W Kościele jest coraz więcej osób jednocześnie kochających go i krytycznych wobec niego. Nie wolno traktować ich jak wrogów. Nie tędy droga.

„Trzeba umieć dostrzec osoby związane z Kościołem, a mające krytyczny stosunek do ludzi Kościoła, do jakiegoś zarządzenia kościelnego, do postawy jakie­goś biskupa czy księdza. Krytycyzm takich ludzi bierze się z ich utożsamienia z Kościołem. Tamte postawy zaś są dla nich źródłem bólu. Uwierają ich jak kamyki w butach, ale w butach, które chcą nosić, bo to ich buty. A te kamyki trzeba wytrząsnąć, żeby było lepiej” – powiedział zmarły kilka dni temu bp Bronisław Dembowski w rozmowie z „Więzią w 1992 roku. Te słowa są niezwykle aktualne, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń w polskim Kościele.

To, o czym biskup mówił, nazywam od lat bólem eklezjalnym. Nie chodzi o zwykłe zgorszenie, ale o smutek z powodu różnego rodzaju zła, które dzieje się w Kościele. Smutek biorący się z przynależności, z miłości, z utożsamienia się ze wspólnotą. Smutek, że nasze słowa rozjeżdżają się z naszymi postawami i wyborami. I wygląda na to, że niektórzy w Kościele to widzą i czują, a inni nie. Można zakłamywać rzeczywistość, iść w zaparte, udawać. I są takie środowiska, które po prostu nie chcą widzieć, że w Kościele dzieje się coś niedobrego albo każdą krytykę odbierają jako atak i nieprzyjaźń.

Myślę, że duchowieństwo w Polsce będzie miało coraz większy problem z grupą ludzi świeckich i duchownych, których boli to, co się dzieje w Kościele, którzy są krytyczni, bo kochają Kościół. To wcale nie są lewaccy czy liberalni wrogowie Kościoła. W ten sposób łatwo ich zbyć. Biskup Dembowski przypomina, że nie tędy droga.

Dla mnie istnieją przynajmniej trzy źródła bólu eklezjalnego.

Pierwszy dotyczy związku jakości mojego życia chrześcijańskiego z Kościołem. Najprościej rzecz ujmując, polega on na żalu i smutku z powodu własnych grzechów i zaniedbań, które przynoszą szkodę i ranią całe Ciało Chrystusa, którym jest Kościół. W akcie pokuty na początku mszy mówimy: „Spowiadam się Bogu i wam, bracia i siostry”. W wierze chrześcijańskiej jesteśmy w relacji do Boga i do wspólnoty. Mam wrażenie, że ten drugi wymiar – wspólnotowy, mistyczny, jest ciągle niezwykle słabo obecny w katechezie, w kazaniach, w przygotowaniu do spowiedzi. Bardzo podkreśla się, że grzech to sprawa między mną a Bogiem. Otóż nie. Nie tylko między mną a Bogiem. Każdy grzech, nie tylko publiczny i jawny, osłabia cały Kościół. Nie tylko takiego czy innego księdza, nie tylko to, co widać, nie tylko gorszące zachowania takiego czy innego biskupa, piętnowane przez media. Ukryte grzechy często bardziej niszczą Kościół niż te, które widać. Nadużycia władzy duchowej i świeckiej, wykorzystywanie swojej pozycji, buta i poczucie nieomylności potrafią dokonać ogromnych zniszczeń, ale ich destrukcyjny wpływ widać dopiero wtedy, gdy już za późno.

W Kościele musi wydarzyć się naprawdę wielki skandal, którego już nie da się ukryć, żeby władze kościelne właściwie zareagowały

Drugie źródło bólu eklezjalnego pojawia się według mnie wtedy, gdy w sytuacjach kryzysowych nie powołujemy się na Ewangelię, lecz na logikę tego świata. Nierozwiązana i niewyjaśniona nigdy sprawa abp. Paetza – niby coś było, a z drugiej strony może i nie było. Potem lustracja, skandale pedofilskie, afery finansowe, ks. Jankowski, abp Głódź. Często pojawia się ten sam argument: Dlaczego my mamy się bić w piersi? Przecież inne środowiska tego nie robią! Politycy, lekarze, dziennikarze. Takie pytania i porównania się z innymi pokazują, że Ewangelia nie przemieniła jeszcze serca, naszego egoistycznego „ja”. Gdy pojawia się kryzys, na jaw wychodzi „syn tego świata”, a nie „dziecko światłości”. I to bardzo boli.

Trzecie źródło bólu eklezjalnego – w praktyce istnieją jeszcze w polskim Kościele „równi” i „równiejsi”. Istnieją podwójne standardy moralne. Inne nieco dla wiernych świeckich, inne dla duchownych. Ci drudzy z powodu święceń i nabytego w ten sposób autorytetu mają mieć w niektórych przypadkach taryfę ulgową. Dlaczego? Bo są duchownymi. Przykład? Do dzisiaj jeszcze się zdarza, że gdy ksiądz przekroczy prędkość i złapie go policja, afiszuje się koloratką i powołuje na bycie księdzem, aby nie zapłacić mandatu. Czasem jeszcze to działa.

Ciekawe, że w średniowiecznych księgach pokutnych księża i biskupi za ten sam grzech, który popełniali również świeccy, otrzymywali surowsze kary i pokuty. Teraz musi wydarzyć się naprawdę wielki skandal, którego już nie da się ukryć, żeby władze kościelne właściwie zareagowały. Przykład sprzed paru lat, zresztą wzorcowo rozwiązany, z wypadkiem bp. Piotra Jareckiego po pijanemu, nasuwa się sam.

Nigdy nie będzie w Kościele idealnie. I z pewnością nie należy upubliczniać wszystkich grzechów ludzi Kościoła (świeckich i duchownych). Ale dyskredytowanie faktów, odrzucanie sygnałów, że dzieje się coś złego w imię obrony „dobra Kościoła” jest tylko pozornym rozwiązaniem.

Tekst ukazał się dziś na Facebooku Autora.