Narodzenie Pańskie jest upomnieniem się o lepszy świat, w którym człowiek – na wzór Jezusa i Jego szaleńczej miłości – staje się wrażliwy i ranliwy na drugiego.

Jeszcze w IV Niedzielę Adwentu słyszeliśmy dwukrotną zapowiedź narodzin Tego, któremu – jak zwiastował prorok Izajasz – „«[…] nadadzą imię Emmanuel», to znaczy Bóg z nami” (Iz 7, 14). A już w Święto Bożego Narodzenia rozlega się głos prologu św. Jana o Słowie, które „przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). W tych dwóch wyrażeniach zamyka się dramat Bożego Narodzenia: z jednej strony zejście  Boga do człowieka, a z drugiej – odrzucenie Go przez ludzi. Czy nie należało się tego spodziewać? Tysiąc lat później św. Franciszek zawoła: „Miłość jest niekochana”. Aż chciałoby się dodać: niekochana od samego początku, od samego przyjścia. Czyżby Miłość przyszła właśnie po to, by być niekochaną?

Tak o tym odrzuceniu Boga, którego kulminacją będzie krzyż, mówił św. Augustyn w kazaniu 191 przeznaczonym na dzień Narodzenia Pana: „Prawda oskarżona została przez fałszywych świadków. Sędzia żywych i umarłych oskarżony przez sędziego śmiertelnego. Sprawiedliwość przez niesprawiedliwych obwiniona została. Posłuszeństwo rózgami sieczone. Winna jagoda cierniami uwieńczona. Fundament na drzewie zawisł. Dzielność osłabła. Zdrowie raną pokryte. Życie zmarło. Zniósł te i temu podobne niegodziwości, żeby nas niegodnych zbawić. Nie zasłużył na tyle nieszczęść, ale dla nas zniósł tyle cierpień. Nie zasłużyliśmy na takie dobra, których z jego powodu tyle otrzymaliśmy”. Mikołaj Kabazylas, żyjący w XIV wieku teolog prawosławny, nazwał Chrystusa Eros Manikos, Miłością Szaleńczą, choć – jak zauważa Józef Majewski – manikos można także przetłumaczyć jako „niedorzeczny” bądź „obłąkany”. Czy św. Paweł nie mówi o głupstwie krzyża (zob. 1 Kor 1, 18)?

Papież Benedykt XVI w encyklice o miłości Boga pt. „Deus Caritas est” notuje: „W Jego śmierci na krzyżu dokonuje się owo zwrócenie się Boga przeciwko samemu sobie, poprzez które On ofiarowuje siebie, aby podnieść człowieka i go zbawić — jest to miłość w swej najbardziej radykalnej formie” (12). Nie ma przecież większej i bardziej radykalnej miłości niż życie dać.  Jeśli śmierć dla nas wszystkich jest losem i przeznaczeniem, to dla Niego śmierć jest powołaniem. „A proroctwo Jego zgonu już się w świecie szerzy” – jak śpiewać będziemy już niedługo w popularnej kolędzie.  A ks. Janusz St. Pasierb przypomina, że „te Narodziny były, jak każde ludzkie narodziny, skierowane ku Śmierci, bo ona była – jak dla nikogo na świecie – celem Jego przyjścia”. Czy trzeba dodawać, że dzieje się to już od samego początku, od owego „nie było miejsca”  (Łk 2, 17) i niewiele późniejszego „wstań, […] uchodź do Egiptu” (Mt 1, 13)? Oto jest Emmanuel, „Bóg z nami”, który od samego początku jest niby obcy wśród swoich. „W jasełkach leżąc, gdy płakał już tam był, wszystko oglądał” – będziemy śpiewać w Wielki Piątek. Teologia symboliczna nie wahała się widzieć w kłującym sianie żłobu zapowiedzi Męki. Oto dzieje się Pasja Narodzenia.

Józef Majewski w swej niezwykle intrygującej książce o teologii muzyki Jana Sebastiana Bacha pt. „Kanony śmierci” pisze, iż właśnie dlatego, że Bóg jest Erosem „decyduje się na Inkarnację, na cierpienie, na krzyż. Oznacza to, musi oznaczać, że do istoty ludzkiej miłości, jeśli jest autentyczną miłością, należy gotowość na cierpnie i niesienie krzyża. Kto prawdziwie miłuje, ten gotów jest wziąć na siebie ciężar osoby ukochanej – jej ból i cierpienie, jej krzyż, są jego bólem i cierpieniem, jego krzyżem. Kochać to być ranliwym, podatnym na zranienie cierpieniem osoby ukochanej”. Ranliwość – jak przypomina XIX-wieczny słownik – to „skłonność, usposobienie ciała do zranienia się na skutek najmniejszej przyczyny”.

To są bardzo ważne zdania. Nie tylko bowiem miłość Boga do człowieka jest ranliwa, to znaczy gotowa na przyjęcie cierpienia jej zadanego, którego to cierpienia kulminacją będzie krzyż. Ale – jeśli teolog ma rację, a zapewne ma – ranliwość to także przymiot ludzkiej miłości, jeśli ma być kształtowana na wzór tamtej – boskiej. Prawdziwa miłość jest gotowa na współdzielenie cierpienia, na współcierpienie, więcej – na przyjęcie cierpienia zadanego przez tych, których kochamy. Prawdziwie bowiem nas zranić mogą tylko ci, którzy są najbliżej nas. Papież Benedykt istotę takiej miłości ukazuje w obrazie Boga, który zwraca się przeciwko samemu sobie, przeciwko swojemu słusznemu gniewowi i pozwala zwyciężyć miłosierdziu. Znacie to uczucie, kiedy człowiek musi pokonać samego siebie, pokonać własny gniew i poczucie niesprawiedliwości, by móc nadal kochać tego, kto zranił, kto sprawił ból i cierpienie? To boska zdolność przebaczania. Właśnie dlatego Wigilia Bożego Narodzenia jest dniem przebaczenia. Tego dnia „niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4, 26).

Prawdziwa miłość jest gotowa na współdzielenie cierpienia, na współcierpienie, więcej – na przyjęcie cierpienia zadanego przez tych, których kochamy

Zwrócić się przeciwko sobie samemu, a nie przeciwko drugiemu człowiekowi to znaczy pozwolić, by zwyciężyło miłosierdzie, które ocala. Czy to nie jest także ten moment, kiedy anioł mówi do Józefa: „Nie bój się wziąć Maryi”? Łatwiej byłoby oddalić Maryję. Tak Józefowi podpowiadało jego poczucie sprawiedliwości. Ale Bóg nie pozwala. Trzeba Maryję ocalić, a nie oddalić. Trzeba się zwrócić przeciwko sobie, a nie przeciwko drugiemu człowiekowi. Taka jest istota boskiej miłości. Po to właśnie przychodzi Chrystus. Ocalić człowieka nawet za cenę wyrzeczenia się siebie. Taka jest również istota ludzkiej miłości, jeśli chce być prawdziwą. Ocalaj, nie oddalaj.

Nad niejednym żłóbkiem zawisł napis „Gloria in excelsis Deo”. To oczywiście cytat z anielskiego śpiewu nad szopką betlejemską. Ale jest przecież ciąg dalszy: „Et in terra pax hominibus bonae voluntatis” („A na ziemi pokój ludziom dobrej woli”, choć coraz częściej „tych, w których ma upodobanie”). W wierszu pt. „grota Narodzenia” ks. Janusz St. Pasierb opisuje swoją wizytę w Bazylice Narodzenia. Jednym z elementów jej wystroju jest mozaika. Nie wiem, jak dzisiaj ona wygląda. Ksiądz-poeta ze swej ówczesnej wizyty zanotował: „z mozaiki w absydce pozostało tyko / PAX HOMINIBUS BO”. Ciąg dalszy inskrypcji nie wytrzymał próby czasu. Licentia poetica pozwoliła poecie zinterpretować fragmentaryczne „bo” z łacińskiego napisu jak spójnik rodem z polszczyzny. Pasierb potraktował więc tę banalną wydawałoby się okoliczność jako teologiczne wyzwanie: „bo co? nie warto pytać: bo wszyscy zginiemy” – konkluduje poeta.

No właśnie. Narodzenie Pańskie jest upomnieniem się o lepszy świat, w którym człowiek – na wzór Jezusa i Jego szaleńczej miłości – staje się wrażliwy i ranliwy na drugiego człowieka, zbliża się tak dalece jak tylko można, by z nim być. „W Jezusie Ojciec dał nam brata, który wychodzi, by nas szukać, kiedy jesteśmy zdezorientowani i zatracamy kierunek; wiernego przyjaciela, który jest zawsze blisko nas; dał nam swego Syna, który nam przebacza i podnosi nas z grzechu” – pisze papież Franciszek w Liście Apostolskim „Admirabile signum”. Jezus przychodzi, abyśmy – parafrazując poetę – „wszyscy nie zginęli”. I abyśmy sobie nawzajem nie pozwalali ginąć. Rozglądnijmy się wokół siebie: ile jest ludzi do ocalenia! Ilu obok nas tych, których wolelibyśmy od siebie oddalić. Ilu uchodźców i bezdomnych, dla których „nie ma miejsca”? Także tych bezdomnych emocjonalnie i uchodźców duchowych? Tych czasami nawet trudniej dostrzec, a jest ich więcej niż nam się zdaje. Dla każdego z nich możemy być – na wzór Jezusa – bratem czy przyjacielem. Dla każdego z nich możemy być – choćby trochę – Emmanuelem. Niech to będą święta ocalenia człowieka.

Błogosławionych Świąt Narodzenia Pańskiego!