Wszyscy byli w tej samej sytuacji: młodzi, z małymi dziećmi, niereligijni, z rodzin polskich, ale zasymilowanych, o wyższym statusie. Zaskoczeni przymusowym wyjazdem, nieprzygotowani na kulturowy szok.

Pod koniec lat pięćdziesiątych po telawiwskim Ramat Awiwie krąży dowcip.

Autobus numer 25 zatrzymuje się przy ulicy Cimchej ha-Jehu‑ dim, wsiadają Polki, wyczesane, umalowane, ubrane elegancko, jakby to była Marszałkowska w największe święto. Ich szczebiot niesie się do ostatnich rzędów, nie umyka żadnemu słuchaczowi: „Dzień dobry, pani doktorowo”, „Jak zdrowie, mecenasowo?”, „Cóż za polemika na łamach, droga redaktorowo!”.

I cała dzielnica się śmieje, bo ci wszyscy niedzisiejsi doktorzy, mecenasi i redaktorzy z Polski teraz ze szmatą po izraelskich fabrykach biegają. A ile w domu trzeba zaciskać pasa, by w autobusie przy Cimchej ha-Jehudim, w mieście zbudowanym na wydmach, zadać prawdziwego europejskiego szyku!

Sześćdziesiąt lat później Awiwa Kelner, w Polsce Henryka Puterman (w domu – Krysia), patrzy na wielką płytę niesympatycznych z pozoru blokowisk, koronki prostych kamienic z ok‑nami na całą ścianę, na ciągi zieleńców, brutalistyczne sylwetki uniwersyteckich budynków. I zamiast krzywić się na ich brzydotę, cieszy się, że tak niewiele się tu zmieniło. Że wciąż w kawiarni czy w sklepie można usłyszeć szczebiot w dobrze sobie znanym języku. Że znienacka dosiada się ktoś znajomy, jak Irenka Zabłudowska, warszawianka z alii ’68, czy Marcel Goldman, krakowianin z czterdziestego dziewiątego. Że właściwie cała dzielnica wygląda dziś i nosi się prawie tak samo jak wtedy.

Awiwa pamięta jak Ramat Awiw, północna dzielnica Tel Awiwu, jaśniała w słońcu przeczystą bielą nowości. Jak niewielkie funkcjonalne mieszkania pachniały świeżo położoną farbą, a kobiety wieszały w wymytych oknach pierwsze firanki. I pamięta swoją niepewność, gdy wiosną 1957 roku przyjechała tu z rodzicami z Łodzi, wśród dziesiątek podobnych rodzin z Polski. Osiedle miało przyjąć specjalistów z wyższym wykształceniem, lekarzy, inżynierów, adwokatów, naukowców, rodziny inteligenckie. Rokujące na przyszłość, nadzieję Erec i zaplecze naukowe mającego tu powstać dekadę później kampusu przeniesionego z południa miasta uniwersytetu telawiwskiego.

Jego mieszkańcy nazwali je pieszczotliwie Gomułkowem. Właściwie samo tak wyszło. Bo wszyscy byli w tej samej sytuacji: młodzi, z małymi dziećmi, niereligijni, z rodzin polskich, ale zasymilowanych, o wyższym statusie. Zaskoczeni przymusowym wyjazdem, nieprzygotowani na kulturowy szok, upał, brak europejskich wygód. Bez pomysłu na to, co będzie. Najczęściej bez znajomości hebrajskiego.

Awiwa:

– Siłą rzeczy staliśmy się małą polską wsią. Jedną wielką rodziną, która miała we własnym zakresie uzupełnić wszelkie braki, zastąpić nowymi pozostawionych w Polsce przyjaciół, okazać sobie życzliwość i pomoc. Bo każdy z nas przyjechał tu przecież w tych samych okolicznościach.

Polanin

Karolina Przewrocka-Aderet, „Polanin”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Rodzice mieli szczęście: od razu poszli pracować. Mama znała podstawy hebrajskiego, uczyła się przed wojną w gimnazjum, a zaraz po przyjeździe do Izraela poszła na ulpan dla dorosłych. W trakcie  pracowała w fabryce ręczników; Awiwa pamięta, że czyściła je z drobnych nitek. Wraz z postępami w języku przyszła lepsza praca – mama w fabryce tekstylnej dostała posadę urzędniczą, niewiele różniącą się od tej, jaką miała w Polsce.

Ojciec, w Łodzi szanowany dyrektor centrali tekstylnej, z zawodu kotoniarz, otrzymał pracę w telawiwskiej fabryce.

– Wyobrażasz to sobie? Wielki pan dyrektor, który w Polsce miał pod sobą trzy tysiące pracowników, samochód i szofera, poszedł pracować jako zwykły robotnik, a wygodny transport za‑ mienił na prosty motorower! Miał na nim przywieszoną walizkę z wiertarką i przyborami i za dodatkowe grosze jeździł po pracy po domach, i nowo przybyłym z Polski wieszał lampy, karnisze, bo każdy się urządzał.

Awiwa przypomina sobie, jak przychodził zmęczony po godzinach stania przy długich maszynach, czerwony od pary unoszącej się w fabryce.

– Ale nigdy nie słyszałam, żeby narzekał. Cieszył się, że zarabia na rodzinę, wiedział też, że to przejściowe, że po jakimś czasie dostanie lepszą pracę. Rodzicom było ciężko, ale byli przekonani, że warto. Że wreszcie są w kraju, z którego nikt nie będzie ich siłą wyrzucał.

W ogóle Gomułkowo nie stękało. Cieszyło się, że tu jest. Że jest u siebie.

Fragment książki „Polanin” Karoliny Przewrockiej-Aderet, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019