Na przełomie lat 1940/1941 w obozie NKWD w Griazowcu, w niskiej, ciemnej chacie z grubych bierwion przetykanych mchem, pod portretami Marksa, Lenina i Stalina w czerwonych tekturkach polski oficer Józef Czapski – więzień obozu – opowiadał towarzyszom niedoli o Prouście.

Słuchaczy przychodziło około czterdziestu. Tak ich wspominał kilka lat później w paryskiej „Kulturze” w tekście zatytułowanym „Proust w Griazowcu”: „o zmierzchu w fufajkach, mokrych butach, nieraz po długiej pracy w śniegu w dotkliwy mróz […] siedzieli na wąskich i chwiejnych ławkach, słuchali w półmroku izby o przygodach księżnej Guermantes, o śmierci Bergotta, o mękach zazdrości Swanna”[i].

Przygotowując się do odczytów głoszonych po francusku, Czapski nie miał przy sobie żadnych książek związanych z Proustem. Wszystkie cytaty z jego dzieła i fakty z życia pisarza czerpał z pamięci. Jak zauważa Eric Karpeles, autor książki „Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza”: „Sam proces posługiwania się pamięcią był spełnieniem i ucieleśnieniem Proustowskiego przedsięwzięcia”.

W przywołanym już wyżej tekście Czapski pisał: „dopiero tam [w Griazowcu] zrozumiałem, co znaczy tak ceniona przez Prousta i według niego jedyna istotna i twórcza «pamięć mimowolna» (memoire involontaire). Wówczas zrozumiałem, jak wzmaga tę pamięć oderwanie się od książek, gazet, od miliona drobnych wrażeń intelektualnych normalnego życia”.

„Proust w Griazowcu” – zapis tych odczytów, niewielka książeczka, będąca świadectwem więzi Czapskiego z Proustem, zainspirowała Erica Karpelesa, amerykańskiego pisarza i malarza, autora „Paintings In Proust: A Visual Companion to «In Search of Lost Time»” do zajęcia się bliżej postacią Czapskiego.

 

Proust, Pascal i Simone Weil

Tomy „W poszukiwaniu straconego czasu” po raz pierwszy wpadły Czapskiemu w ręce w Paryżu w 1924 r. – z grupą kapistów pod kierunkiem prof. Pankiewicza przyjechał wtedy na studia malarskie do Francji. Nie był wówczas na tę lekturę gotowy, uważał, że brakło mu jeszcze „dostatecznej kultury literackiej”.

Ponownie sięgnął po dzieło Prousta dwa lata później, w Londynie, kiedy zachorował na tyfus. (To był czas, kiedy ostatni tom „W poszukiwaniu straconego czasu” miał się dopiero ukazać). „[…] skazany na bezczynne lato – wspominał – mogłem przeczytać całość dzieła”. Po długiej kwarantannie, podczas wizyty w National Galery, zachwycił się obrazem Corota „Pan Pivot na koniu w lasach koło Ville d’Avray”. Po raz pierwszy w życiu tak mocno przeżył malarstwo.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019 

Kup tutaj