Czy każdy nasz dzień nie powinien być jednym hymnem wdzięczności, obejmującym nie tylko ludzi, ale całą mnogość zjawisk, jakie nas otaczają?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/2002.

Kiedyś, w czasach kiedy jeszcze w „Tygodniku Powszechnym” pisywali felietony Stefan Kisielewski, Antoni Słonimski i Andrzej Kijowski, znalazłam w tekście Andrzeja uwagę, która mnie głęboko zastanowiła. Dotyczyła ona ufności, czy też, mówiąc bardziej potocznie: zaufania.

Nie potrafię już dziś streścić tego felietonu, ale zapamiętałam, że zaufanie uznał on za jedną z podstaw współżycia w cywilizowanym społeczeństwie. Stanowi ono więź, która, niezabezpieczona żadną formułą prawną, wynika z poczucia solidarności i wspólnoty. Przykładem są liczne codzienne czynności, których skuteczność opiera się na naszym zaufaniu do ludzi, którzy w tych działaniach uczestniczą: powierzamy nasze listy poczcie, ufając, że urząd ten wyśle je w określonym przez nas kierunku, ufamy listonoszowi, że te listy doręczy, ufamy krawcowi, że nie zmarnuje materiału, który mu do uszycia przynosimy, zegarmistrzowi, że potrafi naprawić powierzony mu zegarek, praczce, że odda nam naszą bieliznę nieposzarpaną i czystą. Oczywiście, są to czynności codzienne, do których tak przywykliśmy, że nikt się z tej okazji nad kwestią zaufania przesadnie nie zastanawia. Pada natomiast słowo zaufanie przy wyborze banku, któremu chcemy powierzyć nasze fundusze i – przenosząc się w rejony wyższe – słowo zaufanie, a przynajmniej oczekiwanie zaufania pojawia się, gdy powierzamy komuś nasze uczucie lub rodzinne sekrety, a nawet nasze życie. I mam tu na myśli nie tylko lekarza, do którego przychodzi człowiek chory, ale także związek zawierany między mężczyzną i kobietą.

Z pewnością zaufanie, ufność, to motyw, który nieustannie towarzyszy naszym działaniom, bez niego nasze gromadne życie nie byłoby możliwe.

Jest jednak jeszcze jedno uczucie, które sprawia, że istnienie nasze nie tylko nabiera ciepła, ale i poloru cywilizacyjnego: mam na myśli uczucie wdzięczności, która jest jakby ukoronowaniem zaufania okazanego przez nas innym. Jest to cnota, która powinna niejako powstawać samorodnie, niemal bez naszego udziału. Powinna wykwitać jak kwiat, ofiarowywany tak często jako symbol, wyraz naszej miłości i wdzięczności.

Wdzięczna jestem każdej chwili istnienia, mimo i na przekór cierpieniu

To, że jesteśmy komuś wdzięczni za pomoc, za wsparcie w potrzebie lub w trudnej chwili, to rzecz naturalna. I tylko ubolewać można nad kalectwem osoby, która tej pomocy nie potrafi docenić. Ale uczucie wdzięczności ogarnia nas niejednokrotnie w chwilach, kiedy nikt od nas tej wdzięczności nie oczekuje. I jest to wdzięczność najbardziej może godna opisania, bo przechodzimy nad nią najczęściej do porządku dziennego. Przyszło mi to do głowy pewnego dnia, kiedy otworzywszy radio natrafiłam akurat na kwartet Haydna, jeden z moich ulubionych. Zaskoczona tym nagłym darem, nie zważając na rozpoczęte zajęcia, usiadłam i wysłuchałam go do końca. Niespodzianka, jakiej doznałam, i poczucie zupełnego wyciszenia wewnętrznego, jakie dała mi ta muzyka po całodziennej krzątaninie, było tak błogie, że poczułam żywą wdzięczność nie tylko do Haydna, który ten kwartet stworzył, ale i do człowieka, który go jakby dla mnie specjalnie ze studia radiowego nadał, dla redaktora „Dwójki”, który kwartet do programu wstawił – i nie potrafię powiedzieć do kogo jeszcze, może nawet do samego wynalazcy radia, bez którego nie przeżyłabym tego wzruszenia rzuconego mi jak dar pod nogi.

Dawno już przebrzmiała symfonia, a myśl o wdzięczności rosła we mnie i ogarniała krąg coraz to szerszy. Czyż każdy nasz dzień nie powinien być jednym hymnem wdzięczności, obejmującym nie tylko ludzi, ale całą mnogość zjawisk, jakie nas otaczają? Wdzięczności za to, że budzę się zdrowa i cała, że tak oszałamiająco mieni się jesiennymi kolorami winorośl na murze widocznym z mojego „miejsca przy oknie”, że tak pięknie pachnie zaparzona poranna kawa, że na chwilę pojawiło się na pochmurnym niebie słońce, że na balkon trafiła nagle gromadka rozświergotanych wróbli. Bo wdzięczność jest jakby uwieńczeniem zaufania, o którym pisał Andrzej Kijowski. Ja komuś coś powierzam ufając, że mnie nie zawiedzie, a całą siebie powierzam światu, choć znam jego podstępy i niegodziwości.

Jest przywilejem wdzięczności, że rodzi się ona zawsze tam, gdzie dzieje się coś dobrego i pięknego. Jestem więc wdzięczna za książki i obrazy, które kocham. Wszystko, co otrzymuję z darów sztuki, budzi we mnie to uczucie. Wdzięczna jestem moim bliskim, że byli i są, i wdzięczna jestem ludziom, którzy ofiarowali swój trud, a często i życie, żebym mogła dziś cieszyć się wolnością i decydować sama o swoim losie. Wdzięczna jestem każdej chwili istnienia, mimo i na przekór bólowi oraz cierpieniu.

Bo wdzięczność to uczucie wszechogarniające, stanowiące jakby zakład naszego człowieczeństwa. Uczucie na wskroś religijne. I jest to religia ludzi różnych wyznań, a także tych, którzy do żadnego wyznania się nie przyznają. Ten dar otrzymaliśmy z chwilą przyjścia na świat i od nas tylko zależy, jak go rozwiniemy.

Na co dzień wyraża się on jednym prostym słowem: Dziękuję. Niestety, słowo to coraz bardziej wychodzi z obiegu.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/2002.