Dlaczego chrześcijaństwo było takie ważne dla Leszka Kołakowskiego?

Fragmenty wstępu do książki „Chrześcijaństwo” Leszka Kołakowskiego, która 27 listopada ukazuje się nakładem Wydawnictwa Znak

Zacznijmy od deklaracji samego autora:

„Zbigniew Mentzel: Czy mimo to mógłbyś powiedzieć o sobie, że jesteś chrześcijaninem?

Leszek Kołakowski: W jakimś sensie ogólnym, którego jednak nie potrafię zdefiniować, tak. Jestem przywiązany do tradycji chrześcijańskiej, do wielkiej siły Ewangelii, Nowego Testamentu. Uważam to za fundament naszej kultury. Ale nie tylko. Mam poczucie, że dla mnie samego jest to bardzo ważne. A więc w jakimś luźnym sensie mógłbym się chwalić, że jestem chrześcijaninem. Ale nie tylko chrześcijaństwo cenię, bardzo cenię także buddyzm”.

Taką deklarację bardzo trudno uznać za religijne wyznanie wiary. Dlatego możemy jasno postawić sprawę już na początku: Leszek Kołakowski nie był filozofem chrześcijańskim. Nigdy nie zadeklarował się jako członek żadnego z Kościołów chrześcijańskich i nie praktykował rytuałów religijnych. A jednak chrześcijaństwo znajduje się w samym centrum zainteresowań polskiego filozofa od początku jego intelektualnej biografii i to właśnie problematyce chrześcijaństwa poświęci gros tekstów na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Najpierw jako surowy krytyk, później „życzliwy adwersarz”, a w końcu przyjazny sojusznik i jeden z najwybitniejszych znawców teologii naszych czasów. Dlaczego chrześcijaństwo było takie ważne dla Leszka Kołakowskiego?

Przed chrześcijaństwem nie da się uciec

Przede wszystkim, jak zaznacza najpierw w cytowanej wyżej wypowiedzi, chrześcijaństwo to „fundament naszej kultury”. Dla Kołakowskiego w pewnym sensie wszyscy jesteśmy chrześcijanami. Jeżeli ktoś się urodził i wychował w Europie czy też szerzej, w cywilizacji zachodniej, to nie ma znaczenia, czy jest ochrzczony czy nie, wierzący czy niewierzący, praktykujący czy dawno poza wspólnotą kościelną – kulturowo taka osoba jest chrześcijaninem. Europa jest „z urodzenia chrześcijańska”, a religia ta stanowi „seminarium ducha europejskiego”. Już w 1965 roku, w głośnym eseju „Jezus Chrystus – Prorok i Reformator”, który był sensacją zarówno w marksistowskich, jak i katolickich środowiskach intelektualnych, Kołakowski jasno stwierdzał: „(…) osoba i nauki Jezusa Chrystusa nie mogą zostać usunięte z naszej kultury ani unieważnione, jeśli kultura ta ma istnieć i tworzyć się nadal”. Innymi słowy, przed chrześcijaństwem nie da się uciec, jeśli chcemy zrozumieć samych siebie. Żadna inna doktryna w dziejach nie była tak fundamentalna dla budowy gmachu cywilizacji, w której wszyscy żyjemy.

Kołakowski: „Osoba i nauki Jezusa Chrystusa nie mogą zostać usunięte z naszej kultury ani unieważnione, jeśli kultura ta ma istnieć i tworzyć się nadal”

Obok społecznego, kulturowego znaczenia chrześcijaństwa jest jeszcze wymiar osobisty. Jednak, podkreślmy to ponownie, filozof nigdy publicznie nie zadeklarował członkostwa w żadnej wspólnocie religijnej. W jaki sposób chrześcijaństwo może być ważne dla człowieka, który pozostaje poza Kościołem? Wprost i możliwie jednoznacznie Kołakowski pisał o tym w tekście, którego nie zdecydował się ogłosić za życia, a który został opublikowany dopiero pośmiertnie, w 2014 roku: „Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny”.

Czytamy w nim: „W przesłaniu Jezusa jest przynajmniej jedna rzecz, która nie wzbudza wątpliwości i nie jest kontrowersyjna: to, że całe Jego życie i całe nauczanie toczy się w cieniu dnia ostatniego, dnia nieuchronnego Sądu. Bez tego apokaliptycznego oczekiwania niczego w chrześcijaństwie nie da się zrozumieć”.

Wynika stąd kluczowy wniosek: jeżeli ten świat nieuchronnie przeminie (a już na pewno nieuchronnie, w znacznie bliższej perspektywie, przemija świat każdego z nas, kiedy umieramy), to razem z nim przeminą jego wartości i rzeczy materialne, które tak bardzo cenimy w życiu codziennym. Doczesność jest nie tylko krucha, jest nędzna.

„Przesłanie Jezusa było takie: w obliczu nieuniknionego Końca wszystkie dobra i rzeczy ziemskie są jeśli nie bezwartościowe, to w każdym razie drugorzędne i względne, nigdy nie powinny uchodzić za dobra same w sobie, a tym bardziej za wartości absolutne. (…) Chrześcijaństwo traci cały swój sens historyczny, moralny i religijny w momencie, gdy zapomni się o tej najważniejszej idei: że wszystkie wartości doczesne są tylko względne i drugorzędne”.

Historia chrześcijaństwa rozgrywa się w duszy

Co jest więc pierwszorzędne? Na czym polega zmiana, którą wprowadził Jezus? Dwadzieścia lat przed „Jezusem ośmieszonym” Kołakowski przedstawił pięć kluczowych punktów w eseju „Jezus Chrystus – Prorok i Reformator”, ale najważniejszy jest tak naprawdę punkt pierwszy: zniesienie prawa na rzecz miłości. W obliczu rychłej Apokalipsy, która obraca wszystko w proch, tylko miłość się ostaje i tylko ona ma mieć bezwarunkową, trwałą wartość dla człowieka. Relacje między ludźmi mają się opierać na zaufaniu, nie na umowach, i taka ma być główna zasada naszego moralnego postępowania. Chrystus nie zostawił ludziom kodeksu cywilnego, tylko Dobrą Nowinę. Chrześcijaństwo według Kołakowskiego to nie zestaw dogmatów czy struktura kościelna, ale rewolucja serca, która zmienia ludzkie życie i przewartościowuje nasze codzienne doświadczenie.

Korzeniem tej przemiany – świat chrześcijański zawsze był zgodny w tym punkcie – jest miłość. Nie przez ideę miłości, ale przez doktrynę: miłość jako fakt, jako rzeczywista energia, którą On przelał w świat i której odbiciem jest ta odrobina, jaką ludzie noszą w sobie – odbiciem słabym, niedoskonałym, zmieszanym ze złem, ale zawsze żywym”.

Taka chrześcijańska miłość wyzwala w człowieku to, co w nim najlepsze i najszlachetniejsze, to, co w nim boskie. Jak pisał Erazm z Rotterdamu, jeden z ulubionych filozofów Kołakowskiego, jeżeli taka moralność jest praktykowana szczerze, to „wyczerpuje właściwie wszystko, co w chrześcijaństwie na ziemi jest ważne”. Takie chrześcijaństwo nie musi opierać się na wspólnocie ani instytucji, ale jest zadaniem dla jednostki: „Właściwa historia chrześcijaństwa rozgrywa się w duszy każdego chrześcijanina z osobna”.

Między łaską a prawem

Siła Kościoła wynika z Prawdy, którą głosi, i z niczego więcej. Dlatego na otwarcie pontyfikatu Jana Pawła II (1978) Kołakowski zaznaczał, że w dzisiejszym świecie sprawa chrześcijaństwa i sprawa demokracji są pozytywnie związane, a po publikacji nowego „Katechizmu Kościoła katolickiego” (1993) z ulgą stwierdzał, „że Kościół bardziej jest pojednany z demokratyczno-liberalnym porządkiem aniżeli kiedykolwiek w przeszłości”. Z tych samych przyczyn zachowanie zasady rozdziału Kościoła od państwa jest kluczowe – wpisanie „wartości chrześcijańskich” do aktów prawnych nie będzie chrystianizacją prawa, ale poganizacją tych wartości. Jeśli Kościół nie potrafi własnym nauczaniem i przykładem prowadzić wiernych do nawrócenia, to winić musi sam siebie, a nie szukać wsparcia Tronu.

Jeśli jednak głównym przesłaniem Chrystusa miało być zniesienie prawa na rzecz miłości, to jest rezygnacja w obliczu Apokalipsy ze ścisłych reguł na rzecz zaufania i indywidualnych relacji, to w istnieniu instytucjonalnego Kościoła jest zawarta jeszcze jedna nieusuwalna antynomia – między łaską a prawem. Wiara religijna każdego człowieka jest oparta na indywidualnej łasce od Boga, ponieważ jej celem jest wieczność; ale jednocześnie ta wiara musi być podporządkowana usystematyzowanemu prawu i zinstytucjonalizowanemu rytuałowi, ponieważ funkcjonuje w doczesności. To napięcie między jednostką a instytucją, spontanicznością a systemem, relacją a rytuałem, zostało dogłębnie przedstawione przez Kołakowskiego w „Świadomości religijnej i więzi kościelnej”, ale jest trwale obecne u wszystkich chrześcijańskich myślicieli, jakimi się zajmował, przede wszystkim u Erazma i u Pascala.

Klęska chrześcijaństwa

Pytanie „czy diabeł może być zbawiony?” jest chyba najbardziej znanym hasłem związanym z myślą Leszka Kołakowskiego. I mimo że filozof nie udziela w tytułowym eseju odpowiedzi wprost, to wnioski, jakie wyprowadza, są jednoznaczne: nie, diabeł nie może być zbawiony. Jeżeli w ostatecznym rozrachunku wszystko może być usprawiedliwione, to wtedy rezygnujemy z pojęcia odpowiedzialności moralnej za własne postępowanie, to znaczy rezygnujemy z poczucia winy, to znaczy rezygnujemy z możliwości rozróżniania dobra od zła. Nie może być powszechnego zbawienia, bo zła nie da się powszechnie wykorzenić – jeśli czegokolwiek uczy nas historia XX wieku, to tego, że takie próby przeradzają się w tragiczne farsy.

U Kołakowskiego postać diabła jest ściśle związana z problemem grzechu pierworodnego, te dwie idee są „najdokładniejszymi formami, w jakich zaprzecza się przypadkowemu charakterowi zła”. Diabeł symbolizuje to, że zło jest nieusuwalne; grzech pierworodny, że zło jest w nas i siebie tylko winić możemy za zło, które czynimy. Klęska chrześcijaństwa, a największy tryumf diabła zaczyna się wtedy, kiedy ludzie przestają w diabła wierzyć, a zaczynają wierzyć, że są bezgrzeszni.

Jedyny system odniesienia

Jeżeli istnieje zło, którego nie da się nigdy do końca usunąć z ludzkiego doświadczenia, jeżeli punktem wyjścia do czynienia dobra jest uznanie własnej winy i własnej zdolności do czynienia zła, to istnienie religii, uznanie, że istnieje sacrum – święta, niecodzienna przestrzeń – jest warunkiem do tego, aby nasze codzienne profanum miało punkt odniesienia, który nadaje naszemu doświadczeniu poczucie sensu. Wszelkie nowoczesne próby wyzbycia się sacrum kończą się tylko większym cierpieniem człowieka i nieuchronną porażką:

Leszek Kołakowski, „Chrześcijaństwo”

Leszek Kołakowski, „Chrześcijaństwo”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

„Porządek sacrum jest to również uwrażliwienie na zło – jedyny system odniesienia, który pozwala nam o tej cenie myśleć i zmusza do zapytywania, czy nie jest nadmierna.

Religia jest sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę. Że nie jest ono nieuchronną porażką, można wierzyć tylko mala fide. Można, rzecz jasna, rozproszyć życie w przygodności codziennej, ale i wtedy jest ono tylko rozpaczliwym i nieustającym pragnieniem życia, a w końcu żalem, że się nie żyło. Zaakceptować życie i zaakceptować je zarazem jako porażkę jest to możliwe tylko pod warunkiem uznania sensu, który nie jest całkiem względem historii ludzkiej immanentny, to znaczy pod warunkiem uznania porządku sakralnego.

Śródtytuły od redakcji