Nawet jeśli premier lub prezydent jest katolikiem, to nie znaczy, że Polska jest katoliczką – mówi Szymon Hołownia w rozmowie „Znaku”.

Wywiad z Szymonem Hołownią ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika „Znak”. Rozmowa Michała Jędrzejka i Elżbiety Kot dotyczy m.in. kryzysu Kościoła i tego, jak nie stracić w nim wiary.

„Jestem w Kościele, bo jest w nim wszystko, czego potrzebuję do własnego duchowego rozwoju i do tego, żeby stawać się lepszym, pełniejszym człowiekiem. Jest w nim Ewangelia, żywy Chrystus w sakramentach, wspólnota: bracia i siostry – bardzo różni, ale bez nich nie da się pomyśleć wiary” – mówi Hołownia, zaznaczając, że ma świadomość tego, iż Kościół „od dwóch tysięcy lat jest w nieustannym kryzysie, rozdzierany różnymi ideologiami i próbami zawłaszczania Chrystusa dla partykularnych celów”.

Zdaniem publicysty, Kościół w Polsce „stoi na krawędzi bardzo ostrego kryzysu bądź właśnie w niego wchodzi. Wiele miejsc zostanie w nim sprawdzonych i oczyszczonych”. „Szkoda mi utraconych szans, miejsc w Kościele, które przez tyle lat rosły, a teraz stają się puste w mgnieniu oka. Szkoda mi tego, że ludzie uzyskiwali w nich tyle dobra, znajdowali odpowiedzi na swoje pytania, że była w nich przestrzeń do bezpiecznego wypłakiwania łez i karmienia się nadzieją, a teraz zmieniają się one w klub dyskusyjny, polityczną trybunę czy przestrzeń czczych rytuałów pielęgnowanych bez żadnego pogłębienia” – wyznaje.

Jak podkreśla, „trzeba czym prędzej zrealizować – i powinni to zainicjować katolicy – przyjazny rozdział Kościoła od państwa. To byłby początek procesu ozdrowieńczego”. „Nawet jeśli premier lub prezydent jest katolikiem, to nie znaczy, że Polska jest katoliczką. Polska jest domem dla różnych ludzi, niezależnie od tego, jakiego są wyznania i czy są w ogóle religijni” – tłumaczy.

Hołownia radzi tym, którzy nie znajdują dla siebie miejsca w Kościele, by zaczęli szukać. „Nic nie będzie już podane pod nos. Trzeba szukać, pielęgnować to, co się znalazło, brać odpowiedzialność za swoje miejsce w Kościele” – mówi. „Jeśli ktoś taki, kto ma coraz luźniejszą więź z Kościołem, chce jeszcze o nią powalczyć, to można mu zasugerować, żeby wyznaczył sobie jakiś deadline. Żeby spróbował przez kilka miesięcy zadbać o swoje życie duchowe: wybrał świadomie kościół, do którego będzie chodzić, zmienił spowiednika, pojechał do benedyktynów na rekolekcje. Tak jak dba o tysiące innych rzeczy, niech spróbuje zadbać o swoje życie duchowe. I wtedy zobaczy, co z tego wyniknie. Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja doskonale pojmuję, dlaczego ludzie są rozczarowani Kościołem, i nie chcę na nich całkowicie przerzucać odpowiedzialności. Ale nie można tylko narzekać, jeśli komuś choć trochę zależy, powinien wykazać inicjatywę” – dodaje.

Przyznaje, że bliska jest mu czasem myśl „o wewnętrznej negacji części kościelnej struktury”. „Nauczyłem się jej nie potrzebować. Oczywiście nie da się pomyśleć Kościoła bez biskupa, bo to on wyświęca księży. Ale też bez przesady. Ilu z nas nie wyobraża sobie bycia w Kościele bez listów biskupów polskich? Ilu śledzi codziennie, co tym razem powiedział ich arcypasterz? Bądźmy realistami, poradzimy sobie bez nich. Niech sprawują sakramenty, a z całą resztą damy sobie radę” – wyjaśnia.

DJ