Jest paradoksem, że najmocniej w siłę poezji wierzą sami poeci i tyrani, choć jedni ją kochają, drudzy nienawidzą. Jedynie oni nie są wobec niej obojętni.

W wierszu Wisławy Szymborskiej „Niektórzy lubią poezję” spotykamy wersy, które dla niejednego ucha brzmią brutalnie: „Nie licząc szkół, gdzie się musi, / i samych poetów, / będzie tych osób [lubiących poezję] chyba dwie na tysiąc”. Czyli ledwie dwa promile! Liczba śladowa. Czy w takim razie – skoro czytanie poezji jest zajęciem dla niszowych hobbystów – w ogóle warto się nią zajmować?

Szymborska podchodzi do tematu bez złudzeń. Pisanie wierszy to nie jest coś, co budzi zainteresowanie i emocje tłumów. Więcej: na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo, czym ta poezja w ogóle jest. „Niejedna chwiejna odpowiedź / na to pytanie już padła”. Żadna jednak nie przyniosła rozstrzygnięcia. Poezja to coś jaskrawo niekoniecznego, a równocześnie coś uporczywie istniejącego. Poetka wierzy w swoją twórczość, skoro mimo wątpliwości wciąż pisze, ale wyjaśnienia celu tego niejasnego procederu nie potrafi udzielić. „A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego / jak zbawiennej poręczy”.

Poręczą jest niewiedza, ale może i sama poezja. Choć słaba, to mimo wszystko w jakiś sposób mocna. Potrafi przecież przetrwać nawałnice historii (pamiętamy słynne pytanie Adorno o usprawiedliwienie poezji po Auschwitz, a przecież ani ludobójstwo, ani rozpacz filozofa nie zadały jej ostatecznego ciosu), obojętność świata, wzgardliwe wzruszenie ramion kultury masowej (która z ożywieniem dostrzega ją tylko przy Noblu). Jest w stanie przetrzymać próby niecnego wykorzystania jej przez polityków, życie w stanie na wpół utajonym, tylko momentami jawnym. Skoro tak, to do czegoś jednak jest potrzebna. Do czego?

Nieobojętni, czyli poeci i tyrani

Nie tylko konsument współczesnej kultury i maturzysta nie lubią poezji. Wszak nie kto inny, tylko sam Platon chciał ze swojego idealnego państwa wypędzić poetów. Jego zdaniem gorszyli oni lud, bo wprawiali go w stan szaleństwa. Byli niebezpieczni. I rzeczywiście niejeden władca bał się poetów lub nawet ich nienawidził. Dosłownie wypędzano ich z rozmaitych (zgoła nieplatońskich) państw: patronami wierszopisów wygnańców byli Owidiusz i Dante, w naszych czasach imię ich legion. Ba, przecież poetów nawet z powodu ich twórczości wsadzano do więzień i zabijano. To jednak inny rodzaj nielubienia.

To nie obojętność społeczeństwa zajętego pragmatyzmem życia codziennego, to lęk przed wpływem poezji na czytelników, a więc coś odwrotnego – przydawanie jej nadzwyczajnej rangi i wiara w to, że potrafi ona z ludźmi zrobić coś, czego władza by się obawiała. Jest paradoksem, że najmocniej w siłę poezji wierzą sami poeci i tyrani, choć jedni ją kochają, drudzy nienawidzą. Jedynie oni nie są wobec niej obojętni. I wydaje im się, że tych lubiących osób, a nawet ulegających jej wpływowi jest więcej niż „dwie na tysiąc”.

Może rzeczywiście w okresach tyranii chętniej się czyta wiersze? W latach 70. minionego stulecia Stanisław Barańczak pisał w eseju „Zmieniony głos Settembriniego”: „poezja bywa coraz częściej – być może w braku innych możliwości – rodzajem społecznej kontroli tego wszystkiego, co staje się praktycznym rezultatem wprowadzania w życie ideologicznego dogmatu”. Są takie momenty w historii, gdy w „mowie wiązanej” szuka się wyjaśnienia, co się z nami dzieje, kim jesteśmy, jak żyć. Poezja zastępuje wtedy publiczną debatę. A może po prostu – wobec szarości świata zewnętrznego szuka się w niej odrobiny piękna.

Czy to znaczy, że poezja zyskuje szczególne znaczenie dopiero wtedy, gdy dzieje się źle i nie ma wokół niczego, co mogłoby skutecznie odciągać od niej uwagę?

Tak, są czasy bardziej sprzyjającej poezji i czasy sprzyjające jej mniej. Nie ma się jednak co oszukiwać. Nie jest tak, że raz wszyscy czytają wiersze, innym razem nikt. Tych, którzy lubią poezję, zawsze jest mniejszość. Na tyle mała, że nie wychwytują jej nawet badania socjologiczne, bo cały odsetek czytelników poezji zawiera się na marginesie błędu statystycznego. I nie tylko dzisiaj. My nie wiemy, ilu naprawdę młodzieńców siadywało pod wierzbami, żeby w melancholii oddawać się lekturom poetów jezior. Zapewne byli to też „niektórzy”.

Poezja potrafi przecież przetrwać nawałnice historii, obojętność świata, wzgardliwe wzruszenie ramion kultury masowej, która z ożywieniem dostrzega ją tylko przy Noblu

Wielu z nas pamięta kolejki po pierwszy tom Miłosza wydany w Polsce w 1980 r., ale czy naprawdę wiemy, ilu ze szczęśliwych posiadaczy ów tom przeczytało, a ilu było rozczarowanych, bo może szukali tam paszkwilu na Polskę Ludową, a nic takiego tam nie znaleźli. Bardzo łatwo mitologizować przeszłość, tymczasem żyjemy wspomnieniami, na ogół społeczeństwa nakładamy obraz obyczaju naszej małej grupy społecznej, która kiedyś sięgała po tomiki, a w istocie niewiele wiemy, jak czytelnictwo wierszy kiedyś wyglądało. Może bywało tak, że nie dwie osoby na tysiąc, ale cztery na tysiąc lubiły poezję – ale nigdy nie więcej.

Od razu jednak sam sobie zaprzeczę. Przecież kiedyś znajomość poezji, choćby pobieżna, była wyznacznikiem statusu społecznego. Czasem istotnie z przyczyn politycznych: w czasach zaborów Mickiewicz czy Słowacki byli prawodawcami języka, którym posługiwali się nasi przodkowie, żeby mówić o nieistniejącej Polsce. A w nie tak odległej przeszłości Herbert układał nam myśli, które nie podlegały propagandowemu upodleniu. Nie można zatem było poetów ignorować.

Czy jednak obraz robotników zasłuchanych w strofy Miłosza nie więcej ma wspólnego z oleodrukiem niż z rzeczywistością? A jeśli nawet tak było, to poeta w istocie był potrzebny jako ten, który „pamięta” i jest przejęty krzywdą „człowieka prostego” („Który skrzywdziłeś” Miłosza), a nie ten, kto niepokoi, wytrąca z językowych przyzwyczajeń, zadaje trudne pytania, czy choćby pozwala przeżyć estetyczny lub metafizyczny wzlot.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Kup tutaj