Mecenas filmu „Borys Godunow” podaje Żuławskiego do sądu z powodu „obrazy duszy rosyjskiej”. Sędzia ma twardy orzech do zgryzienia.

Fragment książki „Żuławski. Szaman”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019

Niemal prosto z premiery filmu „Moje noce są piękniejsze od waszych dni” Andrzej jedzie do Belgradu na zdjęcia do kinowej wersji opery Modesta Musorgskiego „Borys Godunow”. I znów nie jest to wynik jego zabiegów, choć muzyczna edukacja Żuławskiego stoi na najwyższym poziomie.

Mecenas projektu to wybitny rosyjski dyrygent i wiolonczelista Mścisław Rostropowicz. Kilka lat wcześniej nagrał trzyipółgodzinną operę „Borys Godunow”, a teraz jego idée fixe stało się stworzenie jej wersji ekranowej. Do tego pomysłu przekonał właściciela wytwórni Erato, Daniela Toscan du Plantiera[1], i obaj szukają reżysera. Powinien być Słowianinem o dzikim sercu i nieposkromionej wyobraźni, bo tylko taka osoba jest zdolna wyłowić z przyciężkich tonów Musorgskiego głębię tej opery.

Jako pierwszy propozycję dostaje Andriej Tarkowski. Zaczyna pracę, ale nie jest dane mu ją kontynuować – w grudniu 1986 roku umiera po ciężkiej chorobie. Projekt wędruje w ręce innego mistrza – Andrzeja Wajdy, który stawia warunek nie do spełnienia – podejmie się reżyserii, jeśli będzie mógł kręcić na… Kremlu.

Więc może Żuławski? Andrzej przesłuchuje operę w dwóch różnych wersjach, ale żadna go nie ujmuje. „Muzyka ciężka, niemelodyjna, tekst sprzeczny. Prawosławna ortodoksja wywindowana na szczyt… Co ja z tym fantem mam robić?”[2] – zastanawia się. W dodatku libretto Musorgskiego oparte na dramacie Aleksandra Puszkina ma wymowę antypolską, nie bez historycznego uzasadnienia zresztą.

Tyle trudności? To oznacza, że propozycję trzeba przyjąć! Wyzwania go dopingują, a cóż dopiero takie.

Stylistyka Żuławskiego, jego rozbuchana wyobraźnia, dotąd tłamszona w małych filmowych formach, nareszcie ma szansę rozbłysnąć w całej okazałości

Do pracy nad scenariuszem producent wysyła Andrzeja z Sophie na rozświetlone słońcem barwne Karaiby – świat jakby z drugiej strony zwierciadła, przeciwieństwo mroku „Borysa Godunowa”. Omówienie proponowanych przez reżysera zmian odbywa się w równie nierzeczywistej scenerii, choć znacznie bliższej operze – podczas kolacji w domu Rostropowicza wśród mebli odwzorowujących carski pałac, z ciężkimi brokatowymi zasłonami w oknach, przy stole zastawionym starą porcelaną i złotymi sztućcami. Ku zaskoczeniu gościa gospodarz akceptuje wszystkie skróty i poprawki.

W superprodukcji trzech kinematografii (Francja, Hiszpania, Jugosławia) ma wziąć udział wspaniała National Symphony Orchestra z Waszyngtonu i ponad pięćset osób z czternastu krajów! Stylistyka Żuławskiego, jego rozbuchana wyobraźnia, dotąd tłamszona w małych filmowych formach, nareszcie ma szansę rozbłysnąć w całej okazałości. Czy rozbłyśnie?

Konflikt – jak się potem okaże, brzemienny w skutkach – pojawia się już na początku. Żoną Rostropowicza jest wybitna śpiewaczka Galina Wiszniewska. Oboje liczą, że to ona wystąpi w głównej roli kobiecej, młodziutkiej Maryny Mniszchówny. Ale Galina ma już sześćdziesiąt lat, a Andrzej fałszu w sztuce nie znosi. Marynę zagra więc piękna aktorka Delphine Forest, Galina zaś użyczy jej głosu. Ta decyzja nie może się podobać Rosjaninowi.

Kolejny punkt sporny to charakteryzacja Godunowa. Wiszniewską oburza, że nie będzie jasnym blondynem, tylko brunetem o lekko skośnych oczach, jak reżyser wyczytał w tekstach źródłowych. Dochodzi do ostrej wymiany zdań. Galina powołuje się na rosyjską tradycję, na co Andrzej odpowiada: „Wiesz, ale to nie jest moja tradycja”[3].

Wizja opery sfilmowana przez Andrzeja dla niewyrobionego widza jest niełatwa w odbiorze. To potrójne, a nawet poczwórne „pudełko”: opera zostaje wpisana w spektakl teatralny – prapremierę „Borysa Godunowa”, która odbyła się w Petersburgu w 1874 roku; drugie pudełko to sama opera, której akcja toczy się w latach 1593–1605; trzecim są wydarzenia współczesne, czyli ekipa kręcąca film o dwóch poprzednich warstwach przedstawienia – widać więc filmową kuchnię w postaci kamer, dekoracji itp. Nad tymi warstwami zostaje nadbudowana kolejna – rozciągająca akcję po XX wiek: w miejsce carskich opryczników pojawiają się radzieccy sołdaci pędzący ludzi do łagrów. Kniaź Szujski przeistacza się w szefa NKWD, Berię, jednego z głównych wykonawców zbrodni stalinowskich.

„Ekspresja tych scen nasila grozę (…), nadaje im wymiar uniwersalny, wiecznoruski”[4] – pisze z zachwytem recenzent magazynu „Film”, podkreślając, że pod każdym względem – plastycznym i aktorsko-wokalnym – opera Musorgskiego nareszcie zyskała pełny blask. Najwyraźniej nie podziela tej opinii Rostropowicz i podaje Żuławskiego do sądu z powodu „obrazy duszy rosyjskiej”. Rozprawa, zgodnie z zapisami umowy, toczy się we Francji. Dyrygent zjawia się w sądzie obwieszony orderami niczym radziecki dygnitarz. Krzyczy do Żuławskiego: „Polaczyszka, ten śmierdzący Polaczyszka, jak on śmiał coś takiego zrobić?!”[5].

Ale co?! Sędzia ma twardy orzech do zgryzienia, przede wszystkim musi zrozumieć abstrakcyjny zarzut. Dopytuje: co to jest dusza i na czym polega odrębność tej rosyjskiej od duszy jako takiej. Dyrygent wyjawia, że dwie sceny godzą w jego poczucie dumy narodowej, a nawet niszczą stworzony przez niego nastrój muzyczny. „W jednej, którą zadedykowałem Andriejowi Tarkowskiemu, upośledzony umysłowo siusiał do wiaderka, w drugiej karczmarka chciała uwieść mnicha”[6] – wyjaśnia Żuławski.

Sąd odrzuca oskarżenie, maestro przegrywa proces. Du Plantier, który chciałby w przyszłości jeszcze współpracować z Rostropowiczem, w czołówce filmu umieszcza napis: „Dyrektor Rostropowicz wyraża sprzeciw przeciwko pewnym wątkom”. Na tym sprawa się nie kończy: wygrana Żuławskiego oznacza w istocie przegraną batalię o film. Okazuje się, że Rosjanin przez podstawioną firmę wykupił pięćdziesiąt jeden procent praw do „Borysa Godunowa” i przejął negatyw. Firma miała się rzekomo zająć dystrybucją światową, faktycznie zaś tym, żeby film jej nie miał.

Dyrygent wyjawia, że dwie sceny godzą w jego poczucie dumy narodowej. „W jednej upośledzony umysłowo siusiał do wiaderka, w drugiej karczmarka chciała uwieść mnicha” – wyjaśnia Żuławski.

– „Borys Godunow” to genialny film – zachwyca się Sylvie Guedel-Derdacki, późniejsza asystentka Żuławskiego. Wie, co mówi, jest absolwentką historii i historii sztuki na Sorbonie, podyplomowych studiów kinematograficznych u twórcy Cinéma Direct Jeana Roucha oraz paryskiego konserwatorium w klasie pianina i jakby tego było mało, również łódzkiej szkoły filmowej, gdzie została asystentką Wojciecha Hasa[7]. – Żuławski dostał za niego w łeb, bo zrobił go w prorosyjskiej Francji, gdzie Rostropowicz był gwiazdą, pokazywał się w otoczeniu prezydenta i polityków.

Andrzej miał też zwyczajnie pecha – promocja opierała się na prasie, tymczasem tuż po premierze filmu wybuchł strajk poczty i gazety nie dotarły do kiosków. Ci, którzy mieli szansę te gazety przeczytać, a szczególnie „Le Monde”, musieli dostrzec wywiad z Żuławskim. Pierwsze pytanie dziennikarza dotyczy zasieków i żołnierzy w mundurach NKWD, mimo że akcja opery toczy się w odległych wiekach. Reżyser tłumaczy: „Z historycznego punktu widzenia Godunow jest kontynuatorem Iwana Groźnego, a Iwan Groźny był idolem Stalina”[8].

Osobisty urok Żuławskiego i jego siła przekonywania sprawiają, że Michèle Rocard, żona premiera Francji, podejmuje starania o przekazanie kopii filmu Filmotece Polskiej. I tak nieodpłatnie ofiarowuje ją Daniel Toscan du Plantier. Uroczysta premiera w Warszawie odbywa się w maju 1990 roku w kinie Skarpa z udziałem pani Rocard. Reżyserowi towarzyszą Sophie Marceau i Xawery.

Relację z premiery zamieści magazyn „Film”. Żuławski zostanie tam wymieniony obok tak wybitnych twórców filmów operowych, jak Bergman, Losey, Zeffirelli, Rosi, Saura i Brook, a w podsumowaniu przeczytamy: „Miło pomyśleć, że reżyser konsekwentnie tępiony w Polsce, skazywany na niebyt, zdołał narzucić swoją wizję filmu kinematografii o tak dawnych i tak wielkich tradycjach, jak francuska. Order Oficera Sztuk i Nauk, którym uhonorował Andrzeja Żuławskiego prezydent François Mitterand, jest dobrze zasłużony”[9].

Sophie do Warszawy wpadła na chwilę, musi zaraz wracać do Hollywood, gdyż z jedną z wytwórni filmowych podpisała roczny kontrakt „na reprezentację”. Do tej pory zawsze podróżowali z Andrzejem razem. Tym razem on odmawia – „coraz mniej mu się chce oddalać”. Tym bardziej że pracuje nad scenariuszem filmu o Chopinie. Wpadł na ten pomysł, przeglądając książkę kucharską napisaną przez George Sand. Producentką będzie Marie-Laure Reyre. Wkrótce pojadą razem na dokumentację do rodzinnego domu Sand w Nohant.


[1] Daniel Toscan du Plantier współpracował wcześniej z polskimi twórcami, m.in. z Wajdą przy produkcji „Dantona” i „Korczaka”.
[2] Piotr Kletowski, Piotr Marecki, „Żuławski. Przewodnik…”, Warszawa 2008., s. 353.
[3] Ibidem, s. 363.
[4] Oskar Sobański, „Szalone kino Żuławskiego. Borys Godunow”, „Film” 1990, 3 czerwca.
[5] Ibidem, s. 364.
[6] Andrzej Żuławski, „Nie obrażam polskiej duszy”, rozm. przepr. Bronisław Tumiłowicz, „Trybuna” 1998, nr 19.
[7] Guedel za etiudę zrealizowaną przy współpracy z Krzysztofem Derdackim i Krzysztofem Ptakiem została w 1987 r. nagrodzona w Cannes w kategorii „Perspectives du cinéma français”.
[8] Krzysztof Andracki, „Uliczka Andrzeja Żuławskiego”, Serwis Krajowy PAP, nr 1402, 23.05.1990.
[9] Zob. „Missa Solemnis”, „Film”, 1990, 27 maja.

Aleksandra Szarłat, „Żuławski. Szaman”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019