Bóg w Jezusie postanowił doświadczyć bycia śmiesznym, dzięki czemu ludzkie życie zostaje wyzwolone z poniżenia. Po Chrystusie najnędzniejsze istnienie zyskuje prawo do boskiej uwagi.

Fragment książki „Wiele tytułów”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Od wieków zadawano Jezusowi to pytanie – czy się śmiał? Głosy złożone na tę prawie dwadzieścia wieków trwającą debatę zebrał i wspaniale sfabularyzował Umberto Eco w „Imieniu róży”. W kilku scenach dysput Wilhelma z Jorgem o pożytkach i szkodliwości śmiechu zmieścił większość argumentów, jakich używano w sporze o to, czy Zbawiciel miał poczucie humoru.

Jako Bóg musiał się z nas śmiać. W rozśmieszaniu Boga nie mamy równych sobie gatunków; jedynie człowiek spośród wszystkich stworzeń jest komiczny. Śmiejemy się ze zwierząt, roślin i rzeczy, ale tylko wówczas, jeśli przyjmą w naszych oczach ludzki kształt. Stary Testament dostarcza dziesiątków przykładów na to, jak łatwo się człowiekiem bawić. „Bo leda co wyrzucisz, to my, jako dzieci/ W taki treter, że z sobą wyniesiem i śmieci” (Kochanowski). Bez trudu można nas skusić, podpuścić, „wkręcić”. Kain, faraon, żona Lota, Balaam, Jonasz, a zwłaszcza Hiob przytaknęliby Leszkowi Kołakowskiemu, kiedy ten twierdził, że Bóg się nim bawi.

Żartujący z człowieka Bóg budzi grozę nie mniejszą niż Bóg rozgniewany. Komiczność pochłania lub unieważnia cierpienie, gdyż korumpuje empatię, blokuje współczucie dla tego, kto jest obiektem śmiechu. Ośmieszeni boską manipulacją tracimy na powadze, a nasz los nie jest tragedią, co najwyżej tragifarsą. Bezwzględny Pascal w antyjezuickim pamflecie „Prowincjałki” przywraca Bogu grozę i powagę osłabione przez kontrreformacyjną dewocję i kult maryjnego, czułego pośrednictwa. Ten Bóg nie tylko karze, ale i wyśmiewa wiecznie potępionego grzesznika, a z oddali (z offu, jak w sitcomie) dobiega chóralny śmiech świętych i zbawionych. „Wówczas mimo woli – pisze Boy we wstępie do „Prowincjałek” – odsuwamy się od Pascala ze zgrozą; wówczas omal że nie czepiamy się z trwogą rękawa dobrego ojca jezuity. Przy wszystkich swoich słabostkach i brakach on pozwala ludziom żyć; religia Pascala wytępiłaby wszelkie życie, jak ogień wypala do najmniejszego źdźbła trawy”.

Na szczęście Bóg w Jezusie też postanowił doświadczyć bycia śmiesznym, dzięki czemu ludzkie istnienie zostaje nobilitowane i wyzwolone z poniżenia łączącego się z komicznością własnej kondycji. Po Chrystusie każde najnędzniejsze istnienie zyskuje prawo do boskiej uwagi. Michał Paweł Markowski twierdzi, że Jezus dzięki swemu wcieleniu wynalazł literaturę, wymuszając na Słowie, aby służyło nietrwałemu, jednostkowemu życiu („Kiwka”).

Humor deformuje świat, zakłóca proporcje grozy i bezpieczeństwa, mami umysł, aby nie oszalał ze strachu

Teraz już mniej dziwi brak śmiechu na ustach ewangelicznego Jezusa, człowieka doskonałego. Kiedy Bóg wciela się w człowieka, to jakby wyłącznie w jego udręczoną formę. Ileż kolęd o tym mówi. Jeśli dzieciństwo Jezusa nie ma krzty opisanej radości, to nie ma co oczekiwać jej w przedstawieniach Jezusa dorosłego. Łatwo nam pomyśleć o „Łzach człowieka płynących z Boskiego oka” (Jarosz, „Permutacje”), pod warunkiem że nie płacze ze śmiechu. Boski śmiech milknie wraz z Wcieleniem i odtąd także na śmiech chrześcijanina nałożone zostaje embargo. Głupcami nazywa skłonnych do śmiechu Łazarz Baranowicz:

Śmiać się na świecie nie radzę nikomu,
Świat jest wygnaniem, śmiać się chyba w domu.
Nieraz Pan płakał, śmiechu nie widziano,
Że trzeba płakać, nie śmiać ukazano.

Rewizyjny i heretycki Baudelaire jest równie ortodoksyjny: „Słowo Wcielone – nie śmiał się nigdy”. I tłumaczył, że ludzki śmiech Bogu nie przystoi, a zwłaszcza Mesjaszowi, gdyż wynika z nieuprawnionego poczucia wyższości człowieka nad innym człowiekiem, tym samym stanowi dowód naszego upadku. „Śmiech jest sataniczny, a więc głęboko ludzki”. Może w innym świecie będzie zbawiony także ludzki śmiech, zgodnie z obietnicą: „wy, którzy teraz płaczecie, […] śmiać się będziecie” (Łk 6,21). Chrystusa śmiejącego się zatem nie widzimy. Tradycja jest zgodna, dowodów biblijnych nie ma, inne się nie liczą. Baudelaire zobaczył w ludzkiej zdolności do śmiechu świadectwo naszego egzystencjalnego rozdarcia między nieskończoną wielkością i nędzą. Zgoda, rechotliwy, raniący, pasywny śmiech triumfującej siły jest diabelskim instrumentem poniżenia. Broniłbym jednak godności innego śmiechu, którą nadają mu: wzniosły rodowód (bogowie, superego, intelekt, dojrzałość i tak dalej), ale nade wszystko fakt, że bywa ostatnim orężem słabego, zwłaszcza przeciw siłom, które są nieludzkie, to znaczy nie za sprawą człowieka ich doświadczamy.

Coś mi szepce, żeby śmiechu Bogu wcielonemu nie odpuszczać. Przecież jeśli wcielił się całkowicie, to także w tę naszą chichotliwą skłonność. Poza tym, nawet jeśli nie czytamy, że się śmiał, to żartował prawie na pewno. I jakieś ślady tego w Ewangeliach pozostały, na przykład u Mateusza (Mt 15,10–18), w przypowieści o cyrkulacji zła, kiedy Chrystus próbuje uczniom uświadomić, że to nie rzeczywistość jest źródłem grzechu, a zło powstaje dopiero w naszej reakcji na świat.

„A zawoławszy do siebie ludu, rzekł im: Słuchajcie, a rozumiejcie. Nie to, co wchodzi w usta, pokala człowieka; ale co wychodzi z ust, to pokala człowieka”.

Niestety przypowieść, która miała czytelnie zobrazować teologiczny przekaz, jest za trudna. Uczniowie „nie kumają”, dlatego Piotr prosi, aby Jezus podał im wyjaśnienie. „A odpowiadając, Piotr rzekł mu: Wyłóż nam to podobieństwo”. Poirytowany i chyba trochę rozbawiony ich tępotą, powtarza raz jeszcze, że nie natura jest zła, ale słowa i czyny człowieka. Kpi z ograniczonej inteligencji uczniów. Tłumacząc tym razem dosadnie, sięga po obraz jedzenia, trawienia i defekacji. „I rzekł Jezus: Jeszczeż i wy bezrozumni jesteście? Jeszczeż nie rozumiecie, iż wszystko, co wchodzi w usta, w brzuch idzie, i do wychodu bywa wyrzucono? Ale co z ust pochodzi, z serca wychodzi, a toć pokala człowieka”.

Wiele tytułów

Ryszard Koziołek, „Wiele tytułów”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Prawie słyszę, jak powietrze nad Jeziorem Galilejskim „zabrzmiało jednym ogromnym śmiechem. Trząść się poczęły brzuchy i pasy na brzuchach; jedni klaskali w ręce, drudzy zataczali się jak pijani, inni opierali się o sąsiadów, i śmiech brzmiał ciągle” (Sienkiewicz, „Potop”). Śmiech jest usprawiedliwieniem ciała w oczach rozumu. Uwolnienie stłumionej energii dokonuje się dzięki sztuce komicznej, jakby to, co wyższe, darowywało choremu, zalęknionemu chwilę wytchnienia, a czasem nawet poczucie odzyskanej godności, jeśli słaby wyśmiać może siłę, los, chorobę, śmierć.

Wielcy badacze śmiechu, jak Michaił Bachtin czy Zygmunt Freud, zwracali uwagę na dziwny akt łaski śmiechu, której władza udziela jednostce, pozwalając jej wyśmiewać autorytet. Freud zasugerował wręcz, że to nasz wewnętrzny Bóg, surowa instancja psychiczna, uwewnętrzniony ideał, ja doskonałe, które produkuje w nas wyłącznie poczucie winy, ono właśnie okazuje naszej świadomości dziwną łagodność, którą wyraża humor. „Humor chce powiedzieć: «Spójrz tutaj, oto świat sprawiający tak niebezpieczne wrażenie. Phi, dziecięce igraszki, w sam raz, by sobie z nich żartować!» […]. Jeśli naprawdę właśnie «nad-ja» tak czule, tak pocieszająco przemawia w humorze do zastraszonego «ja», to pragniemy tu zwrócić uwagę, że niejednego musimy się jeszcze nauczyć, jeśli chodzi o istotę owego «nad-ja»”.

Ten styl Freudowskiej frazy jest równie zadziwiający, co jej treść. Bezwzględny demaskator naszych złudzeń i pragnień przebiera swój głos w ton piastunki uspokajającej przestraszone dziecko. Humor deformuje świat, zakłóca proporcje grozy i bezpieczeństwa, mami umysł, aby nie oszalał ze strachu. Nie ma człowieka, który nie potrzebuje osłony śmiechu. Jeśli Chrystus nie śmiał się nigdy, to znaczy, że przeszedł od radości dzieciństwa wprost do smutku dorosłości. A jako że niewiele wiemy o miejscu, gdzie przebiega ta granica, pomyśleć możemy zawsze już tylko współobecność obu stanów. Był radosny, kiedy dostał „złoto i kadzidło, i myrrę” (Łk 2,11), i rozczarowany, kiedy okazało się, że nie są do zabawy. I tak już do końca? „Smutna jest dusza moja aż do śmierci” (Mt 26,38)?

Może i tak było, że nikt Jezusa nie rozśmieszył za życia, ale po śmierci zaczęliśmy spłacać ten dług. Chrześcijaństwo to przecież także nieprzebrane pokłady komizmu teologicznego, nie przez wrogów jedynie tworzonego, ale w ciągu całych wieków przez ludzi Kościoła. Oto nasz dar dla nowo narodzonego, płaczącego, przerażonego Boga: „Spójrz tutaj, oto świat sprawiający tak niebezpieczne wrażenie. Phi, dziecięce igraszki, w sam raz, by sobie z nich żartować!”. Że już ci malarze krzyż w rękę wciskają? Co tam, „Come on guys, cheer up / Always look on the bright side of life…”.

Fragment książki „Wiele tytułów”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019