Coraz częściej będziemy mieli do czynienia zarówno z niewłaściwym, wynikającym z ignorancji traktowaniem Eucharystii, jak i z aktami profanacji Najświętszego Sakramentu. Byłoby źle, gdybyśmy jako katolicy w każdym niemądrym czynie widzieli intencję bezczeszczenia naszych największych świętości.

Sprawa trzynastolatka z Bełchatowa, który zamiast spożyć chleb eucharystyczny schował konsekrowaną hostię do kieszeni, w ostatnim czasie zbulwersowała wielu. Jednych zgorszył czyn chłopca, w którym dostrzegli profanację rzeczywistości dla nich najświętszej. Innych – postawa księży, którzy wezwali do interwencji policję, widząc w działaniu nieletniego znamiona przestępstwa obrazy uczuć religijnych. Przyznaję w duchu rację obu stronom tego sporu, choć dostrzegam jednocześnie charakterystyczny brak wrażliwości na innego zarówno u jednych, jak i u drugich.

Hostia „na pamiątkę”

Sam podobnej sytuacji w Polsce jeszcze nie doświadczyłem. Pamiętam jednak, jak przed prawie 20 laty w Belgii szeroko komentowano pewne zdarzenie z katedry w Brukseli. Oto podczas Mszy świętej do rozdającego komunię celebransa podeszła wtedy japońska wycieczka. Turyści z dalekiej Azji grzecznie wyciągali rękę po hostię, kłaniali się księdzu mówiąc „thank you”, po czym chowali eucharystyczny chleb do kieszeni bądź portmonetek „na pamiątkę”. Kapłan stał osłupiały, ale nie upomniał Japończyków. Został za to skrytykowany po zakończeniu mszy przez wiernych. Tłumaczył się, że przecież owi azjatyccy goście mogli być katolikami, a on nie ma możliwości sprawdzania tego podczas celebracji eucharystii. Komentujący później owo wydarzenie teologowie uznali jednak, że ksiądz postąpił niewłaściwie. Eucharystia to bowiem zbyt ważna sprawa dla katolików. Zadaniem celebransa jest pilnowanie, by ludzie ją przyjmujący, spożywali ją na jego oczach. Jeśli tego nie czynią, należy reagować, tzn. pytać wprost o ich wyznaniową przynależność i ewentualnie prosić o zwrot konsekrowanej hostii.

Trzeba jednocześnie zakładać, że najczęściej powodem takiego jej niewłaściwego przyjęcia i chowania „na pamiątkę” jest raczej ignorancja, a nie zła wola. Z tego powodu w wielu kościołach w zsekularyzowanych krajach Zachodu przy ołtarzach umieszczane są tablice informujące krótko (zwykle w języku danego kraju i po angielsku), że dla katolików chleb eucharystyczny jest świętością. Uprasza się zatem uprzejmie, by niekatolicy to szanowali i nie ustawiali się wraz z wiernymi Kościoła rzymskiego w komunijnych procesjach. Mimo to zdarzają się osoby, które takie przyołtarzowe informacje ignorują. Wielokrotnie widziałem (szczególnie we Francji), że księża przerywali rozdawanie Komunii świętej, gdy widzieli kogoś chowającego do kieszeni czy portfela komunikant. Raczej nie dochodziło do awantur. Pouczona osoba czyniła zadość prośbie, by oddać hostię.

Zamiar profanacji

Inaczej wygląda to w przypadkach, gdy ktoś przyjmuje konsekrowany chleb eucharystyczny z wyraźnym zamiarem profanacji. Dzieje się tak wówczas, gdy komunikant jest wypluwany, rzucany na posadzkę, deptany itp. Takie przypadki miały miejsce np. w paryskiej Notre Dame, gdy antykościelni aktywiści w ten właśnie sposób chcieli wyrazić swój sprzeciw względem nauczania Kościoła na temat moralności seksualnej.

Jest raczej pewne, że w podobnych sytuacjach wspomniane wyżej założenie o ignorancji i braku złej woli osób dopuszczających się działań mających intencjonalnie ranić katolików nie może mieć zastosowania. Tego typu czyny w większości krajów europejskich są karane (choć dość często wymierzana kara nie jest szczególnie surowa).

By móc profanować, trzeba mieć świadomość teologicznych dystynkcji. Czy miał taką świadomość nastolatek z Bełchatowa? Czy mieli ją wezwani do kościoła policjanci? Śmiem wątpić

Kłopot polega na tym, że w liberalnych demokracjach nierzadko zachodzi konflikt między wolnością słowa (rozumianą także jako „prawo do bluźnierstwa”) a wolnością religijną. Wedle dotychczasowych standardów prawnych Unii Europejskiej ta ostatnia cieszyła się jednak szczególną ochroną. Ciekawe, czy procesy sekularyzacyjne wymuszą stopniowo zmianę w tym względzie. Na razie przeważa pogląd, że wrażliwość religijna (o ile nie prowadzi ona do aktów przemocy wobec innych) to zbyt delikatna materia, by można czynić na nią bezkarne zamachy. W imię pokoju społecznego trzeba zatem uznać, że prawo do obrażania wiary osób religijnych nie daje się pogodzić z postulowaną przez niektórych koniecznością ich obrażania – także przez czyny mające charakter profanacji, za których usprawiedliwienie służy np. teza, iż religie (nawet jeśli nie wszystkie w jednakowym stopniu) to źródła nieracjonalnego obskurantyzmu oraz nietolerancyjnej przemocy.

Więcej niż białe pieczywo

Sądzę, że w Polsce coraz częściej będziemy mieli do czynienia zarówno z niewłaściwym (wynikającym z ignorancji) traktowaniem Eucharystii, jak i z aktami profanacji Najświętszego Sakramentu.

Na ignorancję antidotum jest informacja i wiedza o tym, co i dlaczego może być dla wierzących cenne czy święte. Tymczasem niektóre komentarze po sprawie bełchatowskiej były naprawdę żenujące. Jeśli ktoś twierdzi, że Komunia święta to tylko „wafelek” bądź „kawałek andruta”, nie daje tylko świadectwa katolickiej niewiary. Wykazuje brak szacunku na wrażliwość innych i przyznaje się do braku wiedzy w kwestiach, które od wieków bywały i są dla katolików sprawami życia i śmierci. Już w starożytności chrześcijanie ginęli za wiarę w świętość Eucharystii. Tak samo było w rewolucyjnej Francji pod koniec XVIII w. Katolików z powodu tej wiary zabijano również w XX-wiecznych Chinach i Wietnamie. Przykładów naprawdę jest wiele i naprawdę domagają się one – także od niewierzących – szacunku, a nie kpiny.

Niewierzący może przy tym pytać: dlaczego Eucharystia to dla katolików coś więcej niż niekwaszone białe pieczywo (moczone czasem w białym winie lub z tym białym winem oddzielnie spożywane) – biały opłatek, który z niejasnych powodów wystawiają od czasu do czasu w wymyślnych, złoconych konstrukcjach, by przed nim z czcią klękać. Dobrze byłoby wiedzieć przynajmniej, że eucharystyczny kult to przede wszystkim wspomnienie męki i śmierci pewnego Człowieka – Jezusa z Nazaretu, który przed wiekami był torturowany i został zamordowany na krzyżu. Wiemy z Nowego Testamentu, że spodziewał się tego i dlatego w przeddzień swojego zgonu podał swoim uczniom chleb i wino, mówiąc, że pokarm to Jego ciało, a napój to Jego krew. Poprosił ich też, by ten rytuał powtarzali. Miał on być dla nich przypomnieniem Jego śmierci. Tak jest to przedstawione w Ewangeliach synoptycznych oraz w najstarszym opisie ustanowienia Eucharystii w Pierwszym Liście do Koryntian św. Pawła (1 Kor 11, 23-26).

Ci zatem, którzy z owego chrześcijańskiego rytuału szydzą, w istocie niegodnie odnoszą się nie do „bajek o krasnoludkach”, ale do wspominania ofiary okrutnie dokonanego przed wiekami mordu.

Chrystus w każdym okruchu

Prawdą jest jednak, że przez wieki rytuał eucharystyczny obrósł wieloma teologicznymi interpretacjami. W starożytnym Kościele mocna była wiara, że – jak powiadał w jednej ze swych katechez do nowoochrzczonych żyjący w IV w. św. Cyryl Jerozolimski – „to, co się zdaje być chlebem, nie jest chlebem, chociaż takie wrażenie daje smak, lecz ciałem Chrystusa, a co się zdaje być winem, nie jest winem, choć się tak smakowi wydaje, ale krwią Chrystusa”. Później jednak niejednokrotnie chrześcijanie spierali się mocno, czy obecność Jezusa, którego uznawali za Boga, w Eucharystii objawia się w sposób całkowity (tzn. że historyczne ciało Jezusa tożsame jest z materialną fizycznością eucharystycznego chleba i wina) czy też raczej jedynie duchowy bądź symboliczny.

Katolicy czczą każdy najmniejszy okruch eucharystycznego chleba, bo wierzą, że w każdym takim okruchu rzeczywiście obecny jest Chrystus nie tylko na sposób duchowy czy symboliczny, ale w swoim ciele

Na ten temat toczono ostre debaty także w samym katolicyzmie. Nie zawsze bowiem w Kościele rzymskim używano słynnego wśród teologów łacińskiego terminu transsubstantiatio („przeistoczenie”). Rozpowszechnił się on dopiero dzięki orzeczeniu soboru laterańskiego IV z 1215 r. oraz XIII-wiecznej myśli scholastycznej. Określenie to odnosiło się do znanego w tradycji arystotelesowskiej filozoficznego rozróżnienia na substancję i przypadłość. W Eucharystii dochodzi do przemiany substancji chleba i wina w substancję ciała i krwi Chrystusa. Po tej przemianie chleb i wino stają się przypadłościami substancji Bożego bytu. A ponieważ, jak stwierdził św. Tomasz z Akwinu w swojej „Sumie teologicznej”, „substancja bytu jest cała w całym bycie i cała w każdej jego cząstce, podobnie istota chleba cała jest w całym chlebie i cała w każdej jego cząstce; stąd obecny jest Chrystus w całej konsekrowanej hostii i w każdej jej cząstce” (ST, cz. II, q.76).

Oto dlaczego katolicy czczą każdy najmniejszy okruch eucharystycznego chleba: wierzą, że w każdym takim okruchu rzeczywiście obecny jest Chrystus nie tylko na sposób duchowy czy symboliczny, ale w swoim ciele.

Ta teologiczna teoria nie jest uznawana przez wszystkie odłamy chrześcijaństwa. Wielu chrześcijan za prawdziwsze bierze np. twierdzenia XI-wiecznego teologa Berengara z Tours, który uważał, że w trakcie eucharystycznej konsekracji zachodzi przemiana nie substancji, a znaczenia – chleb i wino zmieniają się w ciało i krew Chrystusa duchowo (łac. in figura). Nie ma zatem rzeczywistej obecności, jest tylko symboliczna. W dobie Reformacji liczni protestanci uznali ten pogląd za zasadny. Widzieli w katolickim kulcie eucharystycznym (z wystawianiem hostii w monstrancjach i uroczystymi procesjami) bałwochwalstwo. Z tego powodu dopuszczali się nieraz agresywnych aktów profanacji.

Teologiczne dysputy i państwowe wsparcie

Tego typu wydarzające się między chrześcijanami historie należą już generalnie do przeszłości. Dziś profanacje dokonywane względem katolickiej Eucharystii częściej mają chyba ogólnie antychrześcijański charakter. By jednak móc profanować, trzeba mieć świadomość tych przytoczonych wyżej teologicznych dystynkcji.

Czy miał taką świadomość nastolatek z Bełchatowa? Czy mieli ją wezwani do kościoła policjanci? Czy miałby ją prokurator, który ewentualnie stwierdziłby popełnienie przestępstwa? Śmiem wątpić. Są bowiem kwestie zastrzeżone dla teologicznych dysput, które nie potrzebują wsparcia ze strony organów państwowych.

Inna rzecz, że katolicy istotnie mają nie tylko prawo, ale i obowiązek bronienia Eucharystii. Od nich jednak zależy przede wszystkim, by jej znaczenie w katolicyzmie znane było zarówno im samym oraz ich dzieciom, jak i pojawiającym się czasem w kościołach postronnym. Byłoby źle, gdybyśmy w każdym niemądrym czynie dokonywanym przez nieświadomych na Eucharystii widzieli intencję bezczeszczenia naszych największych świętości. Bo to od nas – katolików – zależy przede wszystkim praca nad ową nieświadomością.