielski zmarł wieczorem 21 lutego 2011 roku w Krakowie, w swoim domu przy ulicy Narzymskiego.

Od roku 1999 właściwie nie malował. Kontakt z rzeczywistością, którą nazywał „empiryczną”, słabł. Wedle opinii wielu przyczyną tego stanu była ciężka choroba organiczna stopniowo coraz bardziej degenerująca umysł.

Byli jednak i tacy, mniej liczni, co sądzili, że zachowanie Nowosielskiego to znak konsekwentnego wyboru, wypełnienie duchowych intuicji, jakie towarzyszyły mu przez większą część życia. Paweł Różewicz (bratanek poety i przyjaciel Nowosielskich) wspominał: „Ostatnia moja rozmowa, zanim pogrążył się w mroku, wziął mnie do pracowni i mówi: – Wiesz co, Pawełku, boję się śmierci, ale jeszcze bardziej boję się tego, co jest po śmierci. Tam może być jeszcze gorzej niż tu”[1]. Wyznanie przejmujące, jeśli wziąć pod uwagę teologiczne przekonania, które malarz wielokrotnie publicznie ujawniał.

***

Teologia Jerzego Nowosielskiego niepokoiła zwykle tak bardzo, że jego wypowiedzi na ten temat opatrywano albo odpowiednio „wygładzającymi” komentarzami, albo wręcz traktowano z przymrużeniem oka. Poglądy malarza daleko bowiem odbiegały zarówno od katolickiej, jak i prawosławnej doktrynalnej poprawności. Trudno byłoby je zresztą w jednolity i konsekwentny system. Dziś tym bardziej pozostały już tylko pewne tropy, sygnały i ślady.

Bez wątpienia w swojej teologicznej interpretacji świata opierał się Nowosielski na kosmogonii, w której nietrudno dostrzec oddziaływanie „manichejskich trucizn”. Właśnie w tej kosmogonii artysta widział klucz do właściwego odczytania jego malarstwa. A także rzeczywistości, w której żyć przyszło „nieszczęsnemu ludzkiemu rodowi”.

W jednej z rozmów ze Zbigniewem Podgórcem Nowosielski wyjaśniał: „Inspirację mojej sztuki przedstawieniowej, pomijam tu sztukę abstrakcyjną, bo z nią sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, czerpię z rzeczywistości empirycznej, w której istniejemy, którą sami jesteśmy. Ta rzeczywistość empiryczna w kosmogonii chrześcijańskiej rozumiana jest jako rzeczywistość, która powstała w wyniku dwóch zasadniczych katastrof: katastrofy pierwszej, którą tradycyjnie nazywa się upadkiem aniołów, i katastrofy drugiej, która stanowi szczegółowy przypadek katastrofy pierwszej ze względu na to, że dotyczy tylko gatunku ludzkiego – określonej mianem grzechu pierworodnego. Skutkiem tych dwóch katastrof, pierwszej – ogólnej, dotyczącej przyrody, i drugiej – szczegółowej, bo odnoszącej się tylko do naszej ludzkiej kondycji jest to, że cała rzeczywistość empiryczna może być uznana za rzeczywistość z gruntu złą, za rzeczywistość tak zepsutą, że percepcja jest możliwa tylko jako percepcja zła”[2].

Nowosielski w tych radykalnych twierdzeniach ukazuje się jako jeden z najwyrazistszych chrześcijańskich herezjarchów, jakim dane było żyć na polskiej ziemi. Bo choć upadek aniołów i upadek pierwszego człowieka to tradycyjne elementy judeochrześcijańskiej teologii, uznanie „rzeczywistości, w której istniejemy”, za „z gruntu złą” raczej nie pozostaje w zgodzie z biblijnym przekazem (a i chrześcijańską doktryną większości kościołów). W końcu wedle Księgi Rodzaju „widział Bóg, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Skażenie spowodowane pierwotnym upadkiem (jakkolwiek go rozumieć) nie przemieniło dobrych bytów w radykalnie złe. Przynajmniej tak właśnie powinni chyba wierzyć chrześcijanie. Nowosielski w takich „słusznych mniemaniach” (czyli literalnie – „ortodoksjach”) widział jednak swoiste zakłamanie, skoro bez ogródek oznajmiał: „Ortodoksje zawsze zajmowały się upiększaniem rzeczywistości metafizycznej, pragnąc uczynić ją taką, by była do zniesienia dla człowieka. Po to, aby człowieka mógł żyć, aby mógł się kochać, aby mógł pracować, aby mógł tworzyć. Aby mógł ze spokojem zabijać zwierzęta, aby mógł produkować żywność”.

Malarz nie stronił od paradoksów cokolwiek podejrzanych dla teologicznych chrześcijańskich ortodoksji

Malarzowi z Krakowa świat objawiał się jako „z gruntu zły” i ortodoksyjne podpórki nie przynosiły mu trwałego pocieszenia. Nie mogły też przesłonić mu percepcji, którą uważał za jedyną uczciwą. Nowosielski powtarzał wielokrotnie, że intuicje manichejskie zostały w chrześcijaństwie odrzucone zbyt pospiesznie. Pesymizm jego zdaniem powinien być jedyną akceptowalną drogą dla głęboko wierzących chrześcijan. Artysta doceniał co prawda porządkującą rolę ortodoksji, ale autentycznych chrześcijan skłonny był raczej widzieć w wyznawcach herezji o wyraźnie pesymistycznym charakterze. Wedle malarza podstawowym impulsem dla takich wierzących pozostaje bowiem indywidualne przeżycie, w którym świat objawia się jako zło.

Mówił Nowosielski Podgórcowi: „Każdy bowiem człowiek ma własne doświadczenie życia i śmierci, miłości i nienawiści, szczęścia i rozpaczy. Wobec tego doświadczenia nieprzydatne są wszelkie metody interpretacji porządkującej. I ludzie, wiedzeni ciekawością, od czasu do czasu pragną sięgnąć poza te systemy porządkujące. Pragną zobaczyć, co jest na zewnątrz. A może jest tam trochę inaczej. Ludzi to podnieca, bo zło poprzez swój kuszący aspekt jest czymś fascynującym. Póki ludzkość w naszym empirycznym doświadczeniu będzie istnieć, póty będą podejmowane próby wyjścia poza bezpieczne granice wszelkiego rodzaju ortodoksji. Aż skończy się to Sądem Ostatecznym”.

Zatem i wychodzenie poza ortodoksję opiera się na pragnieniu nakierowanym de facto na zło. To ono nieustannie kusi i fascynuje. Tyle że jego atrakcyjność ostatecznie i tak sprowadzona zostaje musi do (jedynego możliwego) wspólnego mianownika. Nowosielski ani sobie, ani postronnym nie pozostawiał żadnych złudzeń: „Cała rzeczywistość empiryczna, zarówno ta kosmiczna, jak i ta planetarna, najbliższa nam, to właściwie jedno wielkie infernum. To jest piekło”.

***

Czy zatem w ogóle wierzyć powinniśmy w dobrego Boga? Mieć zaufanie do Miłosiernego, że nas ostatecznie z wszechobecnego piekła wydobędzie? A może w samym Bogu jest jakaś pierwotna dwoistość, którą można wytłumaczyć naszą (jedyną przez Nowosielskiego dopuszczalną) percepcję świata jako „z gruntu złego”. Taką dwoistość przepowiadał przecież już Jakub Böhme, gdy snuł rozważania o Ungrund – „bezdennej otchłani” poprzedzającej wszelki byt i od Boga nawet niezależnej. Włodzimierz Sołowiow – jeden z największych myślicieli rosyjskich był dla odmiany przekonany, że nowotestamentowa prawda o Bogu, który jest miłością ma swój równie istotny rewers: „zasada absolutna nie jest jedynie zasadą miłości, ale także zasadą nienawiści i złości, zasadą nie tylko jedności, ale także podziału, i jeśli tym niemniej właściwa natura Boga zawiera się w miłości i w jedności, to świadczy to o tym, że jedność i miłość mogą przemóc podział i nienawiść lub mają to w swej możliwości; aby zaś możliwość ta mogła się ujawnić, muszą ujawnić się także i podział, i nienawiść, i wówczas przewaga jedności i miłości przejawi się jako ich zwycięstwo”[3].

Taką też podstawę dla chrześcijańskiej nadziei znajdował Jerzy Nowosielski. Jakkolwiek bowiem najwłaściwszą perspektywą dla chrześcijanina na bycie w świecie hic et nunc jest konsekwentny pesymizm teologiczny, jednocześnie nadzieja w jakiś sposób pozostaje dostępna. Już pierwsi chrześcijanie, jak świadczy o tym „Didache” (tekst powstały mniej więcej współcześnie z Janową Apokalipsą), modlili się do Boga: „Niech przyjdzie Twoja łaska i niech przeminie ten świat!”. Starożytni wyznawcy Chrystusa cieszyli się na zagładę świata, który stał się domeną wspominanego w Czwartej Ewangelii złego Księcia. Nieznośna ziemia musi w końcu się zmienić w niebieskie Jeruzalem. Tak podpowiada wiara, dla której trudno byłoby jednak szukać wytłumaczeń na poziomie racjonalnego dyskursu. Nowosielski tę wykraczającą poza codzienny, dla ludzi (jak twierdził) „naturalny” pesymizm nadzieję eschatologiczną mimo wszystko przyjmował.

Jednym ze znaków jej przyjęcia było dla niego „praktykowanie sztuki bierne lub czynne”. Sztuka autentyczna żywi się bowiem w ten czy inny sposób chrześcijańską wizją Tysiącletniego Królestwa (wedle rozdziału 20 Apokalipsy św. Jana „Wąż starodawny”, którym jest „szatan i diabeł” dzięki zbawczemu dziełu Chrystusa ma być związany na „tysiąc lat” i dopiero tuż przed Sądem Ostatecznym „na chwilę” uwolniony – liczbę tysiąca lat uważano zwykle w Kościele za symboliczną, choć nie brakło w chrześcijaństwie ruchów, które nadawały jej sens jak najbardziej dosłowny). Wizja ta może być czasem substancjalną treścią sztuki (jak w przypadku ikony) albo tylko ledwie zarysowanym (a czasem znikającym bądź wręcz nieobecnym) horyzontem. Nowosielski twierdził, że historia Kościoła wydarzająca się w złym świecie jest ulokowana równolegle do Tysiącletniego Królestwa. Dzięki temu może się dokonywać swoista eksterioryzacja chrześcijańską doświadczenia poza rzeczywistość empiryczną.

Nowosielski to jeden z najwyrazistszych chrześcijańskich herezjarchów, jakim dane było żyć na polskiej ziemi

Nie jest to jeszcze tożsame z przejściem do świata zbawionego, ale wszelkie prawdziwe przeżycie religijne (a ono stanowi zdaniem malarza z Krakowa podstawę każdej autentycznej sztuki) wykracza poza domenę „Księcia tego świata”, przenosząc w przestrzeń, którą nazywał Nowosielski metahistorią. Tak mówił o niej Podgórcowi: „Metahistoria to sfera, w której wydarzenia z poziomu empirii uzyskują swój prawdziwy i rzeczywisty walor i znaczenie. W stosunku do chronologii jest rzeczywistością nadrzędną, umożliwiającą żywy kontakt z eschatologią. W stosunku zaś do eschatologii – rzeczywistością wiążącą, pomostem do rzeczywistości następstwa czasowego. Jako człon wiążący czas i wieczność możemy ją widzieć jako przestrzeń. Oczywiście świętą przestrzeń zawierającą w sobie mapę wydarzeń czasowych. Przestrzeń ta byłaby równocześnie miejscem tych rzeczywistości, które nie mieszczą się w empirycznym doświadczeniu historii – Raju Ziemskiego i Tysiącletniego Królestwa. Ogólnie mówiąc, w stopniowaniu i wartościowaniu metafizycznym jest to sfera prawdziwego dziania się rzeczy, które w planie rzeczywistości empirycznej rejestrujemy jako wydarzenia naszego czasu”.

Wedle Nowosielskiego w złej rzeczywistości empirycznej nic naprawdę dobrego wydarzyć się nie może. Kto tego nie akceptuje, nie tylko tkwi w błędzie. Naraża się właściwie na duchowe lenistwo. Nowosielski twierdził, że najważniejszą przyczyną zła u ludzi jako tako duchowo dojrzałych i wyedukowanych jest wyrzeczenie się ciągłego poznawania na nowo tajemnicy upadku człowieka. Gdy tylko zaczynamy myśleć, że na ten upadek mamy receptę, zło zaczyna w nas, jak mówił artysta, „obiektywizować się” bardziej. Stajemy się fundamentalistami lub moralistami, co zdecydowanie więcej przynosi szkody lub pożytku. A już nadzieje pokładane w tym, że z pomocą polityki można coś dobrego w tym świecie uczynić były dla Nowosielskiego wyjątkowo płonne i niebezpieczne. Uważał je za wyraz typowej dla biologicznego gatunku homo sapiens pychy.

Jedynie sztuka może być dla ludzi oknem w metahistorię (o wglądzie z tego „łez padołu” w rzeczywistość eschatologiczną nie powinniśmy nawet marzyć). Wszystkie postulaty bardziej „etycznego”, „sprawiedliwego” czy „pięknego” życia to dla Nowosielskiego mrzonki. Oświadczał bez ogródek: „[…] nie wolno nam ani przez chwilę mieć iluzji, że możemy ten świat urządzić etycznie, że jako ludzie możemy być etyczni, że możemy być tak zwanymi porządnymi ludźmi. Nic takiego jak porządny człowiek nie istnieje. […] Możemy jedynie okazywać skruchę, możemy żałować za swoje grzechy. Musimy mieć świadomość, że jesteśmy ostatnimi, najgorszymi grzesznikami, i to wszystko. Nie możemy być lepsi. Bo człowiek, który chce być lepszy, staje się w rezultacie jeszcze gorszy”.

Świat objawiał się jako „z gruntu zły” i ortodoksyjne podpórki nie przynosiły mu trwałego pocieszenia

Najlepiej byłoby tedy dla człowieka, gdyby wciąż szczerze powtarzał za św. Pawłem, że „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy” (1Tym 1,15). Ta grzeszność według Nowosielskiego powinna się wyrażać w poczuciu winy, która z kolei opiera się na świadomości rozróżniania dobra i zła. Poczucie winy ujawniające się konkretnym człowieku to zatem indywidualne i świadome przeżywanie powszechnej grzeszności (ciekawe, że na ów fundamentalny związek winy ze świadomością zwracał również uwagę Paul Ricoeur w swojej „Symbolice zła”).

Jednak w tym poczuciu winy objawia się również przy okazji specyficznie ludzka (bo w kondycji człowieka po pierwotnym upadku mająca swój początek) relacja z Księciem tego świata. Powiadał krakowski malarz: „Diabolos oznacza rozdwojenie świadomości. I na tym właśnie polega grzech pierworodny, bo to wąż nauczył ludzi rozróżniać dobro od zła. […] Diabeł to ktoś stawiający opór, demiurg, który w pewnym momencie przy tworzeniu świata powiedział Bogu: dość, dalej ani kroku! Bo świętość, którą ja reprezentuję, jest świętością najwyższego typu, i nie zgadzam się na coś, co wykraczałoby poza moje możliwości, dlatego zgłaszam sprzeciw”.

Diabeł jak ten, który reprezentuje świętość? Ano właśnie. Nowosielski nie stronił doprawdy od paradoksów cokolwiek podejrzanych dla teologicznych chrześcijańskich ortodoksji.


[1] Słowa te cytuje Krystyna Czerni w swojej ostatnio wydanej, rzetelnej i ciekawej biografii malarza – zob. Krystyna Czerni, „Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego”, Kraków 2011, s. 405.
[2] Cytowane w tym tekście wypowiedzi Nowosielskiego (chyba że podano inaczej) pochodzą z ze zbioru rozmów Zbigniewa Podgórca z malarzem, które najobszerniejsze dotąd wydanie ukazało się w Wydawnictwie Znak przed dwoma laty – zob. Jerzy Nowosielski, Zbigniew Podgórzec, „Rozmowy z Jerzym Nowosielskim”, Kraków 2009, szczególnie strony: 238-252; 266-267; 386-393; 403.
[3] Fragment z brulionu „Sofii” Włodzimierza Sołowiowa w tłumaczeniu Janusza Dobieszewskiego. Cytat za: http://www.filozofiarosyjska.uz.zgora.pl/download.php?5a0adb981420550c47055fe7a5277d65

Fragment książki „Przesilona wątpliwość”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018