Katolicyzm, który głoszą inicjatorzy Marszu Niepodległości, katolicyzm zaciśniętej pięści oplecionej różańcem, nijak się ma do tego, czego pragnęli Józef Piłsudski i Karol Wojtyła.

W ostatnich latach Marsz Niepodległości organizowany przez środowiska nacjonalistyczne, urósł do roli największej i najgłośniejszej inicjatywy związanej ze świętem 11 listopada. Spory o ocenę tego wydarzenia ujawniają się co roku: szowinistyczno-rasistowska impreza domorosłych faszystów, albo szlachetny w swych intencjach objaw patriotyzmu, w którym uczestniczą całe rodziny, a ewentualne ekscesy to margines, może nawet prowokacja. Nie mam zamiaru dorzucać kolejnej opinii w tym dość jałowym sporze, chciałbym jedynie pokazać kilka paradoksów obecnych w dzisiejszej formie obchodów Święta Niepodległości.

Tych paradoksów i zadziwień jest niemało, ograniczę się do dwóch najbardziej, jak sądzę, reprezentatywnych. Medialny obraz i społeczny odbiór święta zdaje się być dzisiaj zdominowany przez inicjatywy środowisk nacjonalistycznych, świadomie i wprost nawiązujących do międzywojennej endecji. Wszak to dziarska młodzież ze sztandarami ONR nadaje dominujący ton wielkiemu marszowi zaczynającemu się na Rondzie Dmowskiego.

W rzeczywistości dzień 11 listopada uznany został za symboliczny początek Odrodzonej Rzeczpospolitej po to, aby upamiętnić zasługi wrogów Narodowej Demokracji – Józefa Piłsudskiego i całego obozu skupionego wokół niego. Gdy 23 kwietnia 1937 r., Sejm RP przyjął stosowną w tej kwestii ustawę, jej pierwszy artykuł stanowił: „Dzień 11 listopada, jako rocznica odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność Ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości”.

Dla protoplastów dzisiejszych środowisk nacjonalistycznych oznaczało to, że nie jest to ich święto, odrzucali je i bojkotowali. „Dla tej grupy, która od 11 lat dzierży władzę (od maja 1926 – dop. PS), jest 11 listopada świętem narodowym w specjalnym tego słowa znaczeniu. Jest to dla nich święto – jeśli się tak wyrazić wolno – rodzinne, okazja do przypomnienia i uczczenia ich zasług dla Polski” – pisał endecki publicysta w listopadzie 1937 r.

Dziś ten dzień, paradoksalnie, służy głównie do podkreślenia zasług Dmowskiego i ideałów, które były jego wielkiemu adwersarzowi, Piłsudskiemu, całkowicie obce. Dokonało się więc coś, co w świecie biznesu nazywa się „wrogim przejęciem”. Dzień upamiętniający tradycję jagiellońską, Rzeczpospolitej wielu narodów, rzeczywistości, o której mówił Jan Paweł II w pamiętnym przemówieniu, w UNESCO: „Naród jest tą wielką wspólnotą ludzi, którą łączą różne spoiwa, ale nade wszystko kultura. Naród istnieje z kultury i dla kultury”, stał się okazją do skandowania oenerowskich haseł „wielka Polska katolicka” i głoszenia apologii „białej rasy”.

Katolicyzm, który głoszą inicjatorzy marszu, katolicyzm zaciśniętej pięści oplecionej różańcem, nijak się ma do tego, czego pragnęli Józef Piłsudski i Karol Wojtyła. „Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Ten jagielloński wymiar polskości, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym” – konstatował Jan Paweł II, głosząc apologię tej formy patriotyzmu, która jest na antypodach poglądów głoszonych przez organizatorów dzisiejszego Marszu Niepodległości.

Dzień upamiętniający tradycję jagiellońską, Rzeczpospolitej wielu narodów stał się okazją do skandowania oenerowskich haseł „wielka Polska katolicka” i głoszenia apologii „białej rasy”

Drugi paradoks dotyczy tego, co w Marszu Niepodległości, odnosi się do sfery stricte religijnej. Organizatorzy zawsze podkreślali swoje katolickie inspiracje, choć było to zwykle odwołanie do tej formy katolicyzmu, która jest miła środowiskom nacjonalistycznym. „Wielka Polska katolicka”, rozumiana jako państwo wyzbyte pluralizmu ideowego, w którym katolicyzm jest nie tyle wyrazem osobistej wiary, ale monopolistyczną ideologią organizującą życie państwa, społeczeństwa i jednostki obecna była w doktrynie międzywojennego radykalnego nacjonalizmu.

Kościół w Polsce miał niegdyś i miewa dzisiaj skłonności endeckie, warto jednak zauważyć, że w tym roku archidiecezja warszawska odmówiła organizatorom Marszu odprawienia na jego początek Mszy św. w Kościele Najświętszego Zbawiciela (rok temu warszawska kuria zrobiła podobnie – przyp. red). Udali się oni zatem pod skrzydła „lefebrystów” i ogłosili, że msza w klasycznym rycie rzymskim odbędzie się w kościele Bractwa św. Piusa X pw. Niepokalanego Poczęcia N. M. Panny.

Gdzie tu paradoks? Otóż ta identyfikacja narodowców ze środowiskiem skrajnych tradycjonalistów katolickich, których status w Kościele powszechnym nadal nie jest uregulowany, wydaje się być pozbawiona logiki. Głosiciele hasła „Polska dla Polaków”, apologeci „białej siły”, wyznawcy „polskości”, etnicznej, nie kulturowej, chronią się pod skrzydła katolickich integrystów, odrzucających reformy Vaticanum II. Przecież narodowcy powinni z radością akceptować wprowadzenie języków narodowych do liturgii, jest to wszak wzmocnienie tożsamości Kościołów lokalnych i ich narodowego wymiaru. Łacina była przecież, w ich optyce, instrumentem ponadnarodowego ujednolicenia, jakże im wstrętnego uniwersalizmu. Gdzież tu konsekwencja?

Oczywiście maszerujący w dniu 11 listopada nie są świadomi tych wszystkich paradoksów i niekonsekwencji. Chcę wierzyć, że wielu z nich pragnie po prostu dać wyraz swym szczerym i szlachetnym uczuciom. Być może to, co napisałem, jest dla nich wyrazem szukania dziury w całym, czepiania się, akcentowanie tego, co marginalne kosztem tego, co naprawdę istotne.

Rozumiem ich, sam chętnie poszedłbym w radosnym marszu, upamiętniającym czas narodzin państwa, które byłoby wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, bez względu na ich narodowość, poglądy, orientację seksualną etc. Marsz Niepodległości nie spełnia jednak tego wspólnotowego warunku, odwołuje się jedynie do pojęcia narodu, rozumianego w sposób ograniczony, etniczny, biologiczny, rasowy. Nie takiej Niepodległej pragnęli Piłsudski i Wojtyła!

Tekst ukazał się 11 listopada na stronie Klubów „Tygodnika Powszechnego”.