Duchowny, któremu się ufa, ma władzę – władzę potwierdzania pokładanego w nim zaufania, a dzięki temu otwierania przed ludźmi drogi do życia; ale także władzę nadużywania zaufania i zdradzania ludzi, a przez to siania śmierci.

Na zakończenie lutowego watykańskiego szczytu poświęconego wykorzystywaniu seksualnemu dzieci i młodzieży przez duchownych głos zabrał papież Franciszek[1]. Jego przemówienie wywołało mieszane reakcje w mediach, przy czym przeważała krytyka czy wręcz rozczarowanie. Krytyczne opinie ogniskowały się wokół trzech kwestii: po pierwsze, wrażenia, że wina Kościoła jest relatywizowana poprzez odniesienia do ogólnospołecznych schematów wykorzystywania seksualnego; po drugie, braku systemowego radykalizmu w analizie sytuacji; po trzecie wreszcie, braku zapowiedzi wyciagnięcia konkretnych konsekwencji.

Moim zdaniem kardynał Reinhard Marx słusznie zauważył, że ostatni zarzut wynika z nierealistycznych oczekiwań związanych z celami spotkania. W Rzymie chodziło przecież przede wszystkim o ujednolicenie w całym Kościele poziomu wiedzy, a zwłaszcza poziomu świadomości problemu. Tym większe znaczenie mają jednak dwa pierwsze zarzuty, ponieważ dotyczą one metodologii zastosowanej przez Kościół analizy. Czy nie utrwalono modelu, w którym papież z jednej strony łączy wykorzystywanie seksualne dzieci w kontekście specyficznie katolickim z diaboliczną siłą zła, a z drugiej – odpowiedź widzi na płaszczyźnie świętości osób odpowiedzialnych? W takim wypadku problem można byłoby rozwiązać poprzez lepszy dobór kandydatów na księży, poprawę formacji i stałe towarzyszenie. Prawo kanoniczne ścigałoby ewentualne nadużycia z całą konsekwencją, jaką zapowiadał papież.

Czy w ten jednak sposób ujmuje się w całej głębi problem wykorzystywania seksualnego w kontekście specyficznie katolickim? Jakie uwarunkowania systemowe w Kościele sprzyjały uaktywnieniu się sprawców o profilach, które poddano analizie w studium MHG[2]? Jakie czynniki determinowały w wymiarze instytucjonalnym kurialną machinę tuszowania, usprawiedliwiający pedofilskie czyny dyskurs bagatelizacji oraz strategie uciszania świadków? Jak przedstawia się, krótko mówiąc, specyfika wykorzystywania seksualnego w kontekście katolickim, zwłaszcza wobec papieskiego porównania z innymi środowiskami społecznymi?

Za punkt wyjścia w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania można przyjąć pewną niewygodną analogię zawartą w przemówieniu Franciszka. Już na początku papież przywołuje „okrutną praktykę religijną, rozpowszechnioną w przeszłości w niektórych kulturach, by składać ludzi – często dzieci – jako ofiary w obrzędach pogańskich”[3]. To zdanie pojawia się w przemówieniu niczym ciało obce, bez bliższego objaśnienia[4]. Przedstawione skojarzenie może jednak posłużyć jako tło, na którym wyrazistsze i głębsze stają się obrazy występujące w dalszych rozważaniach. Zestawienie z pogańskimi praktykami ofiarnymi ma sens wyłącznie wtedy, gdy rozumie się je jako przejaw zsakralizowanej przemocy, której struktury i mechanizmy należy poddać analizie. Wpisują się one w system władzy, w którym o życiu i śmierci decyduje uświęcony rozkaz podjęty przez religijnych decydentów mających dostęp do mocy samego sacrum oraz będących pośrednikami i instytucjonalnymi gwarantami tegoż sacrum. Logiczny jest zatem fakt, że w swoim przemówieniu papież konsekwentnie opisuje zjawiska wykorzystywania seksualnego i nadużywania władzy[5] w taki sposób, że uwydatnia zarazem problem klerykalizmu[6].

Wiara a relacje siły i bezsilności

Wiara konfrontuje ludzi z siłą, która ich z jednej strony przekracza, a którą z drugiej strony odbierają jako fundament swojej egzystencji. Pojęcie Boga odnosi się do nieskończonej stwórczej, życiodajnej siły. Chrześcijanie rozpoznają Go w życiu Jezusa, w Jego nauczaniu i śmierci oraz we wskrzeszeniu Ukrzyżowanego. Ta siła staje się skuteczna dzięki wierze. W granicznych doświadczeniach życia – tam, gdzie człowiek staje bezsilny wobec nieodwracalnej skończoności swojej egzystencji – siła ta otwiera możliwości interpretacji i działania. Te doświadczenia trzeba przecież jakoś przepracować, poddać jakiejś interpretacji, w przeciwnym bowiem razie psychospołeczny układ odpornościowy jednostki załamałby się w zderzeniu z osobistymi nieszczęściami i zewnętrznymi katastrofami.

Takich interpretacji dostarczają religie. Wyposażają one człowieka w siłę, zarazem jednak poprzez swoje sakralne kody potęgują świadomość jego bezsilności. Mówią o nieodwołalnej skończoności człowieka we wszystkich sferach życia. W chrześcijaństwie to przesłanie zostaje radykalnie wprowadzone w czyn. Bóg daje się spotkać w samym człowieku, i to w człowieku nieskończenie bezbronnym, który zostaje uśmiercony na krzyżu. Człowiek jest obdarzony wyjątkowym znaczeniem i godnością, które nie mogą jednak pozostać czystą ideą, lecz muszą być ukazywane w praktyce. Symboliczne działania w Kościele przekładają to na język codziennego doświadczenia w działalności charytatywnej i posłudze sakramentalnej. Niosą one obietnicę życia tam, gdzie życie to ukazuje swoją kruchość pod znakiem narodzin i choroby, grzechu i śmierci, interpretują ludzkie życiorysy w świetle nieograniczonej stwórczej, życiodajnej siły Boga i je na tego Boga ukierunkowują.

Jakie czynniki determinowały w wymiarze instytucjonalnym kurialną machinę tuszowania, usprawiedliwiający pedofilskie czyny dyskurs bagatelizacji oraz strategie uciszania świadków?

W ten sposób siła wiary odsłania ludzką bezsilność. Religijne systemy objaśniania rzeczywistości są zasadniczo quasi-systemami sprawowania władzy, ponieważ zarządzają poczuciem siły i bezsilności w obliczu ciągłego zagrożenia śmiercią. Tak oto wiara religijna przybiera formę władzy sakralnej organizującej stosunek człowieka do rzeczywistości, w którą ten wierzy. Jak należy wierzyć? I komu? Kogo traktować jako autorytet w zakresie interpretacji i praktykowania tradycji religijnych, autorytet obdarzany zaufaniem, bez którego człowiek nie może przeżyć?

Zaufanie do instytucji jest fundamentem stabilnego zaufania do otaczającej rzeczywistości. To właśnie dlatego bankructwo banków i całych systemów finansowych nadweręża coś więcej niż tylko stan naszego konta. To właśnie dlatego wstrząsa nami korupcja w polityce i malwersacje dokonywane przez funkcjonariuszy publicznych. To właśnie dlatego tak katastrofalne w skutkach są przestępstwa na tle seksualnym w Kościele katolickim. Ich sprawcy powinni przecież uosabiać wyzwalającą siłę wiary, z której czerpie bezsilny człowiek. Tym bardziej destrukcyjne jest doświadczenie bezsilności związanej z wyrządzaną przez nich krzywdą.

W tej właśnie relacji wyraźnie widać, że wiara opierająca się na zaufaniu stanowi źródło władzy. Ten, komu się ufa, ma władzę – władzę potwierdzania pokładanego w nim zaufania, a dzięki temu otwierania przed ludźmi drogi do życia; ale także władzę nadużywania zaufania i zdradzania ludzi, a przez to siania śmierci. Wyzwalane przez wiarę zaufanie ma bowiem charakter dwustronny – wierzący ma prawo oczekiwać czegoś od tego, komu daje kredyt zaufania. Z kolei „kredytobiorca” może obracać kapitałem zaufania, pomnażając go. Religijno-duszpasterskie „towarzystwo kredytowe”, jakim jest Kościół, dysponuje niezrównanym zasobem – życiem wiecznym. Dostęp do niego obiecuje siła, która opiera się wszystkiemu, co niesie śmierć. Kto w to wierzy – a więc wierzy i instytucji, i jej reprezentantom – niejako ufnie oddaje się w ich ręce.

Taka relacja między siłą władzy religijnej a bezsilnością jednostki sprawia, że ludzie wierzący są niemal całkowicie bezbronni. Ich wiara kieruje się ku Bogu. Jednak znajomość znaczenia pojęcia „Bóg”, cech Jego rzeczywistości i możliwości jej doświadczenia uwarunkowana jest sposobem przekazu. Reprezentacja i reprezentant tworzą jedność o charakterze sakralnym. W Kościele katolickim uwidacznia się to w zależności między Jezusem Chrystusem a kapłanem. Ksiądz działa in persona Christi. W wymiarze symbolicznym, ale także fizycznym staje się on sferą kontaktu z największym sacrum. Kapłan udostępnia owo sacrum za pomocą znaków niezależnych od niego, ale zarazem niemożliwych do wykonania bez jego osoby i jego posługi. „Kod” reprezentacji Chrystusa przez księdza opiera się na podwójnej relacji władzy – odsyłając wiernych ku Chrystusowi, władza ta wyzwala zaufanie do siebie. Otwiera to drogę do specyficznego nadużywania władzy sakralnej przez kapłana.

Aby zrozumieć tę zależność, trzeba sobie uświadomić, w jaki sposób powstaje i funkcjonuje rzeczywistość zsakralizowana. Występuje ona w postaci podwójnie kodowanego „odkontekstowienia” – dokonuje się powiązania znaczeń, wyrywając je z pewnego kontekstu. W ten sposób następuje przeniesienie cechy sacrum z danego znaku na cały system znaków. Składający przysięgę w parlamencie lub przyrzeczenie przed sądem nie tylko podejmuje określone zobowiązanie ze wszystkimi przewidzianymi w prawie konsekwencjami, lecz również uznaje rzeczywistość, z którą związuje go przysięga. Pojawia się ona w formule przyrzeczenia, a formuła ją określa. Przyrzeczenie czy przysięga nabierają charakteru uświęconego, a wraz z tym sakralizacji ulega instytucja, do której się odnoszą. Dobrze to obrazują – szczególnie ze względu na skomplikowane uwikłania władzy – „obrzędy” amerykańskiej religii cywilnej, a konkretnie zaprzysiężenie prezydenta.

Analogiczną funkcję performatywnych działań symbolicznych spełniają sakramenty. Treść przysięgi małżeńskiej jest powiązana z aktem składania przysięgi. Poprzez jej wypowiedzenie małżeństwo ulega sakralizacji w wymiarze prawnym. Święta jest nie tylko rzeczywistość powstająca dzięki przysiędze – małżeństwo – lecz także sam kod, przysięga. Tak samo rzecz się ma z sakramentem święceń kapłańskich. Akt ten nabiera sensu i staje się prawnie skuteczny dopiero w przestrzeni sakralnej.

Co to oznacza w kontekście problemów zsakralizowanej władzy i jej nadużywania? Kod może coś otwierać, ale także coś zamykać. Dotyczy to zarówno drzwi sejfów, jak i haseł do bankowości elektronicznej. Dzięki kodowi dana rzecz nabiera szczególnego znaczenia. Chroni się to, co jest dla kogoś święte. W tym kontekście uwidacznia się sposób funkcjonowania kodu święceń kapłańskich. Otwiera on dostęp do pewnej sfery, wyposaża w kompetencje, zarazem jednak czerpie z władzy, której udziela. Sięga po władzę, która poprzez akt święceń nadaje samemu temu aktowi charakter sakramentalny.

Jest to krytyczny aspekt sakralnej władzy Kościoła. Opiera się ona na zaufaniu, odnoszącym się do władzy instytucji oraz działających w niej osób. Niebezpieczne staje się przejście między rzeczywistością przez nich reprezentowaną a ich własną reprezentacją, gdy sakralna władza Kościoła staje się źródłem sakralizacji jego kapłanów.

Usamodzielniona władza sakralna a „samosakralizacja” systemu

Nie uciekniemy przed tą dynamiką. Zsakralizowana rzeczywistość odgrywa rolę we wszystkich dziedzinach naszego życia – w sporcie, w kulturze… Są one w różnym stopniu podatne na nadużycia władzy sakralnej. Jej obserwowanie staje się trudniejsze, gdy pojawiają się sakralne kody. Ich akceptacja nie sprzyja obserwatorom z zewnątrz, których uznaje się za niezdolnych do prawidłowego zrozumienia kodów.

Wiedzą o tym doskonale kibice piłkarscy. Siła kodów tkwi przecież w ich wymiarze performatywnym – władza, którą dają, przejawia się w ich użyciu. Wiąże się z tym niebezpieczeństwo uodpornienia się systemu na rzeczywistość zewnętrzną. Dzieje się tak, gdy wykluczona jest obserwacja z zewnątrz – czy to w postaci kontroli, czy krytyki.

Podobnie funkcjonuje „samosakralizacja” – osoba spoza systemu zostaje odizolowana, zaliczona do sfery profanum, tym bardziej, że wraz z sakralizacją władzy powstaje grupa rozporządzających kodem osób wtajemniczonych. Poprzez fakt, że – jako klasa, kasta czy stan – używają kodu, chodzą w jego blasku. Przejawem tego zjawiska w katolicyzmie jest klerykalizm duchownych.

W obliczu problemu związanego z wykorzystywaniem seksualnym widzimy, że Kościół katolicki tkwi w „pułapce sakralizacji”

W dodatku Kościół katolicki ma w swojej teologii wyrafinowany kod uzasadniający zsakralizowaną rzeczywistość i jej stosunki władzy, przede wszystkim z perspektywy teologii krzyża. Władza kapłana sama z siebie jest niczym, ale w Jezusie Chrystusie – wszystkim. Prawdziwą władzą jest zatem władza miłości. Pojawia się tutaj groźba pozornego rozwiązania problemu władzy przez jej spirytualizację, bez analizy stosunków społecznych, w których władza ta jest osadzona. Ostatecznie bowiem w parafii decyduje proboszcz, a w diecezji – biskup.

W obliczu problemu związanego z wykorzystywaniem seksualnym widzimy, że Kościół katolicki tkwi w „pułapce sakralizacji”. Kod sakramentalny działa zawsze i to jest jego siłą. Może objaśnić wszystko, jednak istnieje groźba, że pozostanie ślepy wobec władzy sakralnej niezbędnej do jego zaistnienia, ponieważ z niej korzysta. Ten systemowy problem można przezwyciężyć wyłącznie przez podział władzy – jej kontrolę z zewnątrz i dystrybucję wewnątrz Kościoła. Postawi to tamę usamodzielniającej się nieświętej władzy, która potrafi wierzyć w swoją świętość nawet wtedy, gdy jej nadużywa. Dlaczego bowiem nie słyszymy wyznań win zwłaszcza najwyższych dostojników kościelnych, takich na przykład, jak kardynał Groër[7], który do śmierci nie zmierzył się z własnymi winami ani publicznie, ani wobec ofiar?

Poprzez podział kompetencji w Kościele zsakralizowana władza stałaby się bardziej płynna. Dopuszczenie innych nie uszczupli jej, lecz podniesie jej autorytet. Pytanie, które kieruję do Was, członkowie Konferencji Episkopatu Niemiec, brzmi, czy chcecie tylko delegować władzę, czy pragniecie rzeczywistej partycypacji ludu Bożego i czy zamierzacie w sposób konkretny ją umożliwić. Elementem tego uczestnictwa są konkretne procedury oraz prawa, które można wyegzekwować. Jego elementem są również – i przede wszystkim – przejrzyste decyzje.

Tak powinna postępować pozbawiona kompleksów władza, która jest świadoma czyhających na nią zagrożeń i definiuje je tak, że możliwe jest ich neutralizowanie na drodze instytucjonalnej. Problem wykorzystywania seksualnego w Kościele stwarza dogodną okazję do przeciwdziałania systemowej degradacji zaufania, które może roztrwonić nawet sam papież.

Tłum. Kamil Markiewicz


[1] Tekst referatu wygłoszonego podczas sesji towarzyszącej wiosennemu zebraniu plenarnemu Niemieckiej Konferencji Biskupów 13 marca 2019 r. w Lingen.
[2] Mowa o studium „Wykorzystywanie seksualne małoletnich przez księży katolickich, diakonów i zakonników na obszarze Konferencji Episkopatu Niemiec”, opracowanym na zlecenie Związku Diecezji Niemieckich. Określenie „studium MHG” pochodzi od nazw miast, w których znajdują się uczestniczące w projekcie placówki (Mannheim, Heidelberg, Gießen), zob. Sexueller Missbrauch an Minderjährigen durch katholische Priester, Diakone und männliche Ordensangehörige im Bereich der Deutschen Bischofskonferenz”, https://www.dbk.de/themen/sexueller-missbrauch/forschungsprojekte/ [dostęp: 04.05.2019] (przyp. tłum.).
[3] Przemówienie papieża Franciszka na zakończenie szczytu o pedofilii w Kościele (24.02.2019). Wszystkie cytaty za tekstem „W usprawiedliwionej złości ludzi Kościół widzi odzwierciedlenie gniewu Boga”.
[4] Na zakończenie przemówienia papież podkreśla bałwochwalczy wymiar wykorzystywania seksualnego, wynikający z siły bożków domagających się ofiary: „W obliczu takiego okrucieństwa, tak wielkiej bałwochwalczej ofiary z dzieci dla bożka władzy, pieniędzy, pychy, buty, nie wystarczają wyjaśnienia empiryczne”.
[5] „Trudno zatem zrozumieć zjawisko wykorzystywania seksualnego małoletnich bez uwzględnienia władzy, ponieważ przypadki te są zawsze następstwem nadużycia władzy, wykorzystywania sytuacji niższości wykorzystanego bezbronnego, pozwalającej na manipulowanie jego sumieniem oraz kruchością psychologiczną i fizyczną”.
[6] „To właśnie ten święty Lud Boży uwolni nas od plagi klerykalizmu, który jest żyzną glebą dla tych wszystkich obrzydliwości”.
[7] Kard. Hans Hermann Groër (1919–2003) – arcybiskup Wiednia od 1986 r., w 1995 r. zrezygnował po oskarżeniach o przestępstwa seksualne, jednak nigdy nie przyznał się do winy, nie został też ukarany przez sąd [przyp. tłum.].

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj