Kościół w Polsce potrzebuje duchowości i sztuki rozeznawania. Bez tego, ani nie wie, kim jest, ani jak być z ludźmi. Brak rozmowy wewnątrz osłabia jego moc oddziaływania na zewnątrz. Kiedy będzie chciał się podnieść z upadku, dobrze żeby o tym pomyślał.

Spędziliśmy święta w gronie rodziny. Graliśmy w jengę, czyli drewnianą wieżę złożoną z 48 klocków, które trzeba usuwać z wieży i stawiać na szczycie budowli. W ten sposób wieża pnie się w górę, aż runie. 

Graliśmy też w Eurobiznes, zdobywając kolejne miasta i państwa. Osiedlaliśmy je i wznosiliśmy nieruchomości, żeby potem czerpać krocie z postojów innych graczy na kupionym terytorium. 

Kościół ludzi gra w jengę, Kościół instytucji – w Eurobiznes

Jest Kościół ludzi i Kościół instytucji. Owszem, wprowadzam podział – ten argument zawsze będzie padać, najczęściej w ramach przekonania, że Kościół ma być monolitem, a nawet  skałą. Zaś doskonałość skały próbuje osiągnąć beton. Dlatego nie można dać się skruszyć (ani wyrazić skruchy). Najpewniejsze jest za to inwestowanie w nieruchomości i stawianie posiadłości.

Kpię? Pewnie niejeden zakon (o jednym wiem na pewno) uznaje zajmowanie się nieruchomościami za swoje kluczowe zadanie w najbliższych latach. Kilka innych (o dwóch wiem na pewno) nastawionych jest na życie już teraz z profitów, jakie przynoszą im nieruchomości i posiadane działki. I nie wiadomo, ile z nich będzie bronić do upadłego swoich interesów przed odszkodowaniami za pedofilię, żeby tylko nie uszczuplić majątku.

Im bardziej instytucja myśli doraźnie, tym bardziej ludzie widzą, że się chwieje. Ilu z nich czeka, aż runie?

Już tytuł celnego w diagnozie tekstu księdza Alfreda Wierzbickiego wskazuje źródło problemu. „Potrzeba poważnej rozmowy w Kościele”. Nie „o” Kościele. Brak rozmowy wewnątrz. Chcę dorzucić swoje dwie uwagi do dyskusji, jaką inicjują ks. Wierzbicki i „Więź”.

Nie ma rozmowy wewnątrzkościelnej

Tak, narozmawiałem się z mnóstwem ludzi. Pisuję o Kościele w Polsce od 15 lat. A wśród tych, którzy mają formalną moc działania w instytucji, panuje przekonanie: „Po co publicznie?”. I taka to wspólnota – jak rodzina, w której każdy wie swoje, drugiemu nic nie powie, obrasta w zgorzknienie i bunkruje się w swoich przekonaniach. Albo tworzy własne światy.

„Trzeba przeczekać” – mówią ludzie zmiany. Kiedy pięli się po drabinie kościelnej kariery, byli znakiem nadziei. „Nie ma sensu iść na konfrontację” – zaczęli stwierdzać. „To się niczemu nie przysłuży” – ocenili. Poddani politycznej logice, sami przekonali się do podziału na ludzi i instytucję. „Robię swoje, jestem z ludźmi” – umywają ręce. I faktycznie, wśród ludzi są prawdziwymi duszpasterzami, chwała im za to. Ale w episkopacie – są dyplomatami, którzy przyjęli zastane reguły gry. Nie chwała, więc co im za to? Przemilczymy, przeczekamy. I nawet nie zauważają, jak sami stają się tacy jak reszta.

Wierni biorą na siebie wizerunek instytucji, który w najgorszych stereotypach bezmyślnie utrwalają hierarchowie

W ten sposób zarówno są z ludźmi, jak i przeciwko ludziom. Bo wierni biorą na siebie wizerunek instytucji, który w najgorszych stereotypach bezmyślnie utrwalają hierarchowie. „Oni temu winni, oni temu winni – można zanucić z przekonaniem pod niejednym kurialnym pałacem – wyprowadzić się powinni”.

Brak rozmowy wewnątrz jest zawiniony. Brak sprzeciwu wiernych wobec wielu biskupich głosów to, oby, już przeszłość. I nikt w ten sposób nie dokonuje zamachu na jedność Kościoła. Osobny głos, kierowany sumieniem, niezależny od okoliczności, to obowiązek.

Nadzieja, którą niosła pokoleniowa zmiana w episkopacie, nie doczekała się jeszcze pokrycia. Może będzie lepiej, kiedy górę weźmie statystyka i starzy ustąpią nowym? Chyba, że ci „pierwsi młodzi” zestarzeją się przedwcześnie…

Mentalność politycznego podboju ponad duchowością 

Dlatego dla mnie datą ostrego kryzysu Kościoła w Polsce jest rok śmierci abp. Józefa Życińskiego. To już nie tylko koniec epoki Jana Pawła II, jak wskazuje ks. Wierzbicki, ale finisz balansu w wizerunku polskiego Kościoła. Epoka Tischnera i Życińskiego to już historia. 

A kto pisze nową historię? Albo starcy uwięzieni mentalnie w minionej epoce, albo ci, którzy dopiero mają się objawić. Szczęśliwie jest papież Franciszek – powiedzmy oględnie, ten najpiękniejszy ból duszy polskiego klerykalizmu, starzec ciałem młody duchem – i wspólnoty wierzących z oddanymi kapłanami.

Ludzie środka są pozostawieni medialnemu wizerunkowi Kościoła, pohukiwaniu episkopatu i łutowi szczęścia. Jeśli trafią akurat do parafii lub na mszę świętą, gdzie liturgia jest sprawowana należycie, sakramenty traktowane poważnie a nie magicznie, zaś kaznodziejstwo dotyczy życia i Ewangelii – można im zazdrościć.

Ale w części tej strefy środka walka jest przegrana. Przyczyną, jak sądzę, jest górowanie kultury nad duchem. Mentalności nad duchowością. Przekonań nad rozeznawaniem. 

To wtedy pojawia się w Kościele potrzeba zawłaszczania symboli, słów, przestrzeni publicznej, a nawet życia politycznego. Złudne przekonanie, że teren oznaczony jest terenem zaanektowanym. Mentalność podboju ma się w Kościele w Polsce dobrze. Jest mieczem, którym biskupi gotowi są zaprowadzać moralność, co wypunktował jakże trafnie ks. Wierzbicki.

I tak rozum ustąpił zapędom militarnym. Życiński już nie będzie dyskutować. Inni panowie w piuskach rozwiążą sprawy po swojemu. 

A dyskusja w Kościele, którą postuluje ks. Wierzbicki? Wygląda mniej więcej tak, że nawet przełożeni zakonni stosują cenzurę prewencyjną, a jak coś przeoczą – nakładają na podwładnego bana. Bo po co dawać pożywkę mediom? Po co drażnić biskupa? Ale to nie troska o jedność stoi za tymi działaniami, tylko partykularne interesy: żeby nie stracić parafii, żeby nie stracić katechizacji w szkole, etatów na uczelni, kapelaństwa tu i tam… bo to wszystko kasa wpadająca do zakonnego worka.

Co ludzie wybaczą

Kościół w Polsce potrzebuje rozmowy wewnątrz swoich struktur, ale jak rozmawiać z kimś, kto jest nauczony tylko komunikacji jednokierunkowej: z ambony w siną dal? Potrzebuje duchowości, która pozwoli mu na spokojne określenie własnej tożsamości, tymczasem z wygody wygrywa rytualność i powierzchowność. Potrzebuje biegłości w rozeznawaniu, żeby towarzyszyć ludziom w zmieniającej się codzienności. A jednak wybiera schematyzm i zaklinanie rzeczywistości. 

W Polsce wciąż istnieje Kościół potępiający, a nie ewangelizujący. Tymczasem ludzie wybaczą innym, w tym księżom i biskupom – grzechy, kobiety, pijaństwo. Ale nie wybaczą chamstwa, cynizmu, hipokryzji, ignorancji i kłamstwa. Bo Kościół to wspólnota i towarzyszenie.

Na razie instytucja gra w Eurobiznes i skupia się na doraźnych korzyściach, lekceważąc swoich i innych ludzi. A Kościół ludzi gra w jengę. Wyjmuje z wieży kolejne klocki…

Z apostolską żarliwością pewien mój kolega raz na jakiś czas wyraża nadzieję: „Niechby już to wszystko walnęło” (faktycznie używa nieco ostrzejszego języka). Jako katolik ma na myśli instytucjonalne oblicze Kościoła w Polsce. Jest jednym z głosów dzisiejszych 30- i 40-latków. Głosem – chcąc nie chcąc – nadziei.